Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Czwartek, 29 listopada 2007, Nr 279 (2992)
bez polskich znakow

 

fot. R. Sobkowicz


Jean Vincent Rostowski najwyraźniej nie lubi krawatów w różyczki


Szewcy u bram


Niestety, piątkowe expose premiera Donalda Tuska, zgodnie z przewidywaniami sceptyków, pokazało pewną wyraźną, bardzo niepokojącą tendencję. Otóż wydaje się, że zasadniczym celem i projektem obecnego rządu na najbliższe cztery lata jest - demontaż państwa. Pomijając, istotną skądinąd, kwestię, komu jest to potrzebne i dlaczego, przyjrzyjmy się niektórym tylko fragmentom tego nadzwyczajnie długiego expose.
Zacznijmy od semantyki. Nowo powołany premier wyraźnie nie lubi używać określenia województwo i chętnie zastępował je mianem regionu. Nielubiane słowo jednakże pojawiło się w jego wystąpieniu w momencie, gdy mówił o strategii rozwoju województw. Okazuje się bowiem, że "...nie będzie ona podporządkowana strategii rozwoju kraju"! Innymi słowy współczesne księstewka czy inaczej "regiony", otrzymawszy unijne pieniądze, niechaj dalej robią sobie to, co same zechcą. Czy w związku z tym należy rozumieć, że w założeniu ogólnonarodowa strategia Polski pod rządami Tuska i Pawlaka w ogóle nie zaistnieje? Podobnie priorytetem dla nowej władzy ma stać się budowanie "społeczeństwa obywatelskiego". Cóż to właściwie miałoby oznaczać? Ze słów premiera wynika, że tzw. organizacje pozarządowe winny zastąpić, gdzie tylko się uda, organizacje rządowe - i zostało to określone jako wręcz cel strategiczny, sposób na odchodzenie od PRL. Rządowi przeciwstawiał premier również samorządy jako instytucje, do których należy mieć nieograniczone zaufanie (rozumie się - w przeciwieństwie do władzy państwowej) i im też pozostawić najważniejsze decyzje o podziale unijnych środków. Nacisk położony na samorządność nie jest tu prawdopodobnie przypadkowy. Wojewoda, bądź co bądź, jest jednak urzędnikiem państwa polskiego, a samorządowiec... naturalnie, wierzymy, że będzie mniej podatny na korupcję, zwłaszcza ze strony tzw. czynników zagranicznych. A co by się stało, gdyby tak owe "czynniki zagraniczne" naraz postanowiły - co, oczywiście, choć w historii zdarzało się często, dziś jest zupełnie nieprawdopodobne - zbrojnie napaść na Polskę? Wśród najważniejszych instytucji państwowych premier nie zapomniał też o wojsku. Zaproponowane przez Tuska uzawodowienie armii pozwoliłoby nam na opłacenie najwyżej, i to w optymistycznej wersji, 10-tysięcznej formacji zbrojnej, która - rzecz jasna - nie wystarczyłaby nawet do obsadzenia wszystkich punktów straży granicznej, nie mówiąc już o jakiejkolwiek skutecznej obronie kraju w sytuacji zagrożenia konwencjonalnego. No, chyba że nowy premier liczy na obronę naszych granic przez wojska NATO lub Unii Europejskiej, ale te ostatnie przecież jeszcze w ogóle nie istnieją. Zresztą nigdzie właściwie nie mamy zagwarantowane, że zaatakować nasze granice mogą jedynie armie Iranu albo Korei Północnej. Strach myśleć, co by się stało, gdyby taka profesjonalna armia postanowiła sobie siłą domagać się podwyżek płac w sferze budżetowej. A mogłaby!
Z kolei zapowiadana "radykalna prywatyzacja" strategicznych dla gospodarki polskiej przedsiębiorstw przewidywalnie spowoduje całkowity brak kontroli rządu nad tą resztką firm, które pozostały jeszcze w polskich rękach. Rozwój infrastruktury, co usłyszeliśmy z ust nowego premiera, ma przede wszystkim polegać na budowaniu autostrad przez nasz kraj z zachodu na wschód, oraz mostów na Wiśle, które - jak się domyślamy - wydatnie usprawnią transport z Niemiec do Rosji oraz na Ukrainę. W pewnym uproszczeniu można by powiedzieć, iż w głowach koalicjantów zrodził się pomysł taniego państwa, które będzie tanie o tyle, o ile wcale nie będzie istniało. No, może nie bądźmy całkowitymi pesymistami, będzie istniało jako polityczna strefa buforowa, arena walki o wpływy wielkich tego świata pomiędzy sobą. Aplikacją tej idei do konkretnej rzeczywistości ma być przede wszystkim ratyfikacja traktatu reformującego, której uskutecznienie nowy rząd zapowiada bardzo skwapliwie, i to bez względu na protokół brytyjski dołączony do Karty Praw Podstawowych. Czasem nawet wydaje mi się, że sama KPP stanowi dokument wyprodukowany przez eurokrację jedynie "na wabia", ale to już jest temat na odrębny felieton.
Agata Gardas


