Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Poniedziałek, 7 września 2009, Nr 209 (3528)
wersja do druku bez polskich znakow

Żeby tylko przyjechał


Trudno powiedzieć, dlaczego niektórzy po wizycie Władimira Putina 1 września br. wiele się spodziewali. Nie trzeba było być wytrawnym analitykiem spraw międzynarodowych, by przewidzieć, jak będzie wyglądała ta podróż. Putin wiedział, że nawet jeśli tylko przyjedzie, polski rząd ogłosi sukces. Rosyjska dyplomacja zapewne od wielu miesięcy z satysfakcją obserwowała przygotowania artylerii rządowej propagandy nad Wisłą.

Mało udane wizyty międzynarodowe można poznać po tym, że komentatorzy mówią: Najważniejsze, że w ogóle się odbyła. Co chciał zyskać sam premier Rosji? Mógł kolejny raz odegrać przed przywódcami Europy rolę polityka, który jednak dąży do porozumienia. Po ubiegłorocznym ataku na Gruzję i po kolejnych kryzysach gazowych reputacja Rosji została jednak nadszarpnięta. Ponieważ od pewnego czasu powrót do imperialnej tradycji ZSRS stanowi jeden z głównych motywów rosyjskiej propagandy, Putin zyskał nową okazję, by przedstawić swoją wersję historii Europy Środkowej, która pozostaje bez związku z faktami, jest jednak zaprawą służącą odbudowie rosyjskich wpływów w Europie i Azji Środkowej. Podobnie jak polityka energetyczna, walka z tarczą antyrakietową czy naciski na państwa, w których zamieszkuje mniejszość rosyjska, służą temu samemu celowi: szybkiemu wzmocnieniu Rosji na arenie międzynarodowej oraz pokazaniu, że inne kraje nie mogą się obejść bez woli lub decyzji Kremla.

W sprawach energetycznych Putin zagrał na czas
Trwają już prace, które stanowią przygotowanie do powstania Gazociągu Północnego. Analitycy rosyjscy zauważyli zapewne, że chociaż rząd Tuska podtrzymuje sprzeciw wobec tego projektu, to coraz rzadziej słyszymy o tej sprawie z ust polityków Platformy. Czy nie mamy tu do czynienia z milczącym uznaniem, że nie warto już angażować się w tę kwestię? Ogólniki na temat współpracy w energetyce i tego, że gaz jest apolityczny, nie kosztowały zbyt wiele szefa rosyjskiego rządu. Kurtuazyjnie przyjęte przez polską stronę blokują ją przynajmniej na pewien czas w oskarżaniu Rosji o używanie energetyki do odbudowy stanu posiadania w Europie. Tymczasem toczyć się będą dalsze negocjacje Bruksela - Moskwa na temat nowej umowy o partnerstwie i współpracy. Rosja ani myśli wprowadzać w życie unijne dokumenty regulujące współpracę w energetyce: Kartę Energetyczną i Protokół Tranzytowy. To polski rząd należał do najczęściej zwracających uwagę na ten problem. Rosjanie wiedzą, że trudno mu będzie z dnia na dzień "zmienić" stanowisko. Przecież cała Europa widziała, że bez załatwienia tej kwestii relacje polsko-rosyjskie "się poprawiają".

