Z ks. dr. Jarosławem Szymczakiem, wykładowcą w Instytucie Studiów nad Rodziną UKSW, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk
Tematem nowego roku duszpasterskiego jest hasło: "Bądźmy świadkami Miłości". Księża biskupi w liście na niedzielę Świętej Rodziny napisali: "Świat ma prawo widzieć uczniów Jezusa, którzy spotkali Go osobiście i żyją z Nim na co dzień w ogromnej zażyłości. My zatem mamy obowiązek dawać przed światem świadectwo naszej miłości do Chrystusa". To bardzo szeroka i rozległa płaszczyzna...
- Powiedziałbym, że nie możemy nie być świadkami. Apostolstwo jest zawsze przejawem nadmiaru. Człowiek, który doświadczył Miłości Bożej, nie może nie być świadkiem. Bóg pragnie, byśmy wszyscy byli Jego świadkami przez przykład słowa i życia nowego człowieka. Bardzo bliskie jest mi wskazanie Pawła VI, jak być świadkiem. W jednym ze swoich przemówień podczas audiencji generalnej (14.12.1966 r.) powiedział, że chrześcijanina powinno dać się rozpoznać po jego sposobie życia, zanim się go jeszcze usłyszało. To spokojne, naturalne i odpowiadające człowiekowi apostolstwo przykładu dostępne jest dla wszystkich. Jest ono obowiązkiem każdego, dzisiaj nawet bardziej niż kiedykolwiek. Trzeba być kaznodzieją w milczeniu, przez prostotę i promieniowanie życiem. Natomiast w "Evangelii nuntiandi" (41) Ojciec Święty powiedział, że dzisiejszy świat chętniej słucha świadków niż nauczycieli, a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego że są świadkami.
Świadectwo Miłości wiąże się w szczególny sposób z sakramentem małżeństwa.
- Ksiądz arcybiskup Kazimierz Majdański, założyciel Instytutu Studiów nad Rodziną, przemawiając podczas kongresu federacji ośrodków przygotowujących do małżeństwa, użył wymownego porównania; powiedział, że był czas, kiedy męczennicy świadczyli o wiarygodności Kościoła. Dziś funkcja ta przeszła na chrześcijańskich małżonków. To mocne słowa.
Małżonkowie wezwani są do dawania świadectwa, ponieważ uczestniczą w sakramencie, który bezpośrednio odwołuje się do miłości. Są powołani do małżeństwa, do którego zaprasza ich sam Bóg. To najpierw On powołuje, zaprasza do udziału w swojej Miłości. Nigdy nie jest tak, że małżonkowie kochają się tylko swoją miłością. To Boża Miłość sprawia, że małżonkowie niejako przekraczają samych siebie. I nieraz może się wydawać, że nie dają rady, kiedy jest ciężko, ale zawsze jest Ten, do którego można się zwrócić. Sakrament małżeństwa podejmuje i rozwija łaskę chrztu świętego. Bóg sam przychodzi w sakramencie małżeństwa i uzdrawia, udoskonala, wywyższa, podnosi ich miłość na poziom, na który sami nigdy by nie weszli. Bóg kocha nas Miłością trwałą i nieodwołalną i także małżonków podtrzymuje w takiej Miłości.
Ktoś powie, że to zbyt proste, że nie byłoby rozpadów małżeństw...
- We wspomnianym liście na wczorajszą niedzielę księża biskupi skierowali do małżonków takie słowa: "Niech wasza miłość będzie wierna i wyłączna. Aż do końca życia. Wierność nie tylko jest możliwa, ale konieczna, by zasmakować Miłości w całej pełni. Zdrada nie da Wam tego, za czym tęsknicie. To możecie odnaleźć tylko we własnym małżeństwie". Wszystko zależy od tego, jak małżonkowie traktują przysięgę małżeńską. Przysięga ta wyraża głębokie zobowiązanie do życia, do którego uzdalnia Pan Bóg. Małżonkowie wypowiadają słowa: "że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący i wszyscy święci". To wyrażenie zobowiązanie do czegoś, do czego uzdalnia mnie Pan Bóg. Bóg chce nierozerwalności małżeństwa i daje ją jako owoc małżeństwa, a Kościół przypomina: nigdy nie jesteście sami w tym, do czego się zobowiązaliście w sakramencie małżeństwa. Bóg niesie z małżonkami ciężar jedności. Owszem, można się od tej łaski odwrócić i można żyć w samotności, poza sakramentem. I wielu ludzi w tę samotność wchodzi. Zapominają, że pokusa opuszczenia powinna być odpierana z Bożą pomocą: "tak mi dopomóż"... Powtarzam: małżonkowie nigdy nie są sami w pokusach. Wspomaga ich zawsze Miłość Boża i posługa Kościoła.
