Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Środa, 10 marca 2010, Nr 58 (3684)
wersja do druku bez polskich znakow

Bardzo ułudne są kalkulacje, że w wyborach prezydenckich elektorat postkomunistyczny nagle zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego. Ale jest całkiem realne, że elektorat prawicowy nie pójdzie na wybory

Nie da się połączyć wody z ogniem


Z dr. Arturem Górskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Marcin Austyn

Wyobraża Pan sobie taki układ sił politycznych, w którym PiS mogłoby powrócić do władzy, ale tylko wespół z SLD? Takie pomysły zgłaszane są nie tylko w środowisku PiS; współpracy nie wykluczyłby także Aleksander Kwaśniewski...
- Prawo i Sprawiedliwość jest partią zdecydowanie antykomunistyczną i tego typu głosy dające się słyszeć w moim środowisku budzą we mnie bardzo duże zdziwienie i niepokój. Odnoszę wrażenie, że w ten sposób wypowiadają się ludzie mentalnie stojący poza PiS. Osobiście, jako poseł prawicy konserwatywnej i katolik, nie wyobrażam sobie sojuszu z partią, która programowo jest antykatolicka i - w mojej ocenie - antypaństwowa i antynarodowa. Szczerze mówiąc, zupełnie nie wiem, czemu mają służyć tego typu wypowiedzi, które przypominają mi słynną deklarację posła Palikota, że jest mu blisko do SLD.

Może mają przygotować wyborców na taki scenariusz albo zbadać ich nastroje? Przecież deklaracja posła Adama Hofmana nie była odosobnionym głosem. Zawarcia koalicji z SLD jednoznacznie nie wykluczali przecież m.in. Michał Kamiński, Przemysław Gosiewski, Adam Bielan czy Adam Lipiński. Owszem, mówiono o niej w kategoriach pewnego wariantu, wspominano o warunku zmiany pokoleniowej, ale jednak nie było stanowczego "nie".
- Czasem w polityce trzeba umieć powiedzieć stanowcze "nie". Jestem w stanie wyobrazić sobie pewnego rodzaju koalicje taktyczne mające na celu przegłosowanie w Sejmie konkretnych ustaw albo umożliwiające dokonanie wyboru konkretnych osób na stanowiska państwowe. Jednak nie wyobrażam sobie, podobnie jak większość członków PiS, trwałej koalicji z lewicą postkomunistyczną. I nie chodzi tu o to, czy jest to młoda lewica, czy też ta stara, wywodząca się z czasów PRL, ale o pryncypia. Przecież młodzi działacze lewicowi są często bardzo ideowi, zajadli w swoim lewactwie, a przez to bardziej niebezpieczni niż starzy, postkomunistyczni działacze do wielu spraw mający koniunkturalne podejście. Jeszcze raz podkreślę: nie wyobrażam sobie takiej koalicji. Słysząc takie głosy, odnoszę wrażenie, że niektórzy posłowie PiS kwestię pragmatyzmu w polityce traktują zbyt dosłownie. Uważam, że istnieją granice przyzwoitości i uczciwości względem wyborców. Nie można dla osiągnięcia celów politycznych wchodzić w sojusz z samym diabłem. Jako katolik, na taką koalicję zgody dać nie mogę, bo taka koalicja byłaby szkodliwa zarówno dla PiS, jak i dla Polski.

