Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Piątek, 27 lutego 2009, Nr 49 (3370)
bez polskich znakow

Ścieżka obok drogi

Kryzys rozbudza nadzieje


Stanisław Michalkiewicz



Wszechświatowy kryzys zatacza coraz szersze kręgi, budząc w jednych środowiskach nadzieje na powrót do normalności, to znaczy - do czasów "jak za Gierka" - oczywiście zanim nie trzeba było rozpocząć spłacania zagranicznych pożyczek, bo potem było już coraz gorzej, aż wreszcie Lech Wałęsa skoczył przez płot i całą normalność diabli wzięli. Inni z kolei czekają, aż rząd zacznie "walczyć z kryzysem", to znaczy - obsypie ich pieniędzmi, które zdobędzie poprzez powiększenie długu publicznego, który potem będą spłacać nieświadome niczego dzieci i wnuki obecnych podatników. Jeszcze inni, przede wszystkim politycy, liczą na to, że przy ogniu walki z kryzysem uda się im upiec własną pieczeń i w ten sposób rozwiązać sobie własne problemy socjalne w nadchodzących kryzysowych latach. Można się obawiać, czy kryzys będzie w stanie spełnić pokładane w nim nadzieje, zwłaszcza że nadal otwarte pozostaje pytanie, kto będzie musiał za to wszystko zapłacić.

Warto też zwrócić uwagę, jak bardzo podzielone są opinie co do najskuteczniejszych sposobów walki z kryzysem, i to nie tylko wśród profanów, co byłoby w końcu zrozumiałe, ale przede wszystkim - wśród uczonych ekonomistów. Skłania to do podejrzeń, czy ekonomia jest nauką ścisłą, a nawet - czy w ogóle jest nauką, a nie tylko ubranym w naukowy kostium zestawem uprzedzeń, przesądów i zwykłych zabobonów. Być może takie podejrzenia są z gruntu niesłuszne, ale żyją przecież jeszcze ludzie pamiętający wykładaną na wyższych uczelniach na przykład "ekonomię polityczną socjalizmu". Sam przez to przeszedłem i nawet zdawałem egzamin, ale w odróżnieniu od ekonomii politycznej kapitalizmu ten przedmiot jawi mi się we wspomnieniach jako chaotyczne kłębowisko jakichś potwornych nonsensów. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro socjalizm był ustrojem, jakiego świat nie widział. Nawiasem mówiąc, jeden z ówczesnych naukowców w przypływie natchnienia zauważył, że socjalizm nie może zwyciężyć na całym świecie, a ściślej mówiąc - nie powinien, bo powinno pozostać chociaż jedno normalne państwo, ponieważ w przeciwnym razie nikt nie będzie już wiedział, ile co naprawdę kosztuje. Tymczasem iluż dzisiejszych naukowców z tego właśnie się doktoryzowało i habilitowało? Ex nihilo nihil fit, co się wykłada, że z niczego nic nie będzie, toteż spory między najtęższymi ekonomistami na temat najskuteczniejszych sposobów walki z kryzysem specjalnie mnie nie zaskakują.
Kiedy zatem debaty z udziałem najtęższych głów wzbudzają w nas coraz to większą rozterkę i straszliwą wątpliwość, czy uczestnicy owych debat aby na pewno rozumieją, co mówią, warto posłuchać ludzi starych. Oczywiście nie wszystkich, bo w wielu przypadkach megalomania jest wprost proporcjonalna do stopnia utraty poczucia rzeczywistości, ale niektórych. Niestety, wielu z nich przeniosło się już do lepszego świata. Na szczęście niektórzy z owych starców pozostawili po sobie wspomnienia, zatem sięgnijmy do wspomnień Hipolita Korwin-Milewskiego, w których czytamy m.in. o projekcie reformy rolnej opracowanym przez tzw. Kadetów, czyli konstytucyjnych demokratów w tzw. Dumie Bułyginowskiej w Rosji w roku 1906. Sprowadzała się ona do wywłaszczenia wszelkich gruntów prywatnych ponad 500 dziesięcin (dziesięcina - 1,09 ha), zaś kwestię odszkodowania rozstrzygnął autor tego projektu Herzenstein, stwierdzając, że nie ma problemu pieniędzy, "póki państwo posiada blachę drukarską". Jak widzimy, do rządzenia państwem i wtedy nie trzeba było specjalnie wielkiej mądrości, a że skończyło się to wszystko katastrofą wojenną i rewolucją bolszewicką, to już całkiem inna historia.


