Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Sobota-Niedziela, 3-4 października 2009, Nr 232 (3553)
wersja do druku bez polskich znakow

Święty Franciszek w służbie cywilizacji miłości

repr. A. Wasak
El Greco 'Ekstaza św. Franciszka'


2 października 2009 r. - 800-lecie zatwierdzenia Reguły św. Franciszka
Ks. bp Antoni Pacyfik Dydycz OFMCap.


1. Święci nadzieją Kościoła!
Jeden z bardziej znanych współczesnych historyków - Jacques Le Goff, w nawiązaniu do wciąż liczącego się oddziaływania duchowości św. Franciszka dokonuje wyjątkowego wyznania. Pisze bardzo szczerze: "Mimo że wywodzę się z kręgów naukowców historyków, pozwolę sobie szczerze powiedzieć, że nie będąc osobiście ani praktykującym, ani wierzącym, podziwiam sposób, w jaki Kościół ratuje się dzięki któremuś ze swoich synów. Wydaje mi się, że obecność takich synów jak Franciszek w historii Kościoła pozwala chrześcijaninowi na wiarę w Ducha Świętego. (...) Św. Franciszek jest przykładem zadziwiającym człowieka otwartego w stronę nowego społeczeństwa, ze wszystkimi jego niedostatkami i sprzecznościami. Jest On bowiem człowiekiem, który obserwuje z sympatią, z miłością, bez odrzucania ludzi swojego czasu, pełnych jednocześnie grzechów i piękna jako stworzenia. Jest to niechybnie apostoł nowego społeczeństwa. Ale, równocześnie, wyraża sprzeciw w stosunku do tego wszystkiego, co może prowadzić do niewłaściwej ewolucji w tych sprawach, a w szczególności mając na uwadze tych, którzy pożądają i zabiegają na rzecz zwycięstwa "królestwa pieniędzy". Wydaje mi się, że w Franciszku w cudowny sposób współistnieją dwie postawy, które normalnie nie znoszą się nawzajem: a więc - otwartość i sprzeciw" (Di Paolo Mattei, San Francesco, w: "30 Giorni", nr 10, październik 2000, s. 66-68).
Tego rodzaju zachowanie św. Franciszka sprawia, że to on od tych ośmiu wieków wciąż wyjątkowo obecny duchowo w Kościele, dzięki swojej otwartości na czasy i ludzi, ale też wskutek swojej zdecydowanej wierności dziedzictwu ewangelicznemu, że to właśnie on może być patronem wielu inicjatyw zarówno w życiu religijnym, w świecie kultury i nauki, jak i w działalności gospodarczej czy politycznej. Jest on tym patronem, który otwiera ludziom oczy na dobro obecne w nich i obok nich i wypowiada jasno swoje "nie" w odniesieniu do zła, które może być w człowieku i obok niego.
Taka postawa sprawia, że świętość Franciszkowa ma wymiar powszechny, a kiedy trzeba było znaleźć miejsce na spotkanie przedstawicieli większości wierzeń, religii i wyznań, wybrano Asyż, o czym pisze ks. Jacek Bolewski, jezuita.
"Nie jest chyba dziełem przypadku, że właśnie Franciszek z Asyżu - święty, który bardziej niż inni naśladowcy Jezusa wcielił w życie ducha Ewangelii - wyraża zarazem najbardziej uniwersalny wymiar doświadczenia religijnego, tak że przedstawiciele innych religii odnajdują w nim swoje "własne" wartości. Mógł zatem św. Franciszek patronować pierwszemu modlitewnemu spotkaniu przedstawicieli religii świata, na które Jan Paweł II zaprosił ich na jesieni 1986 roku do Asyżu" (Jacek Bolewski SJ, Tajemnica chasydów, w: Przegląd Powszechny, Warszawa, 3/799, marzec 1988, s. 401).

