Z dr. Andrzejem Kołakowskim, pedagogiem z Uniwersytetu Gdańskiego, przez kilkanaście lat pracownikiem pogotowia opiekuńczego, rozmawia Maria S. Jasita
Jak Pan ocenia rządowy projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie?
- Projekt ma wady zarówno formalne, jak i merytoryczne. Formalną wadą jest zbyt ogólne skalkulowanie kosztów tej ustawy. Poważniejsze są jednak zagrożenia, jakie z tej nowelizacji wypływają dla rodziny. Można odnieść wrażenie, że przemoc jest tylko pretekstem do poszerzenia możliwości ingerowania przez instytucje publiczne w życie rodzin. Pod pretekstem walki z nią rozciąga się możliwości kontrolowania, zbierania informacji o zwyczajnych rodzinach. Wynika to z bardzo szerokiej interpretacji zjawiska przemocy. Według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, przemocą jest np. krytykowanie zachowań seksualnych, obezwładnianie, ograniczanie kontaktów. W związku z tym można przyjąć, że skarga na rodziców, w której będzie zawarty któryś z tych elementów, może posłużyć do założenia rodzinie "niebieskiej karty". To z kolei sprawi, że powołane przez nowelizację tzw. zespoły interdyscyplinarne mogą bez zgody zainteresowanych gromadzić i przetwarzać najbardziej intymne dane dotyczące rodziny. Powie ktoś, że przecież jest jeszcze zdrowy rozsądek. Przykład szwedzki pokazuje, że w praktyce tego rozsądku jest niewiele.
Co go zabija?
- W Szwecji decyzje podejmują właśnie instytucje socjalne, a sąd jest wobec nich wtórny. Z tego względu dochodzi nieraz do tragedii. Głośny był przypadek, kiedy "socjal" pozbawił matkę prawa do opieki nad dzieckiem, bo uznał, że jest nadopiekuńcza. Chłopiec był chory na epilepsję i wymagał szczególnej opieki, jednak "socjal" zdecydował się go oddać do rodziny zastępczej, która się specjalizowała w resocjalizowaniu narkomanów. Ona się szybko rozpadła, więc został przekazany alkoholikowi, który miał się nim opiekować w ramach resocjalizacji. Oczywiście tego nie robił i dziecko zmarło na skutek tych działań służb socjalnych. Matka się odwoływała i właściwie przeszła wszystkie instancje sądów szwedzkich, ale w każdej przegrała. Dodatkowo dostała do zapłacenia 1,5 mln koron kosztów sądowych. Poza tym w Szwecji w ogóle nie funkcjonuje pojęcie władzy rodzicielskiej - ani w sensie obyczajowym, ani w sensie prawnym. Społeczeństwo ma dominację nad rodziną.
Rzecznik praw dziecka Marek Michalak, występując w telewizji publicznej, określił projekt jako "krok cywilizacyjny"...
- Kojarzy mi się ta wypowiedź z Gomułką, który miał powiedzieć: "Staliśmy nad przepaścią, ale teraz wykonaliśmy ogromny krok do przodu". Nie wiem, o jaką cywilizację rzecznikowi chodziło. W łacińskiej rodzina cieszyć się powinna autonomią, a rodzice powinni mieć możliwość wychowywania, a co za tym idzie - również karania własnych dzieci. Tymczasem każda kara może być zinterpretowana jako poniżająca albo - jak mówiłem wcześniej - określona jako przemoc. Odebranie dziecka rodzicom jest zawsze dramatem. Wiem z doświadczenia, że nawet rodziny patologiczne przeżywają ten fakt, a dziecko zawsze odbiera to jako krzywdę. Ta ustawa idzie w kierunku dominacji państwa nad rodziną, a to trąci totalizmem.
Propagatorzy nowelizacji zapewniają, że nie ma mowy o ingerencji we władzę rodzicielską, a rząd podejmuje jedynie próbę zapobiegania takim tragediom jak maltretowanie dzieci.
- Jak można mówić, że nie będzie ingerencji, skoro ułatwia się odbieranie dziecka z rodziny?! Pracownik socjalny może podjąć autonomicznie taką decyzję, jedynie powiadamiając o tym sąd. "Socjal" może gromadzić i przetwarzać dane, a ustawa nic nie mówi o tym, w jakim zakresie itd. To w zasadzie zamach na wolność rodziny, a nie ingerencja. Jako ciekawostkę podam, że w uzasadnieniu do ustawy "skuteczna ochrona przed przemocą" wymieniana jest dopiero na trzecim miejscu pośród celów. Wydaje się, że ustawa ma być odpowiedzią rządu na nagłaśniane przez media przypadki przemocy, ale ta poprawa wizerunku jest chyba jednak zbyt kosztowna.
Już sama nazwa ustawy - "o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie" - sugeruje, że rodzina ma charakter opresyjny.