A teraz widzów

fot. R. Sobkowicz

o słabych nerwach prosimy o opuszczenie sali


Ukarany za niewinność?


Jeszcze do niedawna premier Donald Tusk twardo bronił "doradcy inwestycyjnego banku Goldman Sachs do spraw Europy Wschodniej", Kazimierza Marcinkiewicza. - Robienie z Kazimierza Marcinkiewicza spekulanta na polskiej walucie jest czymś wykraczającym poza granice przyzwoitości - mówił premier.
Tymczasem minister Skarbu Państwa Aleksander Grad odwołał umówione wcześniej spotkanie w siedzibie Goldman Sachs w Londynie. Bank miał być doradcą polskiego rządu przy prywatyzacji Polskiej Grupy Energetycznej. Spotkanie zostało odwołane z powodu... informacji o spekulacyjnych atakach na naszą walutę.
- Premier Marcinkiewicz przychodził do nas trzykrotnie jako doradca banku Goldman Sachs, który nadzoruje przygotowanie prywatyzacji PGE. Dwa razy spotkał się z ministrem Gradem i raz z wiceminister Joanną Schmid - informował kilka dni temu rzecznik Ministerstwa Skarbu Państwa Maciej Wewiór.
Biedny Marcinkiewicz! Nie dość, że nieprzyzwoicie przedstawiany jest jako spekulant, to dodatkowo, (mimo że niewinny!) może zostać odsunięty od prywatyzacji PGE. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie!
Tomasz Tobolski


Z pamiętnika Donalda "Cudotwórcy"


Czwartek, 19.02.2009 r.
Sejmowa debata na temat kryzysu była bardzo dramatyczna. Właśnie tłumaczyliśmy, w jaki sposób uratujemy tysiące miejsc pracy, kiedy Sławek zauważył coś niepokojącego... Posłowie opozycji wnosili na salę kanistry z benzyną! Dodatkowo, w jednym z tych kanistrów, mieli ukryty nóż... W ostatniej chwili udało mi się odwieść ich od zbrodniczego planu. "Nie wbijajcie nam noża w plecy!" - zawołałem. Trochę się przestraszyli, a Waldek z PSL zaalarmował paru znajomych strażaków. Opozycjoniści widzieli, że jesteśmy gotowi na wszystko. Zrezygnowali i z podpaleń, i z krwawych zamachów.

Piątek, 20.02.2009 r.
W tej mocno kryzysowej sytuacji z posłami opozycji trzeba będzie się jakoś dogadywać. Zresztą wygląda na to, że sytuacja nie była aż tak groźna, jak myślałem. Okazało się, że nawet w czasie debaty nie mieli ze sobą żadnego noża, tylko plastikowe sztućce. A w kanistrach wcale nie przynosili benzyny! Wnosili na salę inne, bezpieczniejsze płyny. A po co? Bo nawaliła restauracja sejmowa! Były jakieś problemy z dostawami. Ten kryzys jest jednak poważniejszy, niż wydawałoby się jeszcze kilka tygodni temu...