2. Moc św. Franciszka płynie z Ewangelii
Od tamtego asyskiego spotkania, tak bardzo upragnionego przez Sługę Bożego Jana Pawła II, upłynęło już wiele lat. Dorasta zupełnie nowe pokolenie ludzi, pokolenie Ojca Świętego. I oto jego duchowy syn na ten jubileuszowy rok zaprasza tutaj, do Krakowa, jakby polskiego Asyżu, przedstawicieli różnych wierzeń, religii, wyznań, ideologii. Jest więc dalszy ciąg.
Ten dalszy ciąg będzie trwał do końca świata, gdyż świętość Franciszka ma swoje korzenie głęboko zapuszczone w Ewangelię. A kiedy mówimy, że "w Ewangelię", to jesteśmy pewni, że w Jezusa Chrystusa, w Jego miłość i mękę.
Tak to widzi Jan Paweł II i tak to wyraził na Alwerni, górze Franciszkowych stygmatów. "Stygmaty, blizny Chrystusowej męki na ciele Franciszka były szczególnym znakiem. Poprzez ten znak objawił się krzyż, który Franciszek brał na każdy dzień w znaczeniu jak najbardziej dosłownym. Czyż Chrystus nie powiedział: 'Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (...) kto straci swe życie z Mego powodu, ten je zachowa' (Łk 9, 25-24). Franciszek ogarnął całą prawdę tego paradoksu. Ewangelia była jego chlebem powszednim. Nie tylko słowa odczytywał, ale poprzez objawiony tekst poznawał Tego, który sam jest Ewangelią. W Chrystusie bowiem objawia się do końca Boża ekonomia: 'stracić' i 'zyskać' w znaczeniu absolutnym. Swoim życiem Franciszek głosił i również dziś głosi zbawcze słowo Ewangelii. Trudno znaleźć świętego, którego orędzie przetrwałoby w takim stopniu 'próbę czasu'" (Msza św. na Alwerni, 17 września 1993 r., w: L'Osservatore Romano, wydanie polskie, nr 1 (159) 1994, s. 27).
Tę próbę czasu, szczęśliwie dla kolejnych pokoleń, orędzie Franciszkowe przechodzi bez uszczerbków. Orędzie to znajduje w osobie św. Franciszka bogate zaplecze. Patrząc od strony doczesnej, dostrzegliśmy już jego otwartość i wrażliwość na znaki czasu, czyli na dobro i na zło. Nie brakowało mu wierności względem Bożych przykazań i z nich wypływających zasad etycznych. Co więcej, wypada zauważyć, że jego podejście do świata miało zawsze charakter twórczy. Nie tylko podziwiał. Nie tylko się zachwycał. On chciał go zmieniać, aby był lepszy, aby miłość miała dostęp do każdego serca i wpływ na każdy przejaw życia.
Takie podejście ma szczególne zastosowanie w sytuacjach kryzysowych. Tak to ujmuje Fausto Bertinotti, wypowiadając się na łamach włoskiej "Repubblica" (9 listopada 2004 r.), wprawdzie głównie nawiązuje do Kościoła, ale jego uwaga odnosi się do wszystkich podobnych sytuacji: "Kiedy Kościół znajduje się w kryzysie, potrzebny jest św. Franciszek. Potrzebna jest jego łagodna rewolucja, bez przemocy, ale zawsze radykalna, która z mocą ukaże problem biednych i równości". Mamy tutaj kolejną dziedzinę ludzkiego życia, w której Biedaczyna z Asyżu może być użyteczny. I dlatego wydaje się, że w obecnej dobie współcześni ekonomiści i społecznicy wiele mogliby się nauczyć od św. Franciszka, a zwłaszcza tego, jak przeżywać problem biedy i równości, jak też i wolności, odwołując się do środków ubogich i nie tracąc radykalizmu w zaprowadzaniu sprawiedliwości.