Marnują łaski, czy tak?
- Łaska sakramentalna nie mija z biegiem lat. Nie jest to coś jednorazowego jak woda pozostawiona na słońcu, która wysycha. Łaska jest stale z małżeństwem, które przyjęło sakrament. Pamiętajmy: "gdzie wzmógł się grzech, tam obficiej rozlała się łaska" (Rz 5, 20). To jest Boża ekonomia. W łasce sakramentalnej małżonkowie otrzymują miłość Chrystusa, stając się w ten sposób wspólnotą zbawionych; zostają również powołani do przekazywania tej miłości, stając się wspólnotą zbawiającą. Jan Paweł II podkreślał, że specyfika tej łaski wiąże się z jej pochodzeniem - jest łaską miłości ofiarnej, miłości która obdarza i przebacza, miłości bezinteresownej, która zapomina o własnym cierpieniu. Jest łaską miłości wiernej aż do śmierci, miłości owocującej nowym życiem. Jest to łaska prawdziwej miłości, która wszystkiemu wierzy, wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje, jest większa niż wszystko inne. A powołanie do małżeństwa, oprócz tej łaski sakramentalnej, oprócz przysięgi, to jednocześnie droga życia.
Mówił Ksiądz, że małżonkowie są świadkami dla innych małżeństw, rodzin. Sami jako małżonkowie chrześcijańscy są również odpowiedzialni za własne uświęcenie. To też pole do dawania świadectwa?
- Tak, i w tej relacji można świadczyć o Miłości Bożej, stając się darem dla współmałżonka. Wypowiadając przysięgę: "biorę ciebie", przysięgają sobie, że będą dla siebie darem na co dzień, w codziennych wyborach. Jest taka niezwykła medytacja Jana Pawła II na temat bezinteresownego daru stosunkowo niedawno opublikowana. Zaczyna się od kluczowego pytania: "Czy Bóg mi ciebie dał?". Bo jeśli tak, to każde z tych słów ma ogromne znaczenie. Jak już wspominałem, nie jest tak, że to ludzie sami łączą się między sobą, ale to Bóg daje ich sobie. Od samego początku, od Adama i Ewy, to Pan Bóg obdarowuje ich sobą nawzajem. Kobieta dana jest mężczyźnie, by mógł zrozumieć siebie, i odwrotnie - mężczyzna dany jest kobiecie w tym samym celu. Kobieta i mężczyzna mają potwierdzić swoje człowieczeństwo, zdumiewając się jego dwoistym bogactwem. Czasem pierwszą reakcją na doświadczenie tej odmienności bywa pewne niezadowolenie z tego daru, którym jest druga osoba, bo jest ona inna, niezrozumiała, nie postępuje tak, jak ja. Jednak mało byłoby finezji w tym świecie, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami. To, czego winniśmy doświadczać w relacji z drugą osobą, to raczej zachwyt nad jej odmiennością. I takiego spojrzenia, doświadczania drugiego warto się uczyć, poznawać, zwłaszcza w relacji małżeńskiej. W Fundacji "Pomoc Rodzinie" opracowaliśmy Program wspierania jakości małżeńskiej relacji, wychodząc ze szczegółowej analizy treści przysięgi małżeńskiej. Program pierwszy nosi tytuł: "Ja + Ty = My". Jest on pierwszym członem całego "tryptyku" nastawionego na poprawę jakości małżeńskiej relacji (Program 2: "My + Rodzina", Program 3: "My + Inne Społeczności"). Najbliższe weekendy poświęcone programowi pierwszemu poprowadzę w Łomiankach w styczniu 2010 r. - zainteresowanych zachęcam do kontaktu: warsztaty@fpr.pl. W czasie weekendowego spotkania małżonkowie zostają skonfrontowani z sześcioma kluczowymi dla ich małżeńskiej relacji tematami, które mogą zmienić ich sposób postrzegania siebie nawzajem i dać im personalistyczne "narzędzia" dokonywania takiej zmiany. Jednym z takich tematów jest właśnie "Szacunek i akceptacja odmienności".
Ludzie chyba boją się być takim darem, w małżeństwie poszukują raczej realizacji siebie, przede wszystkim siebie. Powstają nawet programy psychologiczne skierowane do par uczące asertywności niemającej nic wspólnego z miłością, obdarowaniem, o jakim Ksiądz Doktor mówi...
- Nasz założyciel niejednokrotnie podkreślał, że miłość to obopólne oddanie się sobie. Nie dlatego że ty mnie kochasz, ale dlatego że oboje nas ukochał Pan Bóg i dlatego że wydał się za nas. Miłość istnieje tylko wtedy, gdy ja wydaję się za kogoś, kogo miłuję. To, co usłyszał św. Józef: "Nie lękaj się przyjąć do siebie swej małżonki", może być tym elementem małżeńskiej codzienności. Co znaczy "nie lękać się przyjąć"? To znaczy uczynić wszystko, aby rozpoznać dar, którym ona/on jest dla ciebie. Lękać się trzeba tylko jednego - aby tego daru sobie nie przywłaszczyć. Każdemu mężowi powiedziałbym razem z Janem Pawłem II: "Jak długo twoja żona pozostaje dla ciebie darem od Boga, możesz się bezpiecznie radować; więcej, winieneś wszystko uczynić, by ten dar rozpoznać, ukazać jej samej, jaką jest wartością".
Słusznie więc przestrzegają pasterze we wspominanym liście, iż najpierw trzeba wymagać od siebie, "aby nie zbanalizować miłości; aby nie pomylić jej z przejściowym zauroczeniem seksualnością człowieka".
- By być darem, trzeba przede wszystkim posiadać samego siebie. To wymaga solidnej pracy nad sobą. Nie można przecież ofiarować czegoś, czego się nie posiada. Codzienny wybór, branie siebie w posiadanie to panowanie nad złością, humorami, panowanie nad sobą. Dopiero potem można przejawiać troskę o drugą osobę, okazując jej łagodność, szacunek. Przy takich postawach możliwe jest pełne zjednoczenie małżeńskie.
W czym ono się przejawia?
- Pełne zjednoczenie, jedność małżonków jest pełna, gdy obejmuje wszystkie płaszczyzny życia małżeńskiego: miłość upodobania, doświadczenie obecności Boga, communio personarum; z syntezy tego wszystkiego wyrasta piękny akt małżeński, pieczęć daru, który sobie wzajemnie przekazali. Jan Paweł II, mówiąc o miłości upodobania, stwierdza, że kobieta jawi się w oczach mężczyzny jako szczególna synteza piękna całego stworzenia. Miłość upodobania jest, a w każdym razie może być, uczestnictwem w tym odwiecznym upodobaniu, które Bóg ma w stworzonym przez siebie człowieku. Zawiera się ono w zachwycie biblijnym: "było bardzo dobre". I w tym upodobaniu Boga uczestniczy każda żona i każdy mąż. Miłość chroni godność osoby. Gdzie jest miłość, wstyd nie jest potrzebny. Pięknie pisał o tym również ks. Karol Wojtyła w "Miłości i odpowiedzialności" i Wanda Półtawska w komentarzu do katechez środowych "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich". Ta miłość pozwala im z całą prostotą obcować ze sobą i cieszyć się sobą wzajemnie jako darem. Pozwala małżonkom czuć się obdarowanymi swoim człowieczeństwem, swoją męskością i kobiecością...
...która przynosi pełnię, jakieś spełnienie, tak często poszukiwane.
- W serce człowieka wpisana jest tęsknota za tym pierwotnym pięknem, w które wyposażył nas Stwórca. Ta tęsknota jest równocześnie tęsknotą za komunią. To także pojęcie, które wprowadził na grunt teologii i Kościoła Jan Paweł II.
Wspólnota jest wtedy, gdy spotykamy się, by wspólnie coś zrobić. Każdy daje to, co ma w sobie najlepszego, i razem coś wykonujemy. Wspólnota realizuje cele przedmiotowe, komunia natomiast cele podmiotowe. Realizując cele przedmiotowe, zwracamy uwagę na jakość wzajemnych odniesień. Komunia jest wtedy, gdy dbamy o wzajemne relacje i pielęgnujemy je, zwłaszcza wtedy, gdy razem coś czynimy. Małżeństwo jest więc i komunią, i wspólnotą. Wyraża się w codzienności, w gestach czułości, zainteresowania, obecności. Jeśli nie podejmujemy troski o wzajemne odniesienia, małżeństwo jest tylko wspólnotą, ale bez komunii. Wspólnota nie wypełnia tęsknoty ludzkiego serca - tęsknoty za komunią, w której objawia się bezinteresowny dar z siebie. Oddając się sobie, dają Boga sobie nawzajem, to piękno, które On w nas złożył. Jak mówi Jan Paweł II, człowiek zostaje na nowo obdarowany swoją męskością i swoją kobiecością, zdolnością bytowania w komunii.
Jednak tu również pojawia się zagrożenie użycia?
- Tym zagrożona jest nasza cywilizacja. Miejsce bezinteresownego upodobania zajmuje chęć przywłaszczenia i używania drugiego człowieka. Ta chęć jest zagrożeniem nie tylko dla drugiego, lecz przede wszystkim dla tego człowieka, który jej ulega. Paweł VI i Jan Paweł II głosili prymat cywilizacji miłości (i życia) nad cywilizacją śmierci: prymat osoby nad rzeczą, "być" nad "mieć", etyki nad techniką, miłosierdzia nad sprawiedliwością. Spotkanie mężczyzny z kobietą w akcie małżeńskim jest spotkaniem osobowym, a nie spotkaniem przedmiotów, które wzajemnie się konsumują. Akt małżeński wydobywa całą prawdę o osobach, które są ciałem uduchowionym, duszą ucieleśnioną.
Z całym szacunkiem do ojca Ksawerego Knotza, istnieje jednak niebezpieczeństwo w pewnych jego publikacjach, w których tak bardzo akcentuje wymiar przyjemności w akcie małżeńskiem. Owszem, przyjemność wiąże się z aktem małżeńskim, jednak nie jest priorytetowa, gdyż pojawia się wówczas ogromne niebezpieczeństwo, że człowiek będzie chciał więcej "mieć", niż "być", "posiadać", niż "być darem".
Podczas kongresu rodzin ks. kard. Alfonso Lopez Trujillo, przewodniczący papieskiej Rady ds. Rodziny, uznał pogłębienie zagadnienia rodziny i prokreacji za jedno z najważniejszych zadań stojących przed Kościołem i zarazem jedno z najważniejszych w naszym społeczeństwie...
- Ważne, by uświadomić sobie, że spotkanie małżeńskie ma wymiar odkupieńczy. Miłość tę Bóg uzdrawia, udoskonala, wywyższa. Akt małżeński może być udziałem w odkupieńczej misji, kiedy człowiek, podejmując ten akt, nastawia się na obdarowanie miłością małżonka - całego człowieka, a nie koncentruje się tylko na ciele. Duch nie da się nigdy ograniczyć przez ciało, człowiek nigdy nie odnajdzie się w pełni w sferze cielesnej. Nawet najpiękniejszy akt małżeński pozostawia w sobie przeżycie niedosytu. Małżonkowie nie mogą sobie pokazać naprawdę tego, jak bardzo się kochają, bo to tak, jakby chcieć pokazać nieograniczoną Miłość Boga. Ten wymiar odkupienia jest szczególnym wymiarem odkupienia ludzkiego ciała. Świętość ta wyklucza sytuację, w której ciało miałoby się stać przedmiotem użycia. Każdy człowiek jest stróżem tej godności i świętości tego aktu. Swoim działaniem musi pokazać, że to, o co się troszczy, to cała osoba, a nie tylko przyjemność, którą może uzyskać. Dlatego Kościół przypomina o nierozerwalnej, podwójnej funkcji znaku małżeńskiego: miłości jednoczącej i płodnej.
Rozdzielanie tych dwóch funkcji aktu małżeńskiego jest pułapką. Antykoncepcyjna mentalność, projekty ustaw dotyczące in vitro pokazują, że wpadamy w tę pułapkę.
- Tak, ale jest też dobra informacja w postaci NaProTechnology. Byłem przez cały tydzień w szkole prof. Thomasa Hilgersa w Instytucie Pawła VI, ucząc się modelu Creightona i zgłębiając tajniki NaProTechnology. Profesor Hilgers i jego Instytut pracują z małżeństwami, które zostały zdiagnozowane jako niepłodne. Zamiast promowania in vitro, które jest niemoralne, upokarza człowieka i jego godność, wydobywają całą prawdę o człowieku. Założeniem modelu Creightona jest całościowe, wręcz systemowe spojrzenie na oboje małżonków, którzy pragną stać się rodzicami. Płodność dotyczy obojga (więc to nie tylko sprawa kobiety i obserwacji jej cyklu płodności), natomiast rodzicielstwo jest sprawą już nie tylko obojga, ale także - a nawet nade wszystko - Boga, który jest Stwórcą, i pośrednio tego owocu, który jest z miłością oczekiwany. W związku z tym Creighton Model FertilityCare System troszczy się o to, aby oboje małżonkowie wspólnie przeżywali swoją płodność. Kobieta przeprowadza obserwację swojego cyklu, ale to mąż dokonuje zapisu. Oboje w tym uczestniczą. Razem podejmują decyzję o współżyciu lub jego zaniechaniu, nie należy ona tylko do kobiety, która w powszechnym przekonaniu ma wiedzieć, kiedy "można, a kiedy nie można". W takim wypadku istnieje poważne ryzyko uprzedmiotowienia, jakby dystrybucja pewnego "dobra", które jest "dawane" lub "odbierane", a nie wspólne przeżywanie tego czasu, który ma być piękną pieczęcią tego daru, jaki stanowią dla siebie nawzajem małżonkowie. Akt małżeński ma być tym przejawem zjednoczenia małżeńskiego, nie tylko zjednoczenia cielesnego, lecz także zjednoczenia małżeńskiego, które jest owocem ich nieustannej jedności. Chodzi przecież o prawdę o człowieku, która się w tym akcie objawia, a nie tylko o jakiś wycinek tej prawdy. Płodność jest darem dla dwojga, oboje mają temu darowi towarzyszyć, oboje mają ten dar pielęgnować i oboje mają swoje role do wypełnienia. Dlatego gdy mówimy o metodach, to mówimy o metodach rozpoznawania płodności, a nie o regulacji poczęć. Dar płodności udzielany małżonkom otwiera ich na spotkanie z Bogiem, który ich sobą nawzajem obdarował i który czyni z nich rodziców. Lekarz naprotechnolog swoje spotkanie z parą rozpoczyna od wspólnej modlitwy wielbiącej Boga, od którego pochodzi wszelkie ojcostwo w Niebie i na ziemi.
Proszę powiedzieć, co jest najcenniejszym świadectwem małżeństwa sakramentalnego?
- Na pewno dozgonna wierność małżonków. Jest ona zawsze możliwa, uświadamiamy to sobie, przywołując te prawdy, o których mówiliśmy. Można i należy być świadkiem miłości małżeńskiej; trzeba pielęgnować ją poprzez zgłębianie nauczania, ciągłe przypominanie sobie ich własnej godności i tego, w czym uczestniczą chrześcijańscy małżonkowie, do czego zostali zaproszeni, w czym uczestniczą - znak miłości Chrystusa do Kościoła. Znów powołam się na wypowiedź Pawła VI, który w encyklice "Humanae vitae" napisał, że "wśród owoców, które dojrzewają, gdy prawo Boże jest gorliwie przestrzegane, szczególnie cenny jest ten, że sami małżonkowie pragną podzielić się wynikami swoich doświadczeń". Rodziny są powołane do apostolstwa rodzin wśród rodzin. Rodzina nie może być samotną wyspą. "Dzisiaj, gdy otwarcie atakuje się rodzinę i celowo niszczy wartości rodzinne, rodziny potrzebują wsparcia" - zauważają biskupi. Tą pomocą są ruchy i wspólnoty rodzinne, gdzie rodziny mogą spotkać ludzi podzielających te same ideały.
Dziękuję za rozmowę.

Jak być świadkiem Miłości w małżeństwie i rodzinie?
















