Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Czwartek, 22 lipca 2010, Nr 169 (3795)
wersja do druku bez polskich znakow

Anty-Solidarni 2010

fot. M. Borawski


* Konflikt przed Pałacem zaczął eskalować od momentu, kiedy prezydent elekt Bronisław Komorowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" ogłosił zamiar usunięcia krzyża
* Oprócz słownych zaczepek dochodzi do kopania zapalonych zniczy, przylepiania gum do żucia na fotografii śp. pary prezydenckiej, prób defekacji na wyłożone pod krzyżem listy i wiersze. Nocami jest to niemal nowy "świecki" rytuał. Wiem, że część z tych incydentów została udokumentowana na nagraniach pałacowego monitoringu
* Młodzi, agresywni, często podchmieleni ludzie, wulgarnie wyszydzają uczucia obrońców krzyża i pamięć ofiar katastrofy

Z Wojciechem Boberskim, historykiem sztuki, warszawiakiem z Krakowskiego Przedmieścia, rozmawia Paulina Jarosińska


Od kiedy obserwuje Pan to, co dzieje się pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim?
- Jestem mieszkańcem Krakowskiego Przedmieścia, więc związane z tym miejscem wydarzenia miałem możliwość obserwować z bliska i codziennie przez ponad 100 dni, począwszy od tamtego sobotniego poranka 10 kwietnia. Brałem udział w wielkich narodowych rekolekcjach, w dniach żałoby i pogrzebów, a później uczestniczyłem w spontanicznych lub organizowanych inicjatywach wysuwających postulat obiektywnego wyjaśnienia przyczyn smoleńskiej katastrofy. Przez wiele tygodni pamięć o tej wielkiej państwowej i narodowej tragedii była pielęgnowana w atmosferze żałoby, zaś jej miejscem centralnym stał się prosty drewniany krzyż wystawiony przed Pałacem Prezydenckim przez harcerzy ZHR. W każdą niedzielę po godz. 17.00 zbierali się tutaj ludzie, składali kwiaty i palili znicze. W dniach okrągłych miesięcznic zgromadzenia były liczniejsze. Majowa manifestacja zwołana przez Ruch 10 Kwietnia zgromadziła kilka tysięcy osób. Zbierano wówczas podpisy pod listem prof. Jacka Trznadla do premiera Tuska apelującym o powołanie międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy (ponad 50 tys. głosów, zebranych także w internecie, spotkało się dotychczas jedynie z obcesową odpowiedzią ministra Tomasza Arabskiego). Wieczorem 18 czerwca, po Mszy św. odprawionej w katedrze, drogę pod krzyż przed Pałacem przemierzyła rozświetlona pochodniami długa procesja zorganizowana przez Związek Strzelecki.
Konflikt przed Pałacem zaczął eskalować od momentu, kiedy prezydent elekt Bronisław Komorowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" ogłosił zamiar usunięcia krzyża. Ponieważ pocztą pantoflową i przez fora internetowe rozeszła się pogłoska o rychłym zrealizowaniu tego zamiaru, pod krzyżem rozpoczęła czuwanie grupa jego obrońców. Od tego czasu każdej nocy pozostaje tutaj kilkanaście osób, które pełnią wartę, porządkują wypalone znicze, modlą się i rozmawiają. Niektórzy z tych ludzi niemal wrośli w to miejsce. Większość oburzona jest faktem, że decyzja o usunięciu krzyża stała się jedną z pierwszych inicjatyw nowo wybranego prezydenta. Od ubiegłego czwartku, po nagłośnieniu sprawy przez media (przed Pałacem pojawiły się ekipy TVN24 i Polsat), "krzyż smoleński" stał się przedmiotem ostrych ulicznych sporów, a miejsce przed nim zamieniło się w żyjącą warszawską "agorę".