Prezes Jarosław Kaczyński wykluczył współpracę PiS z SLD. Nie obawia się Pan, że mimo to zadziała zasada, zgodnie z którą w polityce nigdy nie mówi się "nigdy"?
- Są granice zdrowego rozsądku, są granice walki o elektorat. Bardzo ułudne są kalkulacje, że w wyborach prezydenckich elektorat postkomunistyczny nagle zagłosuje na Lecha Kaczyńskiego albo w wyborach parlamentarnych przerzuci swoje głosy na PiS. Ale jest całkiem realne, że elektorat prawicowy nie pójdzie na wybory. Jeżeli nadal będą słyszane głosy nawołujące do koalicji z SLD, to obawiam się, że cierpliwość mogą stracić wyborcy prawicowo-katoliccy, którzy przez ostatnie lata byli przez PiS karmieni hasłami walki z dziedzictwem komunizmu. Ludzka cierpliwość ma swoje granice, podobnie jak wyrozumiałość i akceptacja dla pewnych działań. Tego typu enuncjacje na pewno nie służą silniejszemu przywiązaniu się prawicowych wyborców do PiS. Zawsze byłem zwolennikiem tego, by moja partia otwierała się na prawą stronę i dbała o katolicki elektorat, bo jest on nam najbliższy i najbardziej wierny. Nie zmienia to faktu, że rozumiem koncepcję otwierania się PiS na centrum, bo jest to konieczne, aby wygrać wybory. Mówimy tu jednak o centrum, a nie o lewicy. Nie da się połączyć wody z ogniem. Albo decydujemy się, że jesteśmy partią centroprawicową, albo że jesteśmy - podobnie jak PO - partią bez zasad, i otwieramy się na lewicę. Ja zapisałem się do partii z zasadami i nie wyobrażam sobie koalicji PiS z lewicą.

Ile PiS może poświęcić, by odsunąć Platformę Obywatelską od władzy?
- Oczywiście sztuką będzie odsunięcie PO od władzy i trzeba szukać różnych rozwiązań, aby przyciągać szeroki elektorat i wygrać wybory. Jednak największą sztuką będzie spożytkowanie zwycięstwa. Prezes Jarosław Kaczyński powiedział: najpierw wygrajmy wybory, a później będziemy realizować nasz program. Nie widzę możliwości realizacji naszego programu w koalicji z SLD, bo oznaczałoby to daleko idący kompromis i de facto rezygnację z naszego programu. Ale o czym my w ogóle mówimy, przecież taka koalicja jest absolutnie niemożliwa z powodów ideowych. A skoro jest niemożliwa, to nie mówmy o niej. Tego typu dyskusja powoduje tylko zamęt i zniechęcenie do PiS.

Trudna do wyobrażenia była też koalicja PiS z LPR i Samoobroną...
- To była zupełnie inna sytuacja. Biorąc pod uwagę światopogląd LPR, nie był to "egzotyczny koalicjant". Z kolei Samoobrona była typową partią "obrotową" - to cecha charakterystyczna dla partii chłopskich. O ile jestem w stanie wyobrazić sobie - choć nie jest to łatwe - koalicję z PSL, której niektórzy posłowie czasem zachowują się przyzwoicie, o tyle pomysł sojuszu PiS z SLD przekracza granice mojej wyobraźni. Jestem przekonany, że gdyby doszło do takiej koalicji, to moja partia straciłaby tych posłów, którzy nie byliby w stanie spojrzeć w oczy swoim patriotycznym wyborcom.

Skoro takie głosy szkodzą partii, to może kierownictwo PiS powinno w jakiś sposób zdyscyplinować swoich członków?
- Każdy ma prawo do wyrażania swoich opinii, nawet jeśli brzmią one absurdalnie, ale wypowiedzenie słów o możliwej koalicji PiS z SLD przy okazji kongresu partii zdominowało przekaz medialny. Nagle się okazało, że dla dziennikarzy ważniejsza była krótka, nieprzemyślana wypowiedź kolegi Hofmana niż niezwykle ważne politycznie i merytorycznie głębokie wystąpienie prezesa PiS na kongresie. Media mówią przez kolejne dni nie o głównych tezach wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, ale o kilku zdaniach posła z trzeciego rzędu. Biorąc pod uwagę czas i treść tej wypowiedzi, można powiedzieć, że to poważny błąd. Myślę, że kierownictwo partii nie powinno wyciągać konsekwencji wobec posła, tylko na przyszłość wyciągnąć wnioski z całej sytuacji. Bo szkoda w tak głupi sposób niszczyć obraz Prawa i Sprawiedliwości - z takim mozołem budowany przez wiele lat - jako partii centroprawicowej i antykomunistycznej.

Dziękuję za rozmowę.