Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Sobota-Niedziela, 31 stycznia - 1 lutego 2009, Nr 26 (3347)
wersja do druku z polskimi znakami

Domowa szkola


Ewa Polak-Palkiewicz



Nauczyciel do ucznia: "Dlaczego nie bylo cie w szkole?". "Nie moglem przyjsc, musialem sie uczyc". To nie jest, niestety, dowcip. To fakt. A zarazem najkrotsza recenzja instytucji panstwowej, ktora na naszych oczach, w pierwszej dekadzie XXI wieku ukazuje swoje niewiarygodnie zmienione oblicze. Zmienione w stosunku do tego, co bylo przez wieki jej istota. Co sprawia, ze nadal - przy wszystkich zastrzezeniach - uchodzi za "instytucje zaufania publicznego", a co znajduje swoj wyraz w ogromnych nadziejach rodzicow wysylajacych po raz pierwszy dzieci do szkoly? Co zostaje z tych nadziei juz po pierwszym roku?

Szkola coraz bardziej przypomina fabryke, w ktorej tasmowo produkuje sie absolwentow. Czy sa to ludzie wyksztalceni? A przede wszystkim czy sa wychowani w duchu chrzescijanskim, w duchu naszej lacinskiej cywilizacji? Przed tymi pytaniami nie da sie uciec. One musza byc zadawane jak najczesciej. Przede wszystkim przez rodzicow. Wszelkie inne koncepcje wychowawcze - poza wymienionymi - sa bowiem oszustwem i prowadza do rozbicia osobowosci. Do degradacji rodziny. Powoli podmywaja podstawy normalnie funkcjonujacego spoleczenstwa. Te oczywista prawde uswiadamia sobie coraz wieksza liczba rodzicow, takze w naszym kraju.
Niedawno pokazano mi list wyslany przez szkole do rodzicow dziecka. Nie bylo tam w naglowku "Szanowni Panstwo" ani nic w tym rodzaju. Do rodzicow zwracano sie bezosobowo. List zawieral pogrozki. Grozono kara pieniezna i wiezieniem. Pod listem widniala okragla pieczec szkoly rejonowej i niewyrazny podpis dyrektora. Chodzilo o to, "ze smia nie posylac dziecka do szkoly" - a jezeli posylaja do jakiejs innej, wybranej placowki, to, "ze smia" nie zawiadamiac o tym pana dyrektora. Forma i tresc tej korespondencji daja duzo do myslenia.