Gruzińskie autorytety


Źle się dzieje w dalekiej Gruzji. A najgorzej w tamtejszych mediach. Tak przynajmniej można wnioskować z informacji publikowanych w "Gazecie Wyborczej". Po słynnej (choć zakończonej katastrofą) operacji ratowania gruzińskiej gospodarki przez byłego przewodniczącego Unii Wolności Leszka Balcerowicza polskie autorytety znów ruszą Gruzinom na pomoc.
W efekcie konsultacji z administracją amerykańską przedstawiciel Unii Europejskiej ds. Kaukazu, Szwed Peter Semneby, powierzył misję monitorowania gruzińskich mediów... Adamowi Michnikowi.
Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" jako "rzecznik wolności mediów" ma pilnować, by gruzińskie media przestrzegały demokratycznych reguł przed planowanymi na 5 stycznia wyborami prezydenckimi. Na raporty Michnika reagować ma zarówno UE, jak i Amerykanie.
Z pełnym poparciem dla "rzecznika wolności mediów" pospieszył też polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.
"Zarówno ja, jak i resort, którym kieruję, będziemy Pana w tej misji wspierać z całą życzliwością" - napisał w liście do Michnika Sikorski.
Przy poparciu "całego demokratycznego świata" misja "rzecznika" może już się rozpocząć. Jedynie gruziński prezydent Micheil Saakaszwili podejrzanie długo zwlekał z oficjalnym zaproszeniem dla Michnika...
Ciągle nie może zapomnieć o wcześniejszych doświadczeniach z innym z "autorytetów medialnych" z Polski?
Piotr Tomczyk


Wojna z biurokracją


Chyba nawet najbardziej zagorzali zwolennicy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego nie wierzyli, że ich ulubione ugrupowania doprowadzą do radykalnego obniżenia kosztów administracyjnych i związanego z tym pogromu wśród urzędników państwowych. Pomysły przed wyborami były najróżniejsze... Likwidacja Senatu, zmniejszenie o połowę liczby posłów, zmniejszenie liczby radnych, likwidacja dotacji państwowych dla partii politycznych, zakaz zasiadania w zarządach i radach nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa dla działaczy partyjnych, likwidacja ministerstw, rządowych agend, agencji, funduszy...
Wszystkie pogłoski o radykalnych oszczędnościach i mającej nastąpić antybiurokratycznej rewolucji przyjmowane były z przymrużeniem oka. Tymczasem... zaczęło się! Warto przyjrzeć się bliżej zmaganiom, którymi w trosce o nasze dobro zajmują się politycy. Sygnał do ataku w wojnie z biurokracją dała posłanka Julia Pitera. Już kilka tygodni temu twardo tłumaczyła, że ze swoim urzędem powinien pożegnać się szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński. Jednocześnie posłanka sama zgodziła się objąć kierownictwo nad nowym "antykorupcyjnym" urzędem, mimo że nie znała jego nazwy, bo - jak stwierdziła - dla niej "nazwa stanowiska jest rzeczą drugorzędną". Skromna posłanka nie chciałaby, aby nowy urząd, na czele którego stanie, zatrudniał wielu pracowników. - Nie chciałabym pakować premiera w dodatkowe koszty organizacyjne - wytłumaczyła się z niechęci do tworzenia nowych etatów.
Zapał w poszukiwaniu administracyjnych oszczędności, skromność i niechęć do obejmowania stanowisk państwowych czy też przydzielania ich partyjnym kolegom były też widoczne u innych polityków PO. Bezkompromisowość szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego przeraziła działaczy partyjnych wszystkich ugrupowań! - Na pewno zrobimy wszystko, żeby wycofywać polityków ze spółek Skarbu Państwa... - zagalopował się znany ekspert ekonomiczny Platformy. - ...Na dodatek niekompetentnych polityków, ale będzie się to odbywać w oparciu o przyjęte, ustalone zasady - dorzucił jeszcze wpływowy polityk, a jego koledzy po fachu odetchnęli z ulgą...
- Zmiany są potrzebne, ale PO nie zamierza dokonywać odwetu. Nie chodzi o to, by miejsce PiS-owskich polityków zajęli politycy związani z inną opcją, tylko żeby odbywały się otwarte konkursy, przejrzyste procedury - tłumaczył inny polityk PO, szef sejmowej komisji skarbu Tadeusz Aziewicz. - Nie wszyscy menedżerowie, którzy obecnie pełnią funkcje w spółkach Skarbu Państwa, to osoby, które dostały się tam z politycznego klucza - dodał przy okazji, zapewne chcąc uspokoić rodaków, że pogłoski o zawłaszczaniu państwa przez partie polityczne są nieco przesadzone...
Po tak kojących głosach płynących ze strony politycznych elit nie mamy chyba żadnych powodów do niepokoju o wynik wojny z biurokracją. Premier Donald Tusk odwołał ze stanowiska prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, a kancelaria rządowa poinformowała już o przewidywanej likwidacji stanowisk czterech pełnomocników premiera. Na pewno w to miejsce nie powstaną nowe urzędy... Ta wojna już jest wygrana!
Tomasz Tobolski


Liberalna sprawiedliwość


Kilka lat temu feministki zaczęły, jeszcze nieśmiało, przebąkiwać, że kobietom dzieje się wielka krzywda, bo są traktowane w sposób inny niż mężczyźni, ponieważ mężczyźni przechodzą na emeryturę w wieku 65 lat, a kobiety w wieku 60. "To niesprawiedliwe - krzyczały feministki. Domagamy się takiego traktowania kobiet jak mężczyzn". Wtedy je wyśmiano. Dziś sam premier Tusk, odmieniając słowo "sprawiedliwość" przez wszelkie możliwe przypadki, dopomina się o to, by kobiety pracowały do 65. roku życia. Jego towarzysze i towarzyski z PO argumentują, że wcześniejsze przechodzenie kobiet na emeryturę powoduje, iż mają niższe emerytury. Tylko jednej z posłanek PO wymknęło się, że jeżeli nie wydłuży się czasu pracy, to "system emerytalny się załamie". No cóż, taka sprawiedliwość, jaka formacja. Liberalna formacja to liberalna sprawiedliwość, a więc wyznaczana przez pieniądze - złotego cielca.
Stanisław Krajski