3. Uniwersalizm św. Franciszka
Przypatrując się wciąż patriarsze z Asyżu, ani na moment nie możemy zapominać o jego religijnej wizji świata i ewangelicznym wzorcu. On nie wyobrażał sobie innego rodzaju życia jak tylko ten, który byłby zbieżny z Ewangelią. Wypada często o tym przypominać, gdyż może to ułatwić nam odważniejsze podejście do współczesnych prądów cywilizacyjnych, do nowych prób ujarzmiania religii.
Na tę kwestię zwrócił uwagę Mubarak, prezydent Egiptu, muzułmanin, w wywiadzie z 17 czerwca 2007 roku, umieszczonym w książce ofiarowanej Papieżowi w czasie jego pobytu w Asyżu. Mówi tak: "Z mego punktu widzenia nie ma walki cywilizacyjnej czy religijnej, ale ma miejsce walka interesów. Konflikty, których jesteśmy świadkami dzisiaj, znajdują swoje uzasadnienie w środowiskach politycznych zmierzających do panowania i niszczenia, które biorą religię jako zakładniczkę i traktują ją instrumentalnie dla realizacji własnych planów. Cofając się wstecz do słów św. Franciszka i do tych, którzy naśladowali jego przykład w wieku XIII, możemy dostrzegać nadzieję. Dzisiaj we wszystkich religiach są tacy, którzy podążają śladami świętych i starają się budować mosty wśród wyznawców różnych religii, głosząc pokój między cywilizacjami".
Nie tylko chrześcijaństwo, nie tylko Kościół katolicki, ale jak się okazuje, liczne religie i wyznania, nawiązując do św. Franciszka, uważają go za tego, który na czasy wojen wszelkiego rodzaju przychodzi z lampą pokoju, której siła światła zawsze zależy od miłości do Boga i człowieka, od troski o to, aby miłość była kochana.
A jak mamy tę miłość odkrywać, podpowiada nam Papież Pius XI w encyklice o św. Franciszku. Oto jego słowa: "Dopiero na tle wszystkich cnót (...), na tle owej surowości życia i apostolstwa pokuty, na tle wszechstronnej działalności, podjętej z nadludzkim wysiłkiem dla dokonania społecznego odrodzenia, wyłania się św. Franciszek takim, jakim był naprawdę, nie tylko jako przedmiot podziwu, ale raczej jako wzór do naśladowania dla rzesz chrześcijańskich. Mieniąc się 'heroldem wielkiego Króla' zmierza do tego celu, aby ludzi przetworzyć przez ewangeliczną miłość Krzyża, a nie do tego, aby z nich porobić tylko sentymentalnych marzycieli, rozmiłowanych w kwiatkach, ptaszkach, jagniętach, rybach i zajączkach" (s. 26).
Papież Pius XI, ogłaszając powyższą encyklikę, kierował się również pragnieniem, aby nie dopuścić do swego rodzaju spłaszczenia świętości Franciszkowej. Widać to już wyraźnie w zakończeniu powyższego cytatu, ale na innych stronach mówi o tym znacznie mocniej, jako że: "...dzisiaj u wielu ludzi, nasiąkłych zarazą światowości, weszło w zwyczaj, iż naszych bohaterów ograbiają z promiennej świętości, a natomiast spychają ich do poziomu naturalnej tylko wyższości, jako wyznawców beztreściowej jakiejś i mdłej religijności, jak gdyby to byli ludzie dlatego pochwał i wyniesienia godni, że położyli wyborne zasługi dla postępu nauki..." (s. 19-20).

4. Wpływ św. Franciszka na kulturę i naukę
Ta zdecydowana postawa Papieża, wyjątkowo życzliwego Polsce, nie może budzić zastrzeżeń. Istotnie bowiem zdarza się często tak, że ograbia się wielkich ludzi Kościoła, a zwłaszcza świętych, z tego, co było fundamentem ich wielkości, ich żywej więzi z Chrystusem, najmocniej wyrażonej przez św. Pawła w słowach: "Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus" (Gal 2, 20).
Z próbami pomniejszania ludzi Kościoła spotykamy się i w naszej rzeczywistości. Większość podręczników do historii czy literatury albo zwyczajnych rozpraw czy naukowych wywodów nie umieszcza przed nazwiskiem naukowca, badacza, twórcy zwykłego tytułu "ksiądz", "ojciec" albo "brat" lub "siostra". To samo da się powiedzieć o nazwach ulic. Włodarze miast, jakby kontynuując minione zakazy, boją się podać, że jest to ulica "księdza", "świętego" albo "świętej". A przecież nie są to jedynie jakieś nieokreślone tytuły, bez większego znaczenia. One same z siebie już wskazują na źródło wielkości tychże osób, na źródło ich twórczości i naukowych osiągnięć.
To prawda, wielu spośród wybitnych duchownych miało również naturalne zdolności, kwalifikacje czy talenty. Jeśli chodzi zaś o wielkość Biedaczyny z Asyżu i jemu podobnych świętych, wypada wciąż przypominać o znaczeniu życia duchowego, o roli formacji ewangelicznej i wadze postawy modlitewnej. I w takim wypadku obecność świętego w świecie twórczości, kultury i nauki ma niesłychanie istotne znaczenie. O jego wpływie na twórcę możemy się przekonać, śledząc przemiany wewnętrzne jednego z laureatów Nagrody Nobla - Samuela Becketta, piszącego równie dobrze po angielsku, jak i po francusku. Otóż wybitny krytyk literacki John Calder w czasie laudacji noblowskiej przedstawił go jako współczesnego świętego Franciszka. Było to wielkim zaskoczeniem dla uczestników uroczystości. Samuel Beckett był pisarzem, który nie identyfikował się z wiarą. Według krytyka: "Przypuszczalnie największą przysługą i pociechą, jakie Beckett niesie swoim czytelnikom, polega na zasadniczym dlań przeświadczeniu, że klęska jest losem człowieka, że jest to sytuacja nieunikniona, dotycząca na równi tych, których życie złamało, jak i tych, którzy osiągnęli sławę i bogactwo, a już szczególnie artystów. Tej myśli, wyrażonej w twórczości tuż powojennej, towarzyszy gniew, a w późniejszym pisarstwie występuje ona w przebraniu stoickiej rezygnacji. Nikt nie powinien poczuwać się do winy z powodu braku sukcesu. A skoro wszystko bez wyjątku jest skazane na klęskę, nie ma sensu być chciwym, egoistycznym, zaborczym. Beckett powiada nam, że powinniśmy używać największego daru ludzkości, to jest zdolności do komunikowania się, byśmy dzielili się z innymi tym, co mamy" (Renata Gorczyńska, Rozmowa mistrza Samuela ze śmiercią, w: Kultura, Paryż 1990, nr 6/513, s. 130-151).
Są różne drogi, którymi ludzie zbliżają się do Boga, do innych osób i do siebie samych. Być może jedną z nich przemierzył w swojej twórczości i w życiu Samuel Beckett. Ale końcowy wniosek, myśl w nim zawarta, jest czymś wspólnym. Okazuje się, że my wszyscy powinniśmy się uczyć wzajemnego komunikowania i dzielenia się. Bo jest to miłość. Opisana inaczej, różnie przedstawiona literacko, ale w samej swojej istocie chodzi właśnie o to. I to w tej dziedzinie Franciszek okazał się mistrzem ponadczasowym.

