Nasz Dziennik - strona główna Archiwum Reklama Redakcja Prenumerata
Wtorek, 2 grudnia 2008, Nr 281 (3298)
wersja do druku bez polskich znakow

Rolnictwo poświęcone za handel


Z eurodeputowanym Zdzisławem Podkańskim (Unia na rzecz Europy Narodów) rozmawia Anna Wiejak

Od 2004 roku jesteśmy objęci unijną Wspólną Polityką Rolną. Czy WPR jest dla Polski, dla naszych rolników korzystna?
- Wspólna Polityka Rolna jest niesprawiedliwa i nadal pogłębia dysproporcje między starymi a nowymi krajami członkowskimi. Dlatego podejmujemy liczne starania, by w nowej perspektywie budżetowej, a więc po 2013 r. zostały zrównane prawa i żeby zaniechano praktykowania dalszej dyskryminacji rolnictwa nowych krajów członkowskich. Ta dyskryminacja przejawia się w wysokości dopłat, w zróżnicowanym systemie wsparcia i w różnicy, jaka w wyniku tych rozwiązań powstała w dofinansowaniu średnio do jednego hektara użytków rolnych. Ona kształtuje się np. w stosunku do Niemiec 2:1 na niekorzyść Polski. Zatem w Polsce, gdybyśmy przeliczyli na 1 ha - a takie zamiary były - żeby te środki pozostały, by przejść do dopłat obszarowych do 1 ha, ale pozostawić wielkość kwot w poszczególnych krajach. Z naszych wyliczeń wynika, że gdyby to się stało, Niemcy mieliby dopłatę w wysokości ok. 380 euro do hektara, a my ok. 180.

To ogromna dysproporcja...
- W wyniku złej Wspólnej Polityki Rolnej, w wyniku wielu błędów tracimy bezpieczeństwo żywnościowe, a więc biologiczne. Unia otwarła się na tańsze, ale i gorszej jakości artykuły rolne z krajów trzecich. Widać, że konsekwentnie realizuje doktrynę byłego komisarza ds. handlu Petera Mandelsona, który mówił, że warto jest poświęcić rynek rolny Unii Europejskiej na rzecz dostępu do rynków artykułów przemysłowych krajów trzecich. Druga płaszczyzna to jest wyrównywanie szans między poszczególnymi krajami członkowskimi, bo jeżeli ktoś otrzymałby nawet tyle samo, co dobrze zorganizowane i doinwestowane gospodarstwa rolne, to i tak jest w trudniejszej sytuacji. A co powiedzieć wtedy, kiedy rolnik z jednego z nowych krajów członkowskich, w tym z Polski, otrzymuje znacznie mniej. Trzeba by te zasady zmienić, wyrównać, jak również zweryfikować kwoty kontyngentów, bo one niosą tę główną niesprawiedliwość finansową oraz spadek wielkości produkcji rolnej.

Czy Wspólna Polityka Rolna może zostać zlikwidowana?
- Wspólna Polityka Rolna będzie, ponieważ prawda jest taka, że jeżeli byśmy zlikwidowali dopłaty do produkcji rolnej, to wtedy trzeba by wprowadzić system dopłat do konsumpcji. Żywność musi być dotowana, zwłaszcza teraz, kiedy mamy głęboki kryzys, kiedy obszary ubóstwa się powiększają, kiedy z danych UE wyraźnie wynika, że przed rozszerzeniem o Bułgarię i Rumunię, około 78 mln mieszkańców Wspólnoty żyło na granicy minimum socjalnego, w biedzie, a po ostatnim rozszerzeniu ta liczba urosła do prawie 100 milionów.

Ale Unia dąży do ograniczania produkcji niektórych produktów rolnych...
- W Unii mamy tendencję nie tylko do ograniczania, ale także do całkowitej likwidacji produkcji w określonych branżach. Głosi się powszechnie, że to doprowadzi do obniżenia cen żywności, że żywność z krajów trzecich, gdzie są niższe koszty wytwarzania, spowoduje poprawę na naszym rynku, a rzeczywistość jest inna. Importowana spoza Wspólnoty żywność nie jest badana i trudno powiedzieć, jakie ma walory zdrowotne. W dodatku faktycznie tę różnicę - bo ona jest - zabierają koncerny handlowe.