- Oczywiście, ustawa stygmatyzuje rodzinę już w samej nazwie, choć dla porządku trzeba dodać, że nie jest to wina samej nowelizacji. Nie mamy specjalnej ustawy o przemocy w szkole (i Bogu dzięki), choć zjawisko przemocy występuje tam w znacznie większej skali. Wydaje się, że tytuł ten powinien być koniecznie zmieniony np. na "ustawa o ochronie członków rodziny przed przemocą" czy też - jak sugeruje Antoni Szymański, członek Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski - o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Uwzględniłaby wówczas np. przypadki przemocy instytucjonalnej (w starciu z instytucją rodziny często bywają bezbronne) i wskazywałaby też na konkubinaty, w których do przestępstwa maltretowania dochodzi dużo częściej niż w rodzinach. Wprawdzie ustawodawca mówi, że rodzina jest tu rozumiana tak jak w kodeksie karnym (a więc obejmuje związki nieformalne), niemniej jednak tytuł ewidentnie krzywdzi prawdziwą rodzinę.
Według raportu z badań umieszczonych na stronach resortu pracy przemoc występuje w 50 proc. domów. Czyli połowa naszych znajomych dopuszcza się przemocy?
- Ministerstwo opiera się na badaniach opinii publicznej, a nie na analizie dokumentacji sądowo-policyjnej. Tymczasem każdy badacz wie, że ankiety badają stan świadomości i subiektywne odczucia, a nie stan faktyczny. Wyniki ankiety są zależne od wielu czynników, np. od doboru próby badawczej, konstrukcji pytań. W moim przekonaniu, te dane są nierzetelne.
W polskim prawie już jest wiele narzędzi umożliwiających ochronę przed przemocą. Czy jest potrzeba mnożenia kolejnych, skoro dotychczasowe są kompletnie niewładne?
- Polski system prawny chroni osoby przed przemocą. Problem leży w egzekwowaniu wyroków sądowych. Jeszcze jedna ustawa, i to powielająca inne przepisy - moim zdaniem - niewiele zmieni w tym zakresie.
Trudno jest od agend rządowych uzyskać jakiekolwiek dane na temat drastycznych przypadków przemocy wobec dzieci, do jakich dochodzi w konkubinatach. Dlaczego pomija się ten problem?
- Policja definiuje rodzinę na podstawie kodeksu karnego, stąd nie różnicuje tych dwóch instytucji. Natomiast jeśli chodzi o pozostałe kwestie, to obserwujemy, że próbuje się wprowadzić w obieg nową definicję rodziny, np. rodzina homoseksualna. To forma walki o świadomość. Często podkreśla się w prasie, że w "wolnych związkach" panuje lepsza atmosfera wychowawcza itp. W związku z tym pokazywanie przemocy jako przemocy w rodzinie wywołuje określone skojarzenia: zniechęca do zakładania formalnych związków.
Na podstawie swojego zawodowego i naukowego doświadczenia może Pan potwierdzić, że zdecydowanie częściej na przemoc narażone są dzieci w przypadku konkubinatów?
- Tak, wiele lat pracy w pogotowiu opiekuńczym pozwala mi na potwierdzenie tej tezy. W konkubinatach kobieta nie jest chroniona prawnie w taki sposób jak w małżeństwie, często jest uzależniona materialnie od partnera, co więcej - chcąc być atrakcyjna dla partnera, toleruje jego zachowania wobec dziecka. Nawet w doniesieniach telewizyjnych mówiono o konkubentach, a nie o małżeństwach.
A widział Pan "Poradnik Pracownika Socjalnego", który znajduje się na stronach internetowych resortu pracy? W definicji przemocy fizycznej stawia się klapsa na równi z kopaniem, duszeniem i oblewaniem wrzątkiem...
- W poradniku wątpliwości budzą te definicje. Nie krytykuję całego poradnika, który zawiera praktyczne wskazówki. Problem w tym, że stanowi on odbicie postrzegania przemocy przez ministerstwo, tu jest zagrożenie. Gdyby to były prywatne poglądy autora, nie byłoby to takie niebezpieczne. Tymczasem jeśli pracownik socjalny będzie kierował się literą, a nie rozsądkiem, powód do odebrania rodzinie dziecka zawsze się znajdzie. To jest właśnie ten skandynawski model, w którym urzędnik ma zawsze rację. Sądy też popełniają błędy, ale mają większe doświadczenie, zespół kuratorów daje lepsze gwarancje zabezpieczenia praw rodziny.
Jeszcze bardziej niebezpieczne dla autonomii rodzin jest wymienianie jako formy przemocy psychicznej zawstydzania, narzucania własnych poglądów, kontrolowania i ograniczania własnych poglądów, a w ramach przemocy seksualnej - krytykowanie zachowań seksualnych. Może rodzicom nie będzie też wolno wychowywać dzieci np. w duchu wiary?
- Byłoby to sprzeczne z Konstytucją, ale możliwe. W Europie mamy już przecież przykłady ubezwłasnowolnienia rodziny, szczególnie w Skandynawii, ale także w Niemczech: rodzina niemiecka otrzymała niedawno azyl polityczny w USA właśnie z powodu niemożności wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Z uwagi na dominację przepisów unijnych nad krajowymi, niestety, nie możemy niczego wykluczać.
Dziękuję za rozmowę.

Wiele lat pracy w pogotowiu opiekuńczym pozwala mi na potwierdzenie, że do przestępstwa maltretowania dzieci dochodzi dużo częściej w konkubinatach niż w rodzinach
Rząd powinien przyjrzeć się raczej związkom partnerskim