Czyje sa dzieci?
Kiedy najstarsza corka Agnieszki i Ryszarda Rubinowiczow, Julia, miala osiem lat i jej rowiesnicy byli w II klasie, obudzila sie ktoregos dnia i zawolala do mamy: "Mamo, dlaczego ja wlasciwie nie chodze do szkoly?". "Bo za twoje wychowanie odpowiadamy my, twoi rodzice, coreczko" - uslyszala. "Aha, rzeczywiscie!" - odpowiedziala i spokojnie zasnela. To byl caly komentarz tej 14-letniej dzis dziewczynki, ktora nigdy nie przekroczyla progu klasy i ktora jest pogodna, mila, dobrze ulozona osobka, przechodzaca z jednego poziomu nauczania na drugi z najlepszymi w Polsce wynikami. (Uczen "spelniajacy obowiazek szkolny" poza szkola musi skladac co rok lub co semestr - rzecz jest do uzgodnienia - egzaminy. Tym zajmuje sie najblizsza szkola publiczna lub - gdy rodzice zdolaja wydeptac sobie sciezki - zaprzyjazniona szkola prywatna.
- Nigdy nie zgadzalismy sie z powiedzeniem: Wszystkie dzieci sa nasze, albo ze wszyscy odpowiadaja za nasze dzieci. Przeciwnie, uwazamy, ze to poglad wyjatkowo szkodliwy - mowi Ryszard Rubinowicz, ojciec Julii i trojga pozostalych dzieci. - Bo nasze to znaczy czyje? Instytucji? Wolne zarty! Za wychowanie dzieci odpowiedzialni sa przede wszystkim rodzice. Przed Bogiem.
Przez pierwszy rok nauki do Julii przychodzila mila, kulturalna pani. Emerytowana polonistka z sasiedztwa. Byla "ciocia", kims w rodzaju zaprzyjaznionej bony. Wszystko opieralo sie na wzajemnym zaufaniu. Nigdy go nie naduzyla. Mama, pani Agnieszka Rubinowicz, mogla zajmowac sie w czasie lekcji, ktore byly przyjacielskimi pogawedkami, mlodszymi dziecmi. Domowe nauczanie pod jej troskliwym okiem przynosilo jak najlepsze rezultaty. Tata, wlasciciel niewielkiego przedsiebiorstwa, byl przewaznie w tym czasie poza domem.
- Dzisiejsza szkola, zarzadzana przez osoby, do ktorych, przy naszej najlepszej woli, nie moglibysmy miec zaufania, nie jest najwlasciwszym miejscem dla naszych dzieci - tak ujmuje ten problem pan Ryszard.
Czy mozna to nazwac ekstrawagancja, neurotyczna przesada? To normalny wybor, przejaw zwyklej troski o dzieci, przekonuja panstwo Rubinowiczowie. Przeciez przez setki lat, az do lat 20. ubieglego wieku, byla to codziennosc - dla tysiecy rodzin w Polsce i Europie. To raczej szkola - zwlaszcza ta od najwczesniejszych lat dzieciecych, poprzedzajaca wiek gimnazjalny - byla czyms wyjatkowym, eksperymentalnym. Az stala sie przymusem.
- W tej rzeczywistosci, gdzie nie znano pojecia obowiazku szkolnego, edukacje brali na siebie rodzice lub najblizsi - czesto tez byly to osoby duchowne. W ten sposob wyrastali wspaniali ludzie: uczeni, erudyci, swieci - mowia rodzice Julii.
Uwazaja oni, ze dzisiejsza edukacja typu oswieceniowego moze stanowic zaledwie czesc wychowania czlowieka. Wcale nie najwazniejsza. Stad ich przekonanie, ze tylko oni, rodzice, powinni wybierac miejsca, gdzie beda przebywaly ich dzieci. Oni maja prawo decydowac o tresci i formie nauczania, o osobach, ktore beda mialy kontakt z dziecmi. W ten sposob opracowali swoj wlasny system edukacji starszych dzieci, Julii i Franusia. Czy bylo im trudno podjac te decyzje?
- Nie, decyzje podjelismy z radoscia - mowi Ryszard Rubinowicz. - Nie przezywalismy rozterek wewnetrznych, wahan. Po prostu nie poslalismy corki do szkoly.
- My nie potrafimy zawierac kompromisu z tym, co uwazamy za niewskazane dla naszej rodziny - dodaje pani Agnieszka. - Nie ma w tym naszej zaslugi. Nasza determinacja to dar od Pana Boga. Odkad zostalismy obdarzeni potomstwem, staramy sie jak najpelniej odkrywac nasze powolanie jako rodzicow. Wiemy, ze nie da sie go realizowac gdzies "poza" naszymi dziecmi, w innych miejscach niz dom rodzinny, w innych rodzajach aktywnosci. Jestesmy wezwani, by towarzyszyc naszym dzieciom w ich dorastaniu - nie za posrednictwem instytucji, mamy je wychowywac osobiscie. Nie mozemy sie zgodzic, by to zadanie przypadalo osobom przypadkowym lub takim, z ktorych pogladami na wychowanie sie nie zgadzamy. By one, poza naszym wzrokiem, decydowaly o tym, co nasze dzieci maja robic, i wywieraly na nie wplyw.