Czyli następuje potężny odpływ kapitału...
- Tak. Sztandarowym przykładem może być cukier. Kiedy propagowano reformę rynku cukru, mówiło się, że cena cukru w UE spadnie o 36-38 proc., co tłumaczono niższą ceną cukru trzcinowego. Potem okazało się, że w Polsce, i nie tylko w Polsce, zlikwidowano wiele cukrowni, ograniczono produkcję cukru z buraków, a cukier wcale nie staniał, tylko jeszcze zdrożał, ponieważ różnica w cenie trafiła do koncernów handlowych. Dzisiaj mamy np. ogromny problem z pszczelarstwem. Blisko 90 proc. pszczelich rodzin w ostatnich latach wyginęło. Potrzebny jest tańszy cukier, a tego cukru nie ma nawet dla pszczół. Teraz nam się próbuje wmówić, że dla poprawy zdrowia mieszkańców UE należy całkowicie zlikwidować produkcję tytoniu. Tymczasem okazuje się, że zlikwiduje się plantacje i dochody ok. 400 tys. rolników w UE, w Polsce - ponad 15 tys. rodzin, ale konsumpcja tytoniu pozostanie na zbliżonym poziomie. Tyle że tytoń z krajów członkowskich UE zastąpi tytoń gorszy jakościowo pochodzący z krajów trzecich.

Czy to nie jest przypadkiem element długofalowej polityki eliminacji narodowego przemysłu związanego z rolnictwem?
- Tak. Ta polityka jest planowa i nic się w niej nie dzieje bez przyczyny. Jeżeli już mówimy o cukrze, to trzeba pamiętać, że cukrownie w Polsce zostały sprzedane za cenę ok. 230 euro, w przeliczeniu na jedną tonę cukru. Natomiast za rezygnację z produkcji każdej tony cukru Unia daje cukrowniom premię w wysokości 730 euro. Ktoś zatem o tym wiedział. Szybko doprowadzono do tzw. prywatyzacji większości cukrowni w Polsce i dzisiaj za wygaszenie ktoś ma dochody, pozostaje mu atrakcyjny teren, oczywiście możliwość korzystania ze środków pomocowych. To jest przemyślana polityka, która niestety nie prowadzi do niczego dobrego. Jest jeszcze jeden ważny czynnik narodowy i społeczny: naród będzie trwał dopóty, dopóki będzie zakorzeniony we własnej ziemi. Naród zakorzeniony we własnej ziemi nie będzie pragnął chleba - jest to prawda historyczna i dopóki my w Polsce mamy jeszcze rodzinne gospodarstwa rolne, dopóty mamy chleb, mamy silne podstawy naszej tożsamości narodowej. W sytuacji, kiedy oderwie się narody od ziemi, łatwo jest je rozproszyć po świecie, łatwo takimi narodami kierować i je wykorzystywać. Dlatego wielkim błędem było przyjęcie warunków akcesji, wynegocjowanych w Kopenhadze, a podpisanych w Atenach za rządów SLD - PSL. Dzisiaj mamy tego skutki, kurczy nam się wieś, kurczy nam się bezpieczeństwo żywnościowe, a ziemia w coraz większym stopniu przechodzi w ręce dzierżawców, także zagranicznych, i powstają latyfundia liczone w tysiącach hektarów. Jeżeli zostanie wprowadzone GMO, a temu wyraźnie sprzyja ministerstwo rolnictwa, rodzinne gospodarstwa stracą rację bytu jako gospodarstwa produkujące zdrową, ekologiczną żywność. Chcę przypomnieć, że Francja ogłosiła się krajem wolnym od GMO, podobnie Austria, Włochy, Grecja, nawet Rosja, natomiast u nas, w Polsce, minister rolnictwa mówi, że jest przeciw, a jednocześnie poszukuje furtek interpretacji, aby rośliny modyfikowane genetycznie mogły być u nas uprawiane.

