Jan Maria Jackowski
Dlaczego przed wyborami do Parlamentu Europejskiego polska gospodarka była kwitnąca, kryzys nas omijał, a polski system bankowy pozostawał wyjątkowo odporny na "ryzykowne operacje kapitałowe", natomiast po 7 czerwca, gdy rządzący osiągnęli swe cele polityczne i wygrali wybory, nagle zaczyna się mówić prawdę? Okazuje się, że Polskę dopadał jednak kryzys, jest wielomiliardowa dziura budżetowa, ZUS brakuje przynajmniej 10 miliardów na wypłatę emerytur, trzeba znowelizować budżet państwa, zwiększyć deficyt finansów publicznych, jeszcze bardziej ciąć wydatki, a ostatnio coraz częściej mówi się o podnoszeniu podatków. Czy to nie paradoks, że odwołujący się do zasad solidaryzmu społecznego rząd Jarosława Kaczyńskiego, oskarżany również o etatyzm, obniżał podatki, a rząd Tuska, odwołujący się do neoliberalizmu głoszącego konieczność obniżania podatków, ma zamiar je podwyższać?
Widzimy, że trwa w najlepsze przerzucanie gorącego kartofla. Politycy chcą kosztami kryzysu i swojej nieodpowiedzialnej polityki obarczyć obywateli, zwłaszcza tych najmniej zamożnych. To, że jest kryzys, wiadomo już przynajmniej od roku. Gdy liczni eksperci o tym mówili, a zdecydowana większość z nich jesienią ubiegłego roku uważała, że nie uda się nie zwiększyć deficytu budżetowego, to rząd ustami ministra finansów i premiera twierdził, że kryzys ominie Polskę, ponieważ nasz kraj "ma zdrowe podstawy gospodarcze". I nic w związku z tym nie robiono. Nie podjęto kroków osłonowych i przeciwkryzysowych, które mogły osłabić skutki recesji. Gdy dzisiaj widać, że król jest nagi, to premier spotyka się z prezydentem i zastanawia się, jak politycznie rozegrać narastające problemy gospodarcze w kontekście zbliżającej się kampanii prezydenckiej. Wie on, że prezydent nie może zawetować nowelizowanej ustawy budżetowej, ale na zmianę podatków może się nie zgodzić.
- Omówiliśmy możliwości przeprowadzenia działań finansowych wymagające zmian ustawowych, które uchronią Polaków przed przyszłoroczną podwyżką podatków - powiedział Donald Tusk po zakończeniu spotkania z prezydentem. Szef rządu i kandydat na przyszłego prezydenta przygotowuje sobie przedpole do niepopularnej decyzji podwyższenia podatków oraz do wyprzedaży za bezcen resztek wartościowego majątku Skarbu Państwa, np. energetyki. Padła też propozycja, aby obciąć wydatki na zbrojenia oraz sięgnąć po zysk Narodowego Banku Polskiego. Tyle że NBP nie osiągnął zysku w ubiegłym roku i nie zanosi się, że osiągnie go w tym roku. Wtedy Donald Tusk oświadczy, że chciał, ale się nie udało, i ogłosi konieczność podwyższenia podatków.
Ekipa Donalda Tuska nawet nie próbuje naprawiać chorych finansów państwa. Wie, że to wymagałoby niepopularnych społecznie decyzji, które osłabiłyby szanse premiera na prezydenturę. Stratedzy PO kalkulują tak: nie opłaca się dobre rządzenie i modernizacja państwa, gdyż jest to związane z ogromnym ryzykiem politycznym. Lepiej robić ruchy pozorne, skupić się na rządowej propagandzie sukcesu i nie stwarzać prezydentowi okazji do wetowania proponowanych zmian i tym samym stwarzać mu szansy na zyskiwanie punktów u wyborców. Sytuacja jest zatem patowa, bo w Polsce, zamiast dobrego gospodarza, mamy władzę pochłoniętą socjotechnicznymi gierkami. Kto zatem zapłaci za kryzys? Oczywiście obywatele, którzy już teraz są obłożeni ogromnymi daninami na rzecz państwa, a będą jeszcze większymi.
Jest taka stara zasada, podana do publicznej wiadomości swego czasu przez Jerzego Urbana: "Rząd się wyżywi". I tylko dodać, a "biednemu" - czyli zwykłym Polakom - "zawsze wiatr w oczy". Grozi nam, że zostanie zwiększony podatek dochodowy oraz podniesiona akcyza na energię i paliwa, a co jeszcze gorsze - stawka podatku VAT, co uderzy w najgorzej sytuowanych, gdyż jest to najbardziej restrykcyjny podatek. Przecież towary pierwszej potrzeby, takie jak: żywność i ubrania oraz energia są niezbędne do egzystencji i aby przeżyć, muszą je też kupować najbiedniejsi, a staną się one jeszcze droższe. Uderzenie pójdzie w rodziny mające dzieci na utrzymaniu, co jeszcze bardziej zaostrzy dramatyczną zapaść demograficzną w Polsce.
Poza tym podniesienie podatków pośrednich doprowadzi do zmniejszenia wewnętrznego popytu konsumpcyjnego, co drastycznie jeszcze bardziej osłabi całą gospodarkę. Zmniejszenie konsumpcji to nie tylko zmniejszenie optymizmu społecznego, ale również załamanie rynku pracy i wzrost bezrobocia. Rząd, zamiast szukać źródeł zwiększenia swych dochodów czy lepiej wykorzystywać środki unijne (Polska nie spożytkowała w 2008 roku bezzwrotnych środków unijnych na sumę 20 miliardów złotych!), sięga do kieszeni podatnika - przez nieprzemyślane podnoszenie podatków i nieprzemyślaną prywatyzację - zachowuje się jak alkoholik, który wynosi z domu ostatni tapczan, by mieć pieniądze na wódkę.
W krajach ustabilizowanych i zamożnych przyjmuje się, że demokracja kosztuje 10 procent produktu krajowego brutto. W biednej Polsce na dorobku ten współczynnik jest dwukrotnie wyższy. Tyle bowiem kosztuje bezwład, nieefektywność, niesterowność struktur państwowych, marność i słabość władzy w Polsce, która ma działać na rzecz rozwoju i dobra wspólnego, a przyczynia się do udręk społeczeństwa, które je wybrało. Problemem Polski nie jest brak pieniędzy w budżecie, ale niekompetencja, brak dalekosiężnej strategii, nieudolność, tumiwisizm, obojętność, marnotrawstwo, złe decyzje lub brak decyzji władzy. Rządzący nie umieją gospodarzyć tym, czym dysponują, tylko wolą łupić społeczeństwo i zawłaszczać państwo, a do tego jest potrzebne utrzymanie obecnego patologicznego status quo.
