To tak mozna?!
Pomoca bylo silne przeswiadczenie mlodych malzonkow, ze zarabiac na rodzine ma maz i ojciec, zas miejsce zony i mamy jest w domu, a jej niezastapiona przez nikogo rola jest opieka nad dziecmi. Nie zaszkodzil ich decyzji, choc nieco utrudnial zycie, sceptycyzm bliskich. Pelne zgorszenia lub politowania usmieszki i komentarze dalszych krewnych i znajomych pojawily sie pozniej, gdy nikt nigdy nie zobaczyl Julii i Franka powracajacych do domu z tornistrami na plecach.
Panstwo Rubinowiczowie podkreslaja role zdrowego rozsadku. I konsekwentne trwanie przy swoim zamiarze. Skoro podjeli decyzje o zatrzymaniu dzieci w domu, trzeba bylo zawiadomic o tym instytucje, ktorej powiedzieli: "Dziekujemy".
- W jaki sposob rozmawiac z ludzmi, ktorych trzeba postawic w sytuacji niezbyt komfortowej? - pan Ryszard przypomina sobie moment rozmowy z dyrektorem pierwszej szkoly, z ktora mieli kontakt (w sumie bylo ich cztery). - Trzeba byc wiarygodnym. Trzeba mowic w sposob prosty i jasny, ze chcemy, by nasze dziecko bylo uczone przez osobe, ktora sami wyznaczymy.
Nie sposob pominac drobnego na pozor faktu, ze w tak istotnym momencie rodzinnej sagi edukacyjnej panstwo Rubinowiczowie szczegolnie zadbali o odpowiednia prezencje. Nie mozna bylo narazic sie na zarzut, ze jest sie "zawodowym" kontestatorem lamiacym konwencje, kloszardem, etc.
"Alez tak, to dla nas bardzo interesujace wyzwanie!" - wykrzyknal dyrektor pierwszej szkoly publicznej w miasteczku, tuz przy znanej metropolii, z ktora nawiazali kontakt. Panstwo Rubinowiczowie odniesli wrazenie, ze byl zaintrygowany. Potraktowal ich jako swego rodzaju atrakcyjna nowosc, ktora mozna dobrze sprzedac w lokalnej gazecie i pochwalic sie przed wladzami oswiatowymi. Zgodzil sie bez dyskusji, choc z zartobliwym komentarzem: "Aczkolwiek swoim dzieciom bym tego nie zaaplikowal". Dopiero z perspektywy pozniejszych wydarzen moga stwierdzic, ze jego usmiech, ktory odebrali w pierwszym momencie jako zyczliwy, byl pelen hipokryzji i zawieral ukryta tresc: "Jakby ich tu zlamac...".
Bo, istotnie, normalnemu czlowiekowi to sie nie miesci w glowie. Jak mozna tak sobie utrudniac zycie. A w ogole to jakies wariactwo. Od czego sa szkoly?!
- Nie przychodzilismy jako petenci, z prosba o laskawa zgode. Poprosilismy tylko, zeby on zaakceptowal nasza decyzje. Skoro istnieje odpowiedni przepis, a my jestesmy swiadomi, ze "obowiazek szkolny" kloci sie z prawem naturalnym, z prawem rodzicow do wychowywania wlasnych dzieci, to chyba wszystko powinno byc jasne - przypomina pan Ryszard.
"Schody" zaczely sie wkrotce. Dyrektor napomknal, ze dobrze by bylo, gdyby przed formalnym zamknieciem sprawy spotkali sie z pania pedagog.
- Poczulismy sie upokorzeni, ze o naszych dzieciach musimy rozmawiac z urzednikiem panstwowym - dodaje pani Agnieszka. Z jakiej racji?
Pani pedagog szybko wylozyla karty na stol. Zaczela pouczac i straszyc. Kiedy pan Ryszard ucial rozmowe, mowiac, ze przyszli tylko dopelnic formalnosci, a nie wysluchiwac nauk, wyjawila, ze to dyrektor prosil, "zebym panstwa przekonala".
Wtedy po raz pierwszy, w sposob namacalny, przekonali sie, ze ich upor nie jest ich prywatna obsesja czy zachcianka, ze Opatrznosc nad nimi czuwa. Dosc szybko znalazla sie nauczycielka z wiejskiej szkoly, ktora uznala, ze to "swietny pomysl", i postanowila im pomoc. Przez rok przychodzila trzy razy w tygodniu do Julii, pomagajac jej opanowac material pierwszej klasy. Wreszcie podpowiedziala im najlepsze rozwiazanie: "Przeciez sami mozecie uczyc dzieci". Wycofala sie z edukacji Julii, prawdopodobnie zagrozona byla jej pozycja w szkole. Ale punkt wyjscia do rozmowy z kolejna (takze wiejska) szkola byl juz inny: "Julia chce kontynuowac nauke rozpoczeta w domu za zgoda tej to a tej szkoly". Pani dyrektor nie widziala problemu. "Jezeli to ma byc kontynuacja...". To niewatpliwa zaleta wiejskich szkol, stwierdzaja panstwo Rubinowiczowie, opor jest tu duzo mniejszy. Moze decyduje lekki snobizm ("teraz jest taka moda"), a moze zdrowy rozsadek ludzi, ktorzy nie zdazyli popasc w rutyne.
Przepisy prawne sa nieprzyjazne. Dyrektor "moze zezwolic na spelnienie obowiazku szkolnego poza szkola" (...) "na wniosek rodzicow", ale rodzice musza sie mocno tlumaczyc. Musza zlozyc podanie do dyrektora szkoly publicznej. I on dopiero je rozpatrzy. Pozytywnie lub nie. Stawia tez warunki: dziecko musi zdawac semestralne egzaminy. (Zdaja je obecnie Julia i Franciszek - raz w roku, nie co semestr, jak sugeruje sie najczesciej zglaszajacym sie rodzicom).