Sobota, 21.02.2009 r.
Nie wszyscy ucierpieli przez słaby kurs złotego! Na przykład Kazik. Pracuje w zagranicznym banku i mówi, że w ogóle nie wzrusza się kursem naszej waluty. Nie przelicza niczego na złote, bo bank dobrze mu płaci i nie wymaga od niego żadnych operacji walutowych. Kazik nie spekuluje, tylko inwestuje. Ostatnio ostro zainwestował w buty dla swej dziewczyny. Gdy dowiedziała się o tym nasza parlamentarna miss - Joasia, to zrobiło jej się przykro. "Przy naszych poselskich uposażeniach nie możemy poszaleć na zakupach" - zasmuciła się i zaraz poszła do sklepu. Potem rozsądnie wytłumaczyła wszystkim, że wydała na buty tylko dwa tysiące złotych, bo diety są niskie, a dodatkowo "Polacy wymagają, żeby posłowie ubierali się tanio".

Niedziela, 22.02.2009 r.
Kazik dobrze zrobił, zamykając swoją szkołę dla liderów. W naszej partii mamy ich już nawet za dużo. Grzegorz, Bronek, Radek, "Jacek", Zbyszek, Hania, Julia, Stefan, Janusz z Lublina... A w rezerwie jest jeszcze syn Lecha z Gdańska i Joasia! Z takim składem moglibyśmy obsadzić kierownictwa we wszystkich partiach opozycyjnych, nie gorzej niż w zarządach firm Skarbu Państwa! Nie wiadomo, co z takimi nadliczbowymi liderami robić. Jak jednego wyrzuciłem kiedyś z Warszawy do Parlamentu Europejskiego, to teraz wrócił jak bumerang i jeszcze zaczął organizować konkurencyjną partię z konkurencyjnym kandydatem na prezydenta!

Poniedziałek, 23.02.2009 r.
Dziennikarze znowu denerwują ludzi. Piszą, że rośnie bezrobocie, a firmy ciągle planują kolejne zwolnienia. Podobno nawet banki mają zwalniać pracowników! Nawet jeśli tak jest, to przecież zamiast zamieszczania takich smutków gazety mogłyby więcej pisać o tych, którzy mimo kryzysu przyjmują nowych pracowników. Na przykład Jean-Vincent, czyli nasz "Jacek" z Ministerstwa Finansów. Przez ostatni rok zatrudnił 115 osób! Łącznie w ministerstwach udało nam się znacznie zwiększyć zatrudnienie. Przybyło blisko 400 etatów! A media jak zwykle nie doceniły tego sukcesu...

Wtorek, 24.02.2009 r.
Julia sama jest sobie winna. Będzie teraz jeździła samochodem bez ochrony policji! Najpierw przez długi czas jej samochodu pilnowali dziennikarze "Gazety Wyborczej". Pilnowali, pomagali wynosić z samochodu nadpalone dokumenty... Potem, gdy "Wyborcza" zaczęła zmniejszać zatrudnienie, zamiast dziennikarzy Julia miała przydzieloną ochronę dwóch policjantów. W nieoznakowanym radiowozie policjanci jeździli za nią i pilnowali jej samochodu. Teraz już nie jeżdżą. Julia powiedziała dziennikarzom, że trzeba zabrać policji samochody, bo piesze patrole są skuteczniejsze. No i policja zabrała jej ochroniarzy. Zresztą pieszo mogliby nie zdążyć za samochodem Julii.

Środa, 25.02.2009 r.
Na wielką, antykryzysową koalicję z opozycją i prezydentem nadziei jest więcej, a nie mniej. Na razie ustaliliśmy na "szczycie społecznym", że budujemy wspólną narodową strategię dojścia do euro. "Jacek" trochę się na taką wizję współpracy skrzywił. Mówił, że nie byłoby światowego kryzysu finansowego, gdyby opozycja nie straszyła ludzi. Wtedy Waldek z PSL przypomniał sobie, że nawet u nas są tacy, którzy tak jak Sławek wołali: "Zbankrutujemy! Jak Unia wypuści euroobligacje, to zbankrutujemy!". Chłopaki z PSL podchwycili temat i stwierdzili, że teraz trzeba by takim panikarzom przetrzepać tyłki. No i w ogóle, że wszyscy powinniśmy posypać głowy popiołem. Co oni dzisiaj z tym popiołem...?
Piotr Tomczyk