5. Franciszkowe przesłanie
Franciszek umiał i lubił rozmawiać z Bogiem. Dzięki spotkaniu z żebrakiem nauczył się rozmawiać z ludźmi biednymi. Trubadur Wilhelm Divini wprowadza go w świat kultury. "Brat" Jakobina pokazała mu salony. A już we własnej rodzinie zakonnej przez obcowanie ze św. Antonim i św. Bonawenturą dobrze przypatrzył się nauce i jej roli w dziele ewangelizacyjnym. Te wszystkie dziedziny życia były bliskie św. Franciszkowi i każdą z nich oddzielnie, a wszystkie razem postrzegał oczyma wiary, jako te wyjątkowe przestrzenie Bożej obecności i ludzkiego bytowania.
Wszystko witał z radością i przed wszystkim otwierał swoje serce, marząc tylko o jednym, dążąc tylko do jednego, aby Miłość była kochana. Może z tego powodu jawi się Biedaczyna z Asyżu przede wszystkim jako poeta i to poeta chrześcijański. Do tego faktu nawiązuje węgierski dziennikarz, zwracając się do Janosza Pilinszky'ego, węgierskiego literata, z pytaniem: czy on się czuje poetą chrześcijańskim?
"- Odpowiem ci, że nie jestem poetą chrześcijańskim, ale pragnąłbym nim być. To jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Możliwe, że kiedyś ludzie zdadzą sobie sprawę, że św. Franciszek z Asyżu był ostatnim.
- A hiszpańscy poeci baroku, Niemcy, Francuzi, Anglicy nie byli chrześcijanami? A św. Jan od Krzyża?
- ...św. Jan od Krzyża! Oczywiście, oczywiście!
- Czyli św. Franciszek z Asyżu nie był ostatnim chrześcijańskim poetą?" (Laszló Cs. Szabó, Rozmowa z Janoszem Pilinszky'm, w: Zeszyty Literackie, Paryż, 1985, s. 58).
Radosna to wiadomość, chociaż mamy prawo mieć żal do węgierskiego dziennikarza, że nie zna Jana Kochanowskiego, ale też i Cypriana Kamila Norwida i wielu innych polskich poetów chrześcijańskich, ze współczesnym ks. Janem Twardowskim na czele.
Mimo to jest nadzieja, że chrześcijaństwo nadal będzie miało swoje miejsce w różnych dziedzinach życia. I będzie pełniło tę szczególną misję, którą w Starym Testamencie Pan wyznaczył aniołom, jak to przypomina Księga Wyjścia: "Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa" (Wj 25, 20). A my mamy pamiętać zarówno o tym, jak i o tym, że to właśnie aniołowie wpatrują się w Oblicze Ojca w niebie (por. Mt 18, 10). W Nowym Testamencie niektóre zadania anielskie przejęli święci. A to oznacza, że i my jesteśmy zaproszeni do ukazywania dróg, przestrzegania przed niebezpieczeństwami, aby jak najwięcej ludzi mogło kontemplować Boże oblicze.
I tak jak aniołowie towarzyszą nam przez życie, niech podobnie dzieje się z ewangelicznym orędziem, które dociera do nas przez posługę świętych, a św. Franciszka w szczególności, ale też nie zapominajmy o jego następcach. A czy nie powinniśmy zastanowić się niekiedy nad tym, jak podjąć jego misję? Stać się tymi następcami? Skoro on nie jest ostatnim, skoro wspomagają nas aniołowie...? A więc jest nadzieja!
Niech będzie Bóg uwielbiony w swoim synu Franciszku, dzięki któremu wciąż darzy ludzi nadzieją!