W elegancki sposób mówił rzeczy nie do przyjęcia
Gościnność nie jest w Polsce pustą deklaracją, a Polacy cenią Rosjan i ich kulturę. To niektóre powody, dla których nawet najbardziej krytyczni obserwatorzy polityki Rosji w Europie Środkowej zaklinali rzeczywistość: "Powie coś ważnego o Katyniu, będzie przełom". Ta nadzieja błąkała się po polskich mediach. Ja również myślałem: Skoro przyjeżdża, to jednak wykona ruch, może pozorny, ale wykona. Z biegiem dni przybliżających nas do rocznicy media rosyjskie, w większości powiązane z Kremlem, pozbawiały nas ostatnich złudzeń. Donald Tusk wyraźnie nie był przygotowany na taki przebieg wypadków. Zamiast odpowiedzi, przedstawiciele MSZ "owijali w bawełnę". Zapytani znienacka politycy piastujący najwyższe urzędy brnęli w pseudodyplomatyczne absurdy, kiedy odpowiadając na pytanie o Katyń, wzywali do wspólnego badania historii, zapominając o tym, że co do zasady nic nowego w kluczowych sprawach dotyczących II wojny światowej wybadać nie można, a co do szczegółów to są zawarte w zaaresztowanych przez Rosjan za czasów Putina archiwach. Nieroztropne reakcje wyraźnie doprowadziły do eskalacji wrogich wypowiedzi w Moskwie. Dopiero oskarżenie przedstawicieli rosyjskiego rządu ministra spraw zagranicznych II RP Józefa Becka o pracę agenturalną dla hitlerowców wywołało reakcję. Jednak strona rosyjska już wiedziała, że wystarczy przyjechać do Polski, a nikt więcej wymagać nie będzie. Artykuł Putina w "Gazecie Wyborczej" i jego wypowiedzi nie pozostawiały złudzeń: żadnego istotnego ruchu nie będzie. Przyjął on postawę rosyjskiego dyplomaty z najlepszej szkoły: w elegancki sposób mówił rzeczy nie do przyjęcia, zostawił poza nawiasem nie tylko polską wrażliwość, ale przede wszystkim ustalenia pokoleń historyków. Skoro świetny dyplomata ambasador Grinin miał podstawy pisać w raportach do Moskwy, że najczęściej powtarzaną w Polsce frazą jest, żeby tylko przyjechał, to Putin ten plan minimum wykonał i uzyskał za to całkiem niezłe korzyści dyplomatyczne dla siebie.

Polskie media opętała putinomania
Przed przyjazdem na Wybrzeże w raportach z Warszawy doradcy premiera Rosji mogli zapewne przeczytać, że ci sami polscy komentatorzy, którzy płakali nad dorszem za osiem złotych, pieją z zachwytu, że premier Rosji wynajął cały Grand Hotel w Sopocie. Potem relacjonowano dosłownie każdy ruch szefa rosyjskiego rządu, na szczęście nie zapomniano z tego zaambarasowania jednym gościem ustawić na Westerplatte krzeseł dla Angeli Merkel, Julii Tymoszenko i innych uczestników uroczystości. Putin na Westerplatte mógł na tych warunkach mówić do obywateli Rosji to samo, co każdego dnia serwuje im rodzima propaganda, a przed przywódcami Zachodu demonstrować, że to on jest otwarty na dialog z Polską. Nie powiedział tylko nic nowego swoim gospodarzom.

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu
To przysłowie wyraźnie przyświecało organizacji wizyty Putina na 70-lecie wybuchu II wojny światowej. Ucieszono się planem minimum. Skoro mimo trudności rząd zdecydował się tak wiele postawić na tę wizytę i uznał, że uroczystość bez niej się nie uda, to powinien popracować bardziej nad jej treścią i przebiegiem. W tym sensie także rządowi organizatorzy ponoszą winę za jej przebieg. Polacy chcą dobrych relacji z Rosją - ile razy trzeba to powtarzać. Jednak droga do nich nie wiedzie ani poprzez puste deklaracje o współpracy w energetyce, ani przez okrągłe słówka o wspólnej historii, ani przez powoływanie kolejnych ciał do jej badania. Dowodzą tego niezbicie wszystkie analizy opinii publicznej. W trakcie przygotowań do spotkania współpracownicy Putina powinni byli to usłyszeć. Bez przekonania, woli najwyższych czynników w Rosji, bez ich pewności, że nie ma innej drogi niż szczera rozmowa, bez ich pewności, że nie ma sensu dzielenie polskich rządów na lepsze i gorsze, postępu nie będzie.
Historia z wizytą Putina jak w soczewce skupia słabości polityki zagranicznej rządu Tuska. Polityka ta jest prowadzona doraźnie, dla szybkiej korzyści, unika trudnych tematów, marnuje szanse w oczekiwaniu natychmiastowych plonów. Jakim politykiem jest obecny premier Rosji, wszyscy wiedzą: potrafi być ostry, bardzo niekonwencjonalny. W Polsce pokazał się jako opanowany i skupiony na realizacji swoich celów. Rząd ma pretensje do opozycji za krytykę terminu i przebiegu tej wizyty. W jakimś sensie nie powinien ich mieć ani do swoich krytyków, ani do Władimira Putina. Może wystarczyło przy zapraszaniu premiera Rosji na 1 września sformułować nasze cele szerzej, a nie poprzestawać na tym, żeby tylko wreszcie przyjechał.
Paweł Kowal,
poseł do Parlamentu Europejskiego (PiS),
wiceminister spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego