Prof. Grzegorz Kucharczyk
Krytyczne głosy na temat filmu "Towarzysz Generał" po raz kolejny w ostatnich latach skłaniają do zastanowienia się nie tylko nad stanem ducha i intelektu wspomnianych elit, ale również do refleksji nad ograniczeniami wolności słowa czy wprost badań naukowych, które istnieją i mnożą się na naszych oczach. Czy Trzecia Niepodległość budowana będzie na "instytucjonalizacji relatywizmu", nie tylko etycznego, lecz także historycznego?
Z wyemitowanego w poniedziałek w TVP filmu dokumentalnego "Towarzysz Generał" o Wojciechu Jaruzelskim nie dowiedzieliśmy się właściwie niczego nowego na temat biografii twórcy stanu wojennego. Było wszystko, o czym wiedzieliśmy już od dawna: sowieckie przeszkolenie (szkoła oficerska w Riazaniu), błyskawiczne wspinanie się po szczeblach wojskowej kariery od czasu nawiązania bliskich kontaktów z Informacją Wojskową i dzięki niesłabnącemu zaufaniu Moskwy (nawet byłoby dziwne, gdyby istniały jakieś inne powody tak szybkiej kariery młodego oficera LWP wywodzącego się przecież z ziemiańskiej rodziny). O dokonywanych pod jego patronatem (jako szefa sztabu generalnego LWP, a potem szefa MON) czystkach antysemickich w wojsku i współudziale w krwawym tłumieniu robotniczych protestów na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku - także było wiadomo (no, może poza paroma składami sędziowskimi). O tych i innych elementach swojej biografii (np. o stosunku własnej matki do jego kariery w komunistycznym aparacie władzy) mówił także sam Wojciech Jaruzelski, choćby w zbiorze wywiadów Teresy Torańskiej "Byli".
Można więc powiedzieć - żadna sensacja. Interesująca jest jednak gwałtowna reakcja obrońców towarzysza generała, zarówno wśród postkomunistycznej lewicy, jak i w środowiskach dawnej solidarnościowej opozycji; tych, które za dewizę wzięły sobie zawołanie Adama Michnika: "Odpieprzcie się od generała!". To wymowna reakcja. Dużo mówi o polityce historycznej uprawianej przez reprezentatywną część opiniotwórczych elit III RP, dla których po upływie ponad dwudziestu lat od odzyskania niepodległości dużym problemem jest film syntetyzujący dostępne już wcześniej informacje o biografii generała, który socjalizmu (jak sam mawiał) chciał bronić jak niepodległości.
Krytyczne głosy na temat filmu "Towarzysz Generał" po raz kolejny w ostatnich latach skłaniają do zastanowienia się nie tylko nad stanem ducha i intelektu wspomnianych elit, ale również do refleksji nad ograniczeniami wolności słowa czy wprost badań naukowych, które istnieją i mnożą się na naszych oczach. To bardzo charakterystyczne, że najczęściej przeciwnikami rzeczywistej wolności w tym właśnie zakresie są ci reprezentanci lewicy (czy to postkomunistycznej, czy postsolidarnościowej), którzy postulują tzw. krytyczną wizję dziejów Polski, która na przykład każe dopatrywać się w Powstaniu Warszawskim antyżydowskich pogromów, a w społeczeństwie polskim czasów ostatniej wojny "gorliwych pomocników Hitlera" (ciekawe zresztą, jak obrońcy Jaruzelskiego gładko przechodzą do porządku dziennego nad dokonywanymi przez niego antysemickimi czystkami w LWP). Krytycznie można, a nawet należy spoglądać na bohaterów Polski Podziemnej, Jaruzelskiego zaś pokazywać przede wszystkim jako "rycerza Okrągłego Stołu". Tako rzecze gazetowa mądrość.
"Niech rozliczeniami zajmą się historycy"... ale "słuszni" (i posłuszni)
W pierwszych latach po 1989 roku, gdy pojawiały się głosy, by korzystając z przykładu naszych sąsiadów (zjednoczonych Niemiec czy Czechosłowacji), uporać się z dziedzictwem komunizmu nie tylko poprzez zmianę ekipy rządowej, ale również z wykorzystaniem instrumentów prawnych w postaci ustaw dekomunizacyjnych i lustracyjnych, przeciwnicy tych rozwiązań mówili: historię zostawcie historykom, niech osądzi ich (tj. komunistów) historia.
Można byłoby sądzić, że przeciwnikom takich rozwiązań chodziło po prostu o ochronę agentury i prominentnych przedstawicieli systemu komunistycznego, z którymi podczas różnych spotkań jawnych i niejawnych uzgadniano "kontrolowane podzielenie się władzą". Ale, jak wiemy choćby z obowiązującego obecnie orzecznictwa w tzw. procesach o zniesławienie, taka interpretacja jest dużym naruszeniem dóbr osobistych i obrazą czci obrońców "ludzi honoru".
Problem polega jednak na tym, że pojawili się historycy, ba!, cała instytucja (Instytut Pamięci Narodowej), którzy chcą się zajmować - a nawet mają ku temu stworzone dostateczne warunki organizacyjne - dziejami PRL i jej wysokich dygnitarzy. Słowem, robią to, do czego na początku lat 90. wzywali obrońcy honorowych ludzi z bezpieki cywilnej i wojskowej. Historycy zajęli się historią. Część z nich wypowiadała się nawet w filmie "Towarzysz Generał".
Jak wiadomo, nie rozproszyło to obaw wszystkich tych, którzy - czy to na lewicy postkomunistycznej, czy postolidarnościowej - wobec dawnych włodarzy PRL nie chcieli stosować "broni nienawiści". W ostatnich latach w tychże środowiskach określenie "młody historyk z IPN" stało się odpowiednikiem stosowanego po 4 czerwca 1992 r. wyrażenia "pełne nienawiści oczy Macierewicza" - czyli symbolem "bolszewickiej dekomunizacji", "polityki nienawiści" i "zacietrzewienia". Zauważmy jednak, że obecnie już nie chodzi o ustawowe próby dekomunizacyjne, a jedynie o analizę historyczną.
Charakterystyczna jest tutaj stosowana przez gazetowych obrońców "honorowych ludzi" metoda ataku. Tak zwana dyskusja polega na odsądzaniu od czci i wiary historyków (czy jak w przypadku "Towarzysza Generała" twórców filmu), stygmatyzowaniu ich jako ludzi "niedojrzałych i pełnych uprzedzeń". Bardziej niepokojący jest jednak fakt, że także część historyków zdaje się przejmować gazetowy sposób toczenia sporu historiograficznego. Ten ostatni polegać powinien przecież na tym, że w sytuacji braku zgody na taką czy inną ocenę ważnej postaci historycznej w książce (czy filmie) oponent pisze własną książkę, w której - opierając się na nowych, nieodkrytych jeszcze źródłach albo źle zinterpretowanych - przedstawia własną wizję biografii. Jest jednak inaczej. Zamiast ślęczeć w archiwach i przekopywać się przez dokumenty, łatwiej zasiąść jako ekspert w telewizyjnym studiu i stwierdzić, że książka (lub film) "jest kontrowersyjna" i "zawiera zbyt jednostronne interpretacje". Na koniec zostaje zawsze na podorędziu argument o "młodym historyku z IPN".
Gazetowa mądrość: wolność to konformizm
Poniżanie, zastraszanie, ostracyzm - to nie są dobre narzędzia toczenia sporów historiograficznych i w ten sposób nie zachęci się młodego pokolenia historyków do zajmowania się najnowszymi dziejami Polski. A może właśnie o to chodzi? Pokazową nauczkę już zresztą dano. Biograf Lecha Wałęsy został wyrzucony z pracy, a za "nieprawomyślną" książkę dostał "wilczy bilet" i najbliższą pracę naukową otrzymał... za oceanem. Gdzie wolność badań naukowych? Czy ktoś myślał o tym, że po dwudziestu latach trwania niepodległej Polski absolwent wydziału historii najstarszego polskiego uniwersytetu za napisanie wybitnej pracy magisterskiej (każdy, kto prowadzi seminaria magisterskie na jakiejkolwiek uczelni, musi to przyznać) zostanie wysłany do pracy w magazynie hipermarketu. Dla wielu jednak wolność poglądów oznacza wolność zgadzania się z ich poglądami. Wolność badań naukowych? Jak najbardziej, pod warunkiem, że ich wyniki nie będą godzić w "dobra osobiste" i "nie będą szerzyć klimatu nienawiści".
