logo
logo
zdjęcie

Prof. Józefa Hrynkiewicz

Bieda w Polsce „ma twarz dziecka”

Środa, 20 sierpnia 2014 (14:41)

Z raportu GUS wynika, że 8 proc. Polaków żyje w warunkach poniżej egzystencji, 37 proc. Polaków ma zbyt niskie dochody. Częściej niż co trzeci obywatel Polski żyje w warunkach ubóstwa ekonomicznego.

Bieda w Polsce „ma twarz dziecka” – dotyka głównie dzieci i ludzi młodych. Ubóstwo polskich dzieci to najcięższy grzech polskiej transformacji. Każde dziecko ma w życiu tylko jedną szansę na zachowanie zdrowia, na wykształcenie, na prawidłowy rozwój fizyczny, umysłowy, duchowy i moralny. Dlatego tak ważna jest pomoc rodzinom wychowującym dzieci. Dlatego tak ważne jest stworzenie rodzinom warunków mieszkaniowych, pomoc materialna, gdy nie mają własnych dochodów z pracy, oraz dobrze, na wysokim poziomie funkcjonujące instytucje opieki, nauczania, wychowania, ochrony zdrowia, kultury czy wypoczynku.

W Polsce dużo mówi się o polityce rodzinnej, ale im więcej się mówi, tym mniej się robi. Wszystkie analizy i badania wykazują, że system materialnego wsparcia rodziny jest kompletnie niewydolny, dlatego znaczny odsetek rodzin wielodzietnych (troje i więcej dzieci) żyje w ubóstwie. Gdy w 2012 roku podniesiono wreszcie kryteria dochodowe umożliwiające korzystanie z pomocy, to już w 2013 roku okazało się, że tzw. progi dochodowe (4566 zł) są już poniżej poziomu minimum egzystencji (463 zł na osobę w rodzinie). Takie dane niestety nie robią dziś na nikim wrażenia. Połowę kwoty minimum egzystencji stanowią wydatki na żywność (to jest ok. 7 zł 30 gr na 1 dzień).

Ubóstwo skrajne (minimum egzystencji) to dochód, który przy bardzo mądrym wydawaniu pieniędzy pozwala przeżyć, ale nie bez zagrożenia dla zdrowia. Trzeba pamiętać, że tak żyje w Polsce około 7 proc. obywateli, ale blisko co piąty utrzymujący się z zasiłków (22,5 proc.), z rent (12,1 proc.), rolnicy (11,1 proc.), ale też pracownicy (6,2 proc.) i emeryci (4,3 proc.). To dane GUS (2012), ale nie obejmują one wszystkich, bo przecież nie ma tam tych, którzy „żyją z niczego”, bo nie mają żadnych regularnych dochodów, coś zarobią dorywczo (na czarno), coś od kogoś dostaną, coś użebrzą, zbiorą jakieś puszki, butelki, pogrzebią w śmieciach... I tak żyją – z dnia na dzień...

Badania GUS obejmują tych, którzy mają regularne dochody; mają więc budżet domowy. Ale wiele rodzin takich stałych, regularnych dochodów nie ma. A tych się już nie bada, bo co tu badać.

Ostatni Narodowy Spis Powszechny 2011 wykazał, że jest około 2 mln tych, którzy stałych dochodów nie mają. Część z nich zapewne pracuje na czarno, dorywczo. Ale ile zarabiają? W jakich warunkach żyją? Tego nie wiemy.

Gdy rodzina posiada stały dochód, choćby najskromniejszą rentę, to jej sytuacja jest lepsza od tych, którzy takiego dochodu (a więc i ubezpieczenia np. w NFZ) nie mają. Rodzina bez stałego dochodu znajduje się na samym dnie nędzy i zagrożenia – już nie tylko zdrowia, ale życia. Nie wiemy, jak liczne są takie kategorie rodzin i osób.

Za ubóstwem ekonomicznym „podąża” wykluczenie z uczestnictwa w jakichkolwiek formach aktywności społecznej. Ubóstwo skrajnie poniża, degraduje i wyklucza jednostkę i rodzinę z kontaktów społecznych, często też rodzinnych. Nie daje szans na korzystanie z jakichkolwiek usług społecznych i kulturalnych, bo rodzina nie ma na opłacenie uczestnictwa odpowiednich środków. Dzieci z ubogich rodzin nie korzystają z przedszkola, z zajęć pozalekcyjnych, z wypoczynku, sportu, rekreacji, wycieczek, nie uczestniczą w uroczystościach.

Formy stosowanej pomocy nierzadko przeradzają się w przemoc; „naznaczają” ubogich przez ich szczególne wyróżnienie. To pogłębia, szczególnie w dzieciach, poczucie wykluczenia, odrzucenia, upokorzenia biedą. Pomoc zawsze przybiera formy szczególnej ostentacji. W jednej ze szkół całkiem blisko od Warszawy dzieciom, za które pomoc społeczna opłacała obiady w szkolnej stołówce, podawano jedzenie na jednorazowych papierowych talerzach. Tłumacząc, że pomoc społeczna płaci za jedzenie, lecz nie płaci za zmywanie talerzy.

Dlaczego ubóstwo w Polsce jest tak trwałe, rozległe i uporczywe? Wyjaśnienia tej kwestii trzeba szukać w sposobie przeprowadzenia w Polsce po 1989 roku zmiany systemowej. Utrwalone ubóstwo i wykluczenie społeczne około 1/3 obywateli to skutek źle przeprowadzonej zmiany systemowej, w której nie liczyły się straty społeczne i ekonomiczne. Likwidacja około 5 mln miejsc pracy w przemyśle, zlikwidowanie wielu zakładów przemysłowych w wyniku tzw. prywatyzacji pozbawiło wielu mieszkańców miast, miasteczek i wsi pracy i dochodu, skazując ich na wielomiesięczne i wieloletnie bezrobocie. Proces pozbawiania pracowników pracy, a państwa dochodów z gospodarki trwa. Likwiduje się w sposób całkowicie bezmyślny resztki własnego przemysłu. Wakacje sprzyjają podróżom, więc jadąc przez Polskę, można obserwować ruiny polskiej gospodarki. Można zastanawiać się: po co zlikwidowano przemysł rolno-spożywczy w kraju o wysokim udziale rolnictwa? Po co zlikwidowano przemysły: maszynowy (np. Stalowa Wola), chemiczny, budowlany, przemysł gospodarstwa domowego, elektryczny, włókienniczy, odzieżowy... Właściwie każdy przemysł. Po co sprzedawano telekomunikację, banki, instytucje finansowe...

Brak pracy, praca nisko wynagradzana i źle zorganizowana niszczy polskie rodziny i polskie państwo. Za chlebem wyemigrowało całe pokolenie najlepiej w dziejach Polski wykształconej młodzieży (ok. 2,5-3,0 mln osób). Z powodu  braku  dochodu młodzi opóźniają zakładanie rodzin. Brak pracy, praca tzw. śmieciowa, niskie i bardzo niskie płace to skutek braku polityki gospodarczej państwa i słabych instytucji państwowych. Wszystko to ma ogromny wpływ na sytuację polskich rodzin. Skutki tego wymagają poważnej głębokiej analizy, której wyniki powinny stanowić ważną przesłankę do sformułowania programu ratunkowego dla polskich rodzin.

Prof. Józefa Hrynkiewicz

Autorka jest socjologiem Uniwersytetu Warszawskiego oraz posłanką Prawa i Sprawiedliwości.

NaszDziennik.pl