Niemcy wprowadzili GMO i mają teraz poważny problem...
- Problem pojawił się nie tylko w Niemczech. Uczestniczyłem w obradach Parlamentu Europejskiego, na których prezydent Nicolas Sarkozy ogłosił: Francja wolna od GMO. W wyniku tej decyzji koncern Monsanto musi wyprowadzić się z uprawą ok. 22 tys. ha kukurydzy z Francji. Dlatego trafia ona do Polski. Liczą na niewiedzę i naiwność naszych politycznych decydentów. Jakoś dziwnie się składa, że minister, który razem z nami był przeciw GMO, po spotkaniu z lobbystami nagle zmienia zdanie. W UE mówi się o produkcji dwóch rodzajów żywności: masowej i modyfikowanej genetycznie dla biednych i ekologicznej dla bogatych.

Co udało się dotychczas wywalczyć na forum PE?
- Po pierwsze, udało nam się przeforsować zapis o niedyskryminacji rolnictwa, a więc krótko mówiąc, żeby dopłaty, czyli systemy wsparcia dla rolnictwa były takie same w starych i nowych krajach członkowskich. Po drugie, udało nam się także naruszyć kwoty mleczne. Będą one zwiększane co prawda o 1 proc. rocznie, a nie o 2 proc., ale w tym momencie naruszyliśmy pewną chorą zasadę i mamy już otwarte drzwi. Zostały przyjęte nasze poprawki dotyczące utrzymania dopłat do produkcji tytoniu na dotychczasowych zasadach do końca tej perspektywy budżetowej. Bardzo ważny jest przy tym zapis o wyłączeniu z modulacji gospodarstw, które uzyskują dopłaty do 10 tys. euro. Oznacza to, że w najbliższych latach będą przesuwane środki z filaru pierwszego (na dopłaty bezpośrednie) do filaru drugiego (na rozwój obszarów wiejskich, tylko z gospodarstw dużych).

Czy mamy w Europie jakichkolwiek sojuszników?
- Świadomość narodowa się budzi. Kiedy żądaliśmy referendum w sprawie traktatu z Lizbony, było nas stu kilkudziesięciu z różnych krajów. Zatem nie jesteśmy sami. Zresztą kiedy domagaliśmy się, aby oddać decyzje narodom w drodze referendum, w trakcie podpisywania Karty Praw Podstawowych w Parlamencie Europejskim, mieliśmy afisze z napisem "REFERENDUM", to wtedy pan przewodniczący Hans-Gert Poettering wezwał służby, które nam wyrywały te afisze. Oczywiście media nie pokazały tego.

Czy można się spodziewać, że w analogiczny sposób zostanie potraktowane polskie rolnictwo?
- Tak. Jest globalizacja, a więc koncentracja władzy, majątku i instrumentów niezbędnych do ich posiadania. Funkcjonuje totalna propaganda w stylu "Unia da", przypominająca najbardziej czarne czasy propagandy socjalizmu. Natomiast nikt nie robi bilansu, co Unia zabiera. Ciągle mówi się o bilansie zysku, natomiast nikt nie zamierza podliczać strat. Gdybyśmy pokusili się o taki bilans, okaże się, że te straty są przeogromne. W wielu przypadkach nawet nie odzyskujemy środków, które przekazujemy do Unii Europejskiej. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację, że wszędzie się podaje, że mamy do dyspozycji w perspektywie budżetowej 2007-2013 blisko 70 mld euro, ale gdy dobrze policzymy, to się okazuje, że w tym ok. 1/3 to środki pochodzące z naszej składki. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że z tych środków znaczna część wraca, że często nie wykorzystuje się nawet 50 proc., to się okazuje, że już tej pomocy nie widać. Dla przykładu: aktualnie w województwie lubelskim wykorzystano zaledwie 0,43 proc. środków unijnych, a ostatnio nawet, ze względu na to, że nie dopełniono procedur i nie dotrzymano terminów, ponad 100 mln wróciło do Unii. Teraz samorząd województwa lubelskiego wziął kredyt, wypuszcza obligacje, żeby ratować program budowy dróg, a więc zadłuża województwo.