Nie mozecie czuc sie bezpiecznie!
Szybko powiekszajaca sie rodzina stanela przed perspektywa przeprowadzki do wlasnego domu w niewielkim miescie. Kontakt z kolejna szkola publiczna to najmniej przyjemny rozdzial w calej niezwyklej przygodzie domowej edukacji. Musieli poprosic o pomoc prawnika. Co roku musza wystepowac o nowe "zezwolenie". Nie da sie tej zgody uzyskac raz na zawsze. Rodzice nieposylajacy dzieci do szkoly sa kims w rodzaju przestepcow warunkowo zwolnionych z aresztu. Caly czas pod obserwacja. A nuz im sie noga powinie. Szkola w malym miescie postanowila ich "odzwyczaic" od nagannej praktyki domowego nauczania. Sa pewne metody. To w koncu my jestesmy od edukowania, doroslych tez.
W rezultacie dwunastoletnia Julia byla egzaminowana przez cztery kolejne dni przez poltorej godziny. Zadano jej szescset - w tym sporo przekrojowych pisemnych i ustnych - pytan ze wszystkich przedmiotow. (Trzydziesci osiem tylko ze znajomosci mapy; zaledwie przy jednym Julia sie zawahala). Nawet studenci nie sa tak traktowani. Dzieciom w szkole podstawowej zadaje sie dwa, gora trzy pytania, by sprawdzic ich wiedze.
- Zobaczylismy protokol z tego egzaminu. Statystyka byla porazajaca. Nasze dziecko bylo po prostu maltretowane. Zrozumielismy, ze system postanowil ugodzic nasza corke. Decyzja byla natychmiastowa, postanowilismy, ze na takich warunkach nie bedziemy wspolpracowac ze szkola. Po roku spokojnej, domowej nauki, ktora nie byla wcale intensywna, przeciwnie, pozwalala na mase innych ciekawych zajec, Julia otrzymala najwyzsze oceny. Ale nauczyciele opanowani byli jedna mysla: "Po co im to?". System spowodowal w nich zmiany mentalne. Przestalismy juz liczyc na pomoc z ich strony. Czulismy niechec i ostracyzm calego srodowiska.

