logo
logo
zdjęcie

Janusz Wojciechowski

Prawdziwym rolnikom radość, a handlarzom żal

Czwartek, 25 lutego 2016 (13:01)

Rządowy projekt ustawy o ochronie ziemi (bazujący na mojego autorstwa projekcie PiS z 2013 roku) zmierza do ograniczenia nabywania ziemi rolnej, tak by jej nabywcami mogli być jedynie prawdziwi rolnicy, prowadzący gospodarstwa rodzinne. Rolnicy, którzy kupują ziemię, by na niej pracować, a nie handlarze, lokujący w niej jedynie swój kapitał.

Prawdziwi rolnicy się cieszą, bo ziemia rolna stanieje i będzie łatwiej ją kupować.

Fałszywi „rolnicy”, wykupujący ziemię dla biznesu, martwią się, bo mniej zarobią, a może i stracą.

A najbardziej martwią się zagraniczni nabywcy polskiej ziemi w transakcjach na tzw. słupy, bo tej ziemi od słupów nie odbiorą i cały misterny plan w... ach, jakże nam przykro! Chyba że się przeprowadzą z Niemiec, Danii czy Holandii do Polski, zakaszą rękawy i osobiście zaczną orać – wtedy proszę bardzo. Podobnie zresztą jak i nasi „rolnicy z Marszałkowskiej”. Założą gumiaki, pójdą w pole – proszę bardzo!

Za to spekulacyjnego handlu ziemią nie będzie. Tak jak nie ma go w wielu krajach Europy, na przykład we Francji. Hektar ziemi, za 5 tysięcy euro, może tam kupić każdy pod jednym drobnym warunkiem – że jest zasiedziałym od pokoleń rolnikiem francuskim.

W tych okolicznościach przyrody musieli się oczywiście odezwać „obrońcy polskiej wsi”, a wśród nich niezawodna „Gazeta Wyborcza”. Pani redaktor Krystyna Naszkowska załamuje ręce i boleje na łamach gazety 24 lutego: „...połowa naszych rolników uznaje kupno ziemi za najlepszą inwestycję. To ma być ich kapitał na przyszłość. A prawie 60 proc. inwestuje w rozwój swojego gospodarstwa z myślą o spadkobiercach. Tymczasem rząd PiS przygotował ustawę, która takie myślenie wywraca do góry nogami. Ziemia może się okazać bardzo kiepskim kapitałem...”.

„...ceny spadną, bo rząd drastycznie ogranicza krąg potencjalnych nabywców. Kupiec musi sam uprawiać ziemię od co najmniej pięciu lat, i to w tej samej gminie co sprzedający. Musi mieć mniej niż 300 ha, bo tylko tyle będzie teraz mogło mieć największe gospodarstwo w Polsce. Nie kupi ziemi spółka osób fizycznych ani osoba prawna itd., itd. Ustawa, wprowadzając górny pułap wielkości gospodarstwa, w istocie dławi potencjał rozwojowy rolnictwa”.

Pani redaktor, proszę nie żartować z elementarnej inteligencji czytelnika. Rolnicy chcący inwestować w ziemię martwią się, że ziemia stanieje? Martwią się, że kupią ziemię taniej, bo woleliby drożej? Toż przecie dla prawdziwego rolnika ziemia jest środkiem produkcji, czymś takim – pomijając sferę emocjonalną – jak kosiarka czy traktor. Im środki produkcji tańsze, tym dla rolnika lepiej, a tym gorzej, gdy droższe.

Prawdziwi rolnicy chcą kupować ziemię nie jako lokatę kapitału, którego zazwyczaj mają niewiele albo wcale, ale jako warsztat, na którym chcą pracować i z niego żyć. I chcą, żeby ten warsztat był możliwie najtańszy. To jest przecież gospodarcze abecadło!

Owszem, rolnik też czasem chce albo musi sprzedać ziemię i wtedy straci. Ale jeśli sprzedaje, to znaczy, że rolnikiem już być nie chce lub nie może, a ustawa o ochronie ziemi jest napisana z myślą o tych, którzy chcą być rolnikami. Z myślą o tych, których dziadowie i ojcowie byli rolnikami i którzy chcą, żeby ich dzieci i wnuki też były rolnikami. To są właśnie ci, którzy żywią i bronią i to dla nich, a nie dla handlujących ziemią, napisana została ta ustawa.

Bo jak pisała Konopnicka – temu tylko pług, a socha, kto tę czarną ziemię kocha, kto ten zagon zna do głębi, kogo rosa ta nie ziębi...

I dlatego, dzięki ochronie ziemi, prawdziwym rolnikom radość, a handlarzom żal. Tak miało być i tak będzie.

 

Wpis dostępny na blogAiD.

Janusz Wojciechowski

Autor jest wiceprzewodniczącym komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego.

NaszDziennik.pl