Jak wyglądają te konflikty?
- Najpierw w mediach elektronicznych i w prasie rozgorzały spory obrońców krzyża i zwolenników jego usunięcia, ukazywane zazwyczaj jako przykład walki polskiego katolickiego "ciemnogrodu" (oczywiście "podburzonego" przez polityków PiS) ze zwolennikami świeckiego, nowoczesnego państwa. Teraz, jak wspomniałem, te polemiki przeniosły się również na ulicę. W grupach zorganizowanych lub towarzyskich przybywają tutaj liczni przeciwnicy "obecności chrześcijańskiego symbolu w przestrzeni publicznej". Przywołują artykuły Konstytucji, wygłaszają polityczne komentarze, oparte zazwyczaj na lekturze "Gazety Wyborczej" lub na haniebnych wypowiedziach posła Palikota. Młodzi, agresywni, często podchmieleni ludzie, wulgarnie wyszydzają uczucia obrońców i pamięć ofiar katastrofy. Niewybredne słowa są skandowane zarówno pod adresem braci Kaczyńskich, jak i ludzi zebranych wokół krzyża. Oprócz słownych zaczepek dochodzi niestety również do pozawerbalnych prowokacji, do kopania zapalonych zniczy, przylepiania gum do żucia na fotografii śp. pary prezydenckiej, do prób defekacji na wyłożone pod krzyżem listy i wiersze. Nocami (od ok. godz. 22.00) to jest niemal nowy "świecki" rytuał. Wiem, że część z tych incydentów została udokumentowana na nagraniach pałacowego monitoringu, ale stojąc przed Pałacem, często żałuję, że sam nie jestem filmowcem, bo mógłbym wówczas bez trudu dokręcić okrutną puentę do filmu pani Ewy Stankiewicz ukazującą tę "drugą Polskę", której podobno zabrakło w "Solidarnych 2010". Zaledwie trzy miesiące po tragedii i żałobie, to samo miejsce a teraz inni, "postępowi" Polacy.
Tymczasem przekazy medialne nadal podgrzewają atmosferę. "Gazeta Wyborcza" nazywa obrońców krzyża "antysemitami", minister Julia Pitera w TOK FM rozpowszechnia rewelacje, że za całym konfliktem "stoją jacyś byli milicjanci, funkcjonariusze jakichś służb, ludzie, którzy mieli konkretne usytuowanie w okresie PRL po stronie władzy, i to tej tajnej". Nie próżnują także działacze partyjnych młodzieżówek, którzy po drugiej stronie ulicy zaczęli zbierać podpisy pod petycją wzywającą do usunięcia krzyża i przywrócenia "konstytucyjnego świeckiego ładu".
Przez długi czas obie strony sporu milczały o właściwym sensie ustawienia krzyża, który od początku był harcerskim apelem o to, aby jedno z najważniejszych wydarzeń współczesnej historii Polski zostało upamiętnione "w tym miejscu" godnym monumentem. Myślę, że nie ma w Warszawie bardziej stosownej i symbolicznej lokalizacji na takie upamiętnienie. Jestem głęboko przekonany, że ten cały spór nie jest w istocie żadną walką o religijne symbole, lecz o narodową pamięć o tragedii 10 kwietnia, którą gremia obecnie rządzące Polską starają się zacierać z wielkim zapałem. Podejrzewam, że zamiar zastąpienia krzyża pomnikiem spotka się niebawem z uzasadnionymi argumentami konserwatora zabytków i warszawskich estetów, a "pamięć i prawda" zacznie wojować z "pięknem". Warto jednak zwrócić uwagę, że na osi pomnika księcia Józefa Poniatowskiego jest dostatecznie dużo miejsca, zaś odpowiednia forma horyzontalna (np. okazała płyta) w niczym nie zakłóci estetycznej równowagi i nie naruszy historycznie ukształtowanej przestrzeni.

Czy została zorganizowana jakaś stała warta?
- Usiłowaliśmy namówić harcerzy z ZHR, aby zaciągnęli nocne mundurowe warty przynajmniej na weekend, kiedy Warszawę przemierzali uczestnicy Europride. Nie udało się jednak do tego doprowadzić, bo druhowie przebywali wówczas na obozach albo na polach Grunwaldu. Od wtorku (20.07) stałe warty wystawia Komitet Katyński pana Andrzeja Melaka i choć ma to na razie dość skromny wymiar czasowy, podbudowuje na duchu tę grupę nocnych obrońców, która z niepokojem obserwuje teraz nie tylko ruchy służb pałacowych, ale także działania przechodzących ulicą agresywnych wandali. Siły obrońców krzyża smoleńskiego być może wzrosną, bo przyjazd do Warszawy zapowiedziały delegacje górników.
W sprawie tego niepotrzebnego frontu wojny polsko-polskiej zaczynają zabierać głos liczne środowiska. W piątek ZHR w jednoznacznej formie przypomniał swój apel o budowę monumentu i zaproponował, aby po jego ukończeniu krzyż smoleński został uroczyście przeniesiony do sanktuarium Golgoty Wschodu, które powstaje w pobliskiej bazylice Świętego Krzyża. Niebawem zostanie także opublikowany list otwarty do prezydenta elekta sygnowany przez Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010 (prezes Zuzanna Kurtyka), Komitet Katyński (prezes Andrzej Melak) oraz Fundację Republikańską (prezes Przemysław Wipler). Zawiera on propozycję wygaszenia konfliktu i odwołując się do poczucia obywatelskiej odpowiedzialności oraz hasła "zgoda buduje", wzywa do godnego upamiętnienia tragedii 10 kwietnia na miejscu krzyża przed Pałacem.

Co Pana, jako świadka skandalicznych incydentów wokół krzyża, najbardziej niepokoi, jeśli chodzi o wyjaśnianie okoliczności katastrofy smoleńskiej?
- Najbardziej niepokoi mnie sposób komunikowania się polskiego rządu z polskim społeczeństwem. Od początku postępowanie premiera i jego podwładnych dotkliwie mnie upokarza i zniesmacza, zarówno jeśli chodzi o treści, które są mi przekazywane, jak i o formę, w jakiej to jest czynione za pośrednictwem "rządowych" mediów. Nie miałem specjalnych złudzeń w sprawie metod postępowania Rosjan w sytuacjach "kryzysowych", lecz przecież miałem prawo oczekiwać, że polskie władze nie będą grały w podobnym stylu, niejako w tej samej drużynie. To jest chyba zasadniczo sprawa lojalności wobec własnego Narodu, którego ponad połowa czuje się dzisiaj wyalienowana, a pozostali jeszcze bezkrytycznie wierzą w to, w co mają wierzyć według scenariuszy rządowych propagandzistów. "Sukcesy" takich socjotechnicznych manipulacji są doskonale widoczne pod smoleńskim krzyżem. Podchodzą do nas ludzie całkowicie przekonani, że to pijany prezydent Lech Kaczyński wymusił lądowanie i doprowadził do katastrofy, a dotychczasowe śledztwo przebiega wzorowo. Ja mam coraz więcej wątpliwości.

Dziękuję za rozmowę.