Pomoge wam, tylko dyskretnie
I znow Opatrznosc zainterweniowala. Tym razem pomocna dlon okazala sie dlonia pana kuratora z pobliskiej metropolii. Ten czlowiek nie zadawal wielu pytan. Wiedzial duzo o szkole, wiec obylo sie bez zbednych wyjasnien. Prosil tylko, zeby byli dyskretni. Ta rzecz wymaga ciszy. Szkola, z ktora teraz wspolpracuja, nie robi tego dla rozglosu. Nie probuje tez niczego udowodnic rodzicom Julii i Franka, z przyklejonym do twarzy usmiechem.
Julia sama podjela decyzje, ze gimnazjum chcialaby zrobic w domu. A jej rodzicow kazdy kolejny rok utwierdza w przekonaniu, ze wybrali wlasciwie. Maja duzo mozliwosci, by przygladac sie wlasnym dzieciom, obserwowac ich rozwoj, dostrzegac ich potrzeby, zainteresowania. Staraja sie najlepiej, jak umieja, sprzyjac ich rozwojowi. Osoba organizujaca czas nauki jest mama. Jak wyglada ich zwykly dzien? Nie ma w nim stresu i pospiechu. Nie ma nauki niepotrzebnej. Ot, chocby dzisiejsze popoludnie. Maly Jozek spi, Julia gra na pianinie, uklada sobie jakas melodyjke. Franek czyta ksiazke o szachach.

Sztuka pisania listow
Z perspektywy kilku minionych lat mozna dokonac malego podsumowania.
- Zycie naszej rodziny nie jest zdeterminowane przez kwestie szkolne. Dobrze wiemy, ze to nie edukacja jest dla naszych dzieci najwazniejsza. Najwazniejsze jest wychowanie - mowia panstwo Rubinowiczowie. Wychowanie, ktore pozwoli dzieciom odnalezc swoje powolanie. - Negatywnie oceniamy ten typ "wychowania", jaki dominuje w dzisiejszej szkole. Nie potrafimy pogodzic sie z tym, ze dzieci ucza sie nie dla zycia, tylko dla zaliczania kolejnych testow. I mysla kategoriami testow. A my chcielibysmy, by zdobywaly madrosc, by wiedzialy, po co zyja. Jesli znajdujemy w podrecznikach temat, ktorego ujecie nam nie odpowiada, nie pozostajemy bierni, protestujemy - tak bylo z rozdzialem dotyczacym budowy czlowieka, w ktorym ponad miare zaglebiano sie w szczegoly anatomiczne, naruszajac naturalne poczucie wstydu u dzieci.
Cieszy nas, gdy widzimy rozbudzona ciekawosc u dzieci, ich dociekliwosc, chec zglebiania zagadek swiata i przyrody. Widzimy, ze potrafia sie cieszyc nawet drobnymi rzeczami, nie oczekuja od nas zapewniania im wielkich atrakcji. Dzieci starsze z cala naturalnoscia zajmuja sie mlodszym rodzenstwem. Z dziecmi znajomych rodzin maja dobry kontakt. Prowadza z nimi korespondencje, czasem sie spotykaja. Tu nie chodzi o jakies niezbedne, rzekomo liczne "kontakty z rowiesnikami", chodzi o znajomosc, ktora czlowieka duchowo wzbogaca - moze przyjazn - z dziecmi o wrazliwym sercu.
Panstwo Rubinowiczowie uwazaja, ze zycie jest zbyt bogate, by mozna bylo rezygnowac z przekazywania jego urody i bogactwa wlasnym dzieciom. Chca trzymac sie z dala od instytucji, ktora czyni z niego nudna papke, a jako priorytetowa wartosc w wychowaniu uznaje "uspolecznienie".
- Kiedy wertowalismy zawartosc programu szkoly podstawowej, uderzylo nas ubostwo tej wiedzy - mowi pan Ryszard. - Budowac ogromne gmachy, kosztowna infrastrukture, zatrudniac mase ludzi - i obowiazkowo psychologa! - by uczyc dzieci rysowania kolek i trojkatow, rozwiazywania rebusow i krzyzowek?! W sytuacji dzisiejszego upadku kultu prawdziwej madrosci nawet studia wyzsze wydaja sie dobrem wzglednym. Trzeba zatem - jak czynilo to wielu ludzi przed wojna - oddac sie samoksztalceniu lub znalezc mistrza.
Naprawde to, czy nasze dzieci beda mialy dyplomy, czy nie, nie spedza nam snu z powiek. Wazne jest, zeby dzieki wlasciwemu wychowaniu w domu rodzinnym potrafily odkryc swoje powolanie. Nie wyobrazamy sobie, zeby na przyklad zyciowym celem naszej corki mogloby byc znalezienie jakiejs "dobrze platnej" posady, poswiecenie sie zarabianiu pieniedzy. Kiedy mowimy, ze to nie grozba analfabetyzmu jest dzis prawdziwym problemem - bo ludzie koncza szkoly z wyroznieniem i zostaja bandytami - to wmawia sie nam, ze glosimy herezje. Wole "analfabetow", ktorzy sa ludzmi. I zeby nie scigano prawnie tych, ktorzy sami staraja sie dac najlepsze wychowanie dzieciom. Tymczasem panstwo wkracza z przymusem szkolnym, ze swoimi podejrzeniami, z metodami i programami, o ktorych nie chce sie mowic... Nie, nie proponujemy zamykania szkol, choc sami ze wszystkich sil chcemy bronic sie przed systemem. Nie twierdzimy tez, ze nasza droga jest najlepsza dla wszystkich. Chcielibysmy tylko, zeby to rodzice mogli sie czuc prawdziwymi podmiotami, gospodarzami w tym, co dotyczy najistotniejszej w ich zyciu sprawy - wychowania dzieci. Skoro stwierdzamy, ze szkola jest zagrozeniem dla naszych dzieci, to musi ona byc rowniez grozna dla nauczycieli. Oni sa takze pod presja testow. Wielu z nich, ludzi utalentowanych i pelnych najlepszej woli wobec wychowankow, nie jest w stanie rozwinac skrzydel.

