logo
logo
 

Prof. dr hab. Henryk Głębocki

Kto zatrzyma Putina

Poniedziałek, 17 marca 2014 (02:00)

Przeprowadzonemu pod kontrolą Kremla referendum na Krymie, nieuznawanemu przez świat, towarzyszy koncentracja wojsk rosyjskich na samym półwyspie oraz wokół granic Ukrainy. Stronę rosyjską ośmiela brak stanowczych reakcji ze strony Zachodu, szczególnie brak zdecydowanego stanowiska głównych państw UE.

Niepokojące są nie tylko doniesienia o prowokacjach, ale szczególnie nienagłaśniane informacje o przerzucaniu z północnego Kaukazu jednostek wojskowych, ostrzelanych w ostatniej wojnie z Gruzją w 2008 r. i zaprawionych w walce z partyzantami, a także mających doświadczenie w brutalnej rozprawie z ludnością cywilną. Miały się tu znaleźć także owiane szczególnie złą sławą formacje czeczeńskie podległe władzom rosyjskim i rządzącemu Czeczenią w imieniu Moskwy Kadyrowowi. Wszystko to może zapowiadać przygotowania do zajęcia pozostałych regionów Ukrainy, choć może być jedynie argumentem nacisku w licytacji.

Jeśli nawet pod naciskiem USA Putin zatrzyma się (na razie) na Krymie, nie zakończy to kryzysu, a jedynie może być wstępem do jeszcze bardziej niebezpiecznej jego fazy. Putin gra o całą Ukrainę, a przez nią o dominację nad Europą Wschodnią, łączącą jego imperium z europejskimi, bogatymi zachodnimi obrzeżami Eurazji, dysponującymi wysoką technologią. Jego wizja odnowienia imperium zawarta jest zarówno w nieoficjalnych wypowiedziach, jak i w najbardziej oficjalnych deklaracjach i zapisach doktryn wojskowych oraz polityki zagranicznej Rosji. Agresja wobec Ukrainy po raz kolejny jedynie dowiodła, że nie są to puste stwierdzenia. Ta reimperializacja całej przestrzeni postsowieckiej okazała się skuteczna na Kaukazie i w Azji Środkowej. Także na Ukrainie – aż do chwili gdy rozbiła się o żywiołowy bunt antyimperialny zwyczajnych Ukraińców w postaci Majdanu.

Putin zmierza w swej globalnej strategii do współpracy z UE i korzystania z jej inwestycji oraz technologii niezbędnych do modernizacji samej Rosji, a wobec jej słabości militarnej i politycznej dąży także do wypchnięcia głównego geopolitycznego rywala – USA – z Europy. Zanim jednak może dojść do nawiązania na zasadach dyktowanych przez Moskwę tak pożądanej z obu stron ekonomicznej kooperacji, Putin usiłuje zapewnić potencjał własnemu neoimperium poprzez stworzenie Unii Eurazjatyckiej, której ważną częścią miała być Ukraina. Służy temu przywrócenie hegemonii nad najważniejszymi dla Rosji obszarami ze względów geopolitycznych, a szczególnie dla kontroli nad zasobami surowców i drogami ich przesyłu. Elementem tej strategii jest m.in. rosyjska ekspansja w Arktyce.

Putin musi się spieszyć, bo cały wytworzony przez niego system władzy w Rosji oparty jest na zyskach ze sprzedaży surowców, a nieuchronna „rewolucja łupkowa” w dziedzinie wydobywania surowców, która mogła też sprzyjać uniezależnieniu się Ukrainy, może wywołać kryzys ekonomiczny, który zmiecie całą „korporację czekistów” rządzącą obecnie Rosją. Nerwowe posunięcia w walce o Ukrainę mogą stąd właśnie wynikać, tym bardziej że kraj ten stanowi zwornik całej koncepcji integracji eurazjatyckiej.

Stąd też determinacja w walce o Ukrainę i otwarte grożenie wojną. Pomimo ogromnych strat finansowych i izolacji międzynarodowej, które – jak ma nadzieję Zachód – zahamują agresję, zachowania strony rosyjskiej świadczą o jej determinacji i o faktycznym testowaniu różnych wariantów ekspansji wspartej naciskiem militarnym. Ich realizacja zależy od siły oporu samych Ukraińców, jak i czynników zachodnich, szczególnie USA. Jeśli zdecydowano się na wejście wojsk rosyjskich na Krym, musiano brać pod uwagę cenę, którą przyjdzie zapłacić, i konsekwencje w postaci rozszerzenia konfliktu. Sprzyjać temu mogło rozeznanie, jak może zachować się w tej sytuacji Zachód. Zachętą mogło być niedawne doświadczenie agresji na Gruzję, także przecież w obronie posiadających rosyjskie paszporty mniejszości, i bierności Zachodu.

Jeśli armie rosyjskie pozostaną teraz zatrzymane, to kolejnym etapem kryzysu może być koniec maja, gdy powinny się odbyć na Ukrainie zapowiedziane wybory prezydenckie, które dadzą legitymację nieuznawanym przez Kreml nowym władzom. Możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń, które ujawniają kremlowscy propagandyści, to oderwanie nie tylko Krymu, ale i południowej oraz wschodniej Ukrainy i pozostawienie poza rosyjską kontrolą zachodniej jej części, która bez dostępu do morza, rządzona przez skrajne siły, wzmocnione rozgoryczeniem społeczeństwa czującego się zdradzonym przez Zachód, stałaby się przedmiotem prowokacji i operacji propagandowych kompromitujących ją w oczach opinii światowej.

Nawet jeśli na skutek nacisku amerykańskiego uda się wyhamować te scenariusze i pod rosyjską kontrolą pozostanie tylko Krym (bez względu na formę – przyjęcie w skład o Federacji Rosyjskiej czy pozostawienie go jako parapaństwa), służyć to będzie do dalszego nacisku na Kijów i destabilizowania sytuacji. Możemy mieć do czynienia z powtórzeniem imperialnych mechanizmów wykorzystywanych skutecznie na Kaukazie. Sprzyja temu katastrofalny stan finansów i gospodarki ukraińskiej.

Przypomnijmy, że choć Moskwa straciła ogromne pieniądze z powodu swej agresji na Gruzję, ale uznała to za cenę wartą do zapłacenia w imię własnych geopolitycznych interesów. Te same ekonomiczne straty okazały się jednak bardziej dotkliwe dla samej Gruzji, która choć obroniła swą niepodległość, została spustoszona, co więcej – odebrano jej nadzieję na szybką integrację z Zachodem, na której oparte było poparcie dla prezydenta Saakaszwilego, co doprowadziło w dwa lata po wojnie do odsunięcia go od władzy w drodze wyborów. Podobne scenariusze kreślą już teraz rosyjscy komentatorzy. Przedłużanie rosyjskiego nacisku, ukrytego i jawnego, i poczucie osamotnienia Ukrainy może doprowadzić do zmiany nastrojów i władz nad Dnieprem. W zapobieżeniu temu scenariuszowi kluczową rolę mogą odegrać państwa UE, które jak na razie wolą jednak wybierać utrzymanie dobrych stosunków z Putinem, w imię własnych ekonomicznych interesów.

Prof. dr hab. Henryk Głębocki

Aktualizacja: Poniedziałek, 7 kwietnia 2014 (14:05)

Nasz Dziennik