Działalność UE ma coraz mniej wspólnego z zasadami gospodarki rynkowej...
- Proszę zauważyć, że w Unii dzisiaj przeprowadza się nacjonalizację banków. A gdzie ta gospodarka rynkowa? W warunkach gospodarki rynkowej słabsze firmy powinny upaść, silniejsze przejąć ich aktywa. Zatem w Europie mamy nacjonalizację banków, a u nas likwiduje się stocznie za to, że uzyskały pomoc z budżetu, tak jakby wcześniej nie uzyskały jej Niemcy i inne kraje. To jest gigantyczna wojna ekonomiczna, gdzie narzędziami są pieniądz i media. Niestety, gdyby nie "Nasz Dziennik", Radio Maryja, Telewizja Trwam i jeszcze kilka innych podmiotów, to nawet nie moglibyśmy się wypowiedzieć krytycznie, ponieważ zdecydowana większość mediów są to media polskojęzyczne, które są przeciwko nam.

Czy w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, o których już powiedzieliśmy, oraz biorąc pod uwagę grożącą nam ratyfikację traktatu lizbońskiego, Polska nie powinna rozważyć wystąpienia z Unii Europejskiej?
- Polska przede wszystkim nie powinna ratyfikować traktatu z Lizbony, bo narusza on trzy obszary naszej suwerenności: ekonomiczny, polityczny i militarny. Dzisiaj, jeżeli mówimy o suwerenności ekonomicznej, my tę suwerenność w większości już utraciliśmy, tylko część jej pozostaje jeszcze w naszych rękach. Dopóki będziemy mieli wpływ na bezpieczeństwo energetyczne czy żywnościowe, na komunikację wewnątrz państwa, a przede wszystkim będziemy dysponowali jeszcze bankami i własną walutą, dopóty będziemy mieli zachowaną przynajmniej część suwerenności. Jeżeli wyzbędziemy się resztek naszej suwerenności gospodarczej, staniemy się tylko jednym z ogniw w łańcuchu transmisyjnym.

Czyli proponowane przez Donalda Tuska rozwiązania to działania na szkodę Polski?
- Uważam, że to, co robi premier, a mianowicie ogłaszanie, iż musimy przejść natychmiast na euro, bez pogłębionych analiz, jest nie tylko nieodpowiedzialnością za Naród i państwo, ale też wielkim szkodnictwem, za które - jeżeli doszłoby do takiego rozwiązania - powinno się pociągnąć do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu.

A jaki jest drugi obszar?
- Suwerenność polityczna, którą tracimy z chwilą ratyfikacji traktatu z Lizbony. Nasze władze byłyby wtedy władzami pomocniczymi, natomiast w obszarach strategicznych władza będzie należała do Unii Europejskiej.

Co by nam zostało?
- Sprawy socjalne, emerytalno-rentowe, opieka społeczna, rozbita służba zdrowia, niedoinwestowane szkolnictwo. W kompetencjach rządu pozostałoby zatem przygotowywanie ludzi do pracy na innych rynkach, jak również leczenie chorych w sytuacji, kiedy nasz budżet po prostu nie wystarczałby nawet na zachowanie bezpieczeństwa systemu emerytalnego, którego bezpieczeństwo już jest naruszone. Nie możemy sobie pozwolić, aby o wszystkich sprawach, tam, gdzie jest pieniądz, tam, gdzie jest kapitał, decydowali inni, a tam, gdzie bieda - żeby pozostawiono to nam.

Jakich innych konsekwencji należy się spodziewać?
- W dalszej kolejności Polska zostałaby podzielona na kilka regionów, tak jak kiedyś na trzy zabory. Połączenie później Narodu i zespolenie wysiłków w obronie swoich żywotnych interesów byłoby bardzo trudne. Rosjanie, kiedy chcieli opanować ponad sto Narodów (narodowości), to na siłę przesiedlali ludność, rozproszyli po ogromnej przestrzeni. Dzisiaj mamy przesiedlanie drogą przymusu ekonomicznego. Poprzez likwidację zakładów pracy, budowanie stanowisk pracy w innym państwie ludzie sami się wymieszali i często zerwali tym samym więzi rodzinne, kulturowe. Jest to nowoczesna wojna kapitału z narodami i musimy mieć tę świadomość.

Dziękuję za rozmowę.