Dedykacja
Kiedys, gdy rodzina panstwa Rubinowiczow mieszkala jeszcze w pieknym, starym Krakowie, miala miejsce pamietna wycieczka do parku. Rodzice nie mogli oderwac oczu od dwojga swoich najstarszych dzieci, ktore radosnie podskakiwaly na sloncu. Wygladaly jak zrebaczki, to bodna sie, to zderza, to puszcza galopem - sa razem tak szczesliwe.
- Serce nam sie krajalo na mysl, ze bedziemy zmuszeni je rozdzielic. I dzis jestesmy spokojni, ze dorastaja razem, ze jest miedzy nimi silna wiez. Patrzymy na niektore rodziny. Niestety, u wielu szkola skutecznie zabila odruch wychowywania dzieci. Rodzice poczuli sie "zwolnieni", uznali, ze "oni sie nie nadaja" lub "nie stac ich", lepiej zrobi to za nich instytucja. Widzimy tez, ze wielu ludzi nudzi sie, gdy sa razem w rodzinie. Towarzyszy im stale pragnienie: "Wyrwac sie z domu". Wyjezdzaja - i znow sie nudza... Tak rwa sie i krusza niepielegnowane wiezi. Wiezi, ktorych pochodzenie nie jest przeciez czysto ludzkie.
Gdyby ktos nas pytal, jak dojsc do etapu spokoju, jaki dzis mamy, gdy z Boza pomoca osiagnelismy w naszym domowym nauczaniu wzgledna stabilnosc - choc wszystko to nie jest sielanka, zawsze towarzyszy nam perspektywa walki o nastepny rok - to odpowiedzielibysmy, ze najwazniejsze jest wlasne silne przekonanie, jasna i klarowna wizja. To my decydujemy. Nie blagamy o czyjas uprzejmosc, protekcje, laskawa zgode. I - patrzac na doswiadczenia innych rodzin, ktore poszly tym szlakiem - moze to pojsc jak z platka, a moze byc przedzieraniem sie przez ciernie. Nie widzimy jednak innej drogi, gdy uzna sie, ze rodzina to "rzecz optymalna", wlasciwe miejsce dla dzieci. I dla ich rodzicow.

Imiona i nazwiska bohaterow, a takze niektore nazwy wlasne zostaly zmienione.