Któż dzisiaj odważy się napisać biografię polityczną Jacka Kuronia, Adama Michnika czy Bronisława Geremka? Pozwy sądowe i gazetowy ostracyzm czekają na śmiałków, którzy będą chcieli opisać całe życie tych ważnych dla dziejów politycznych Polski po 1945 roku postaci, nie pomijając także tzw. trudnych fragmentów, lub będą chcieli dotrzeć do wszystkich dostępnych źródeł i skorzystać z nich (np. publikowanych protokołów z przesłuchań uczestników Marca 1968 roku).
Z jednej strony wymusza się konformizm, upowszechnia się sposób pojmowania terminu "niezależny historyk (publicysta)" jako historyka (publicysty), któremu na niczym nie zależy, z drugiej strony jak miecz Damoklesa wiszą nad nami kolejne pomysły reformatorskie Ministerstwa Edukacji Narodowej w zakresie nauczania historii. A sprowadzają się one do jasnej dyrektywy: redukować (liczbę godzin historii w szkole i zawartość programową). Nic więc dziwnego, że wśród studentów - wiadomość z wiarygodnych źródeł z ostatnich kilku lat - na pytanie o Westerplatte pojawia się odpowiedź: "Wzgórze we Włoszech, które szturmowała polska armia", a na pytanie o Orlęta Lwowskie można usłyszeć replikę: "Młodzi Litwini broniący Lwowa przed Niemcami". Nie zdziwcie się więc, Drodzy Czytelnicy, gdy za kilkanaście lat w rozmaitych gazetowych dużych formatach pojawi się żądanie: "Jaruzelski na Wawel!".
Dlaczego potrzebna nam prawdziwa historia?
Historia to przecież laboratorium polityki, a polityk, który by nie znał historii, jest jak student medycyny, który chciałby zostać lekarzem, nie odwiedzając szpitala (J. Bainville). Dochodzimy w ten sposób do istoty kwestii. Chodzi tutaj bowiem o ścisły związek między bieżącą polityką a poznaniem najnowszej historii Polski. Innymi słowy, czy Trzecia Niepodległość budowana będzie na "instytucjonalizacji relatywizmu", nie tylko etycznego, ale i historycznego.
Tak trudno burzyć pomniki. Pamiętam, ileż to trosk i niepokoju wzbudził w 1989 r. wśród niektórych, opozycyjnych dotąd, publicystów fakt zburzenia pomnika Feliksa Dzierżyńskiego na placu Bankowym w Warszawie. Ileż było przestróg, że od burzenia pomników tylko krok do stawiania szafotów. Dla tych samych zastraszaczy pomnikiem jest towarzysz generał, od którego po prostu trzeba się "od...yć".
Jak mówił twórca "Pana Cogito", trzeba stąpać "po ubitej ziemi" i trzeba "mieć w pogardzie szpicli". Trzeba wreszcie korzystać z doświadczeń Drugiej Rzeczypospolitej, która w pierwszych rzędach na największych państwowych uroczystościach sadzała sędziwych weteranów Powstania Styczniowego (awansując ich wcześniej do stopni oficerskich) i kosztem wielu nakładów finansowych burzyła widoczne symbole niedawnej podległości zaborcy (np. wielką cerkiew Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie). A przecież było wtedy wiele palących problemów społecznych, finansowych, pracowano nad zintegrowaniem dawnych trzech zaborów w jedno państwo. Jednak twórcy Drugiej Rzeczypospolitej wiedzieli od czego zacząć i do jakiej tradycji się odwoływać. Wiedziano, że nauka historii w szkole - chociaż nie ma bezpośredniego przełożenia choćby na industrializację kraju - ma bezpośredni wpływ na coś o wiele cenniejszego - na wychowanie dobrego obywatela Rzeczypospolitej. Na całe pokolenie, które potem ginęło od sowieckich kul w Katyniu i od niemieckich na barykadach Warszawy.

















