logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Nie wolno zabijać dzieci!

Niedziela, 22 października 2017 (09:05)

Z Pelagią Buczek, mamą Magdaleny Buczek, założycielki Podwórkowych Kół Różańcowych Dzieci, rozmawia Beata Falkowska

 

Wiedziała Pani, że Magdalena urodzi się chora?

– Z badań wynikało, że dziecko ma bardzo słabo uwapnione kości i termin porodu przy każdym badaniu USG się oddalał.

Rodziły się w Pani obawy, jak poradzą sobie Państwo z chorym dzieckiem?

– Nie miałam żadnego lęku, tylko radość i wdzięczność Bogu, że jestem w stanie błogosławionym. Choć wielu znajomych pytało o to, czy się nie boję, to mi towarzyszyło szczęście. Bóg przygotowywał mnie do tego przez odmawianie Drogi Krzyżowej. Kocham Drogę Krzyżową, a w stanie błogosławionym z Madzią odmawiałam ją codziennie.

Ktoś doradzał Pani aborcję?

– Zaraz na początku ciąży tak. Związane to było z moim stanem zdrowia i wiekiem. Po narodzinach pierwszej córki, starszej siostry Madzi, przez 15 lat nie mogłam zajść w ciążę. Miałam 38 lat, jak urodziłam Madzię. Lekarz na wiadomość, że oczekuję dziecka, stwierdził: „To usuwamy? Jak to, ciąża w tym wieku?”. Dla mnie to było szokujące podejście. Przecież to było tak oczekiwane dziecko, myśleliśmy już z mężem o adopcji, a Pan Bóg sprawił nam niespodziankę.

A jak wyglądała sytuacja po narodzeniu Magdy? Od razu zaczęły się schody?

– Poród był wywoływany, dwa tygodnie po terminie. Narodziny pierwszej córki były dla mnie bardzo trudne, także drugi poród ofiarowałam Bogu jako swoją drogę krzyżową. Okazało się, że trwała ona dłużej niż tylko podczas porodu. Madzia urodziła się siłami natury. Po porodzie nastąpiła w sali wielka cisza, widziałam tylko porozumiewawcze spojrzenia wymieniane przez lekarza i położną. Po pewnym czasie przynieśli mi Madzię. Bardzo krzyczała, a w tym jej krzyku ja usłyszałam jakby stwierdzenie: „A ja wam jeszcze wszystkim pokażę”. Tak wówczas odczytałam ten jej płacz. Te słowa dźwięczały mi w uszach i postawiły mnie na nogi.

Jak lekarze oceniali po narodzinach szansę Magdy na przeżycie?

– Pediatra poinformował nas, że Madzia będzie żyła góra pięć dni. Nie miała kości czaszki, miała tylko kości twarzy, kości od podudzia też były nieuwapnione, uda były prawie przyrośnięte do brzuszka. Jeszcze tej nocy, tuż po porodzie – Madzia urodziła się o 21.15 – ofiarowałam swoje życie za jej życie. Wierzyłam, że Bóg zabierze moje życie, a ona będzie mogła żyć. Modliłam się o to przez całą noc. Kiedy nastał świt i nadal żyłam, powiedziałam w duchu: „Boże, nie chcesz widocznie mojego życia, więc pozwól mi ją wychować dla Ciebie”.

Zaczęła się walka o każdy dzień życia Magdy?

– Tak. Po porodzie nie chcieli nam jej wydać ze szpitala, po sześciu dniach zabraliśmy ją na własne żądanie.

Dlaczego nie chciano wydać Magdy? Oczekiwano, że umrze w szpitalu?

– Oczywiście, że tak. W szpitalu zaczęto mi podawać leki na zatrzymanie pokarmu, który dla niej był ratunkiem. To był zamach na jej życie. Zresztą w całym jej życiu, jak analizuję poszczególne etapy, różne pobyty w szpitalu, to widzę, że tych zamachów było wiele. Takie dzieci się eliminuje. To było dla mnie przerażające, że lekarze nie skupiali się na tym, żeby ratować dziecko, tylko odwrotnie – Madzia została skazana przez medyków na śmierć.

Wrodzona łamliwość kości szybko się ujawniła? Wiemy, że Magda wielokrotnie doznawała złamań.

– Jak miała miesiąc, to złamała rączkę, potem drugą. Pamiętam, jak przy tych złamaniach kości ramienia była przywiązywana do takiego tekturowego krzyża wymoszczonego watą, wówczas rączki świetnie się zrastały.

Modlitwa dodawała Pani sił?

– Cały czas modliłam się na różańcu. Przez kilka pierwszych tygodni nie mogłam w ogóle spać, bo śnił mi się poród. Mimo że nie spałam, miałam mnóstwo siły czerpanej właśnie z Różańca. Czułam obecność Boga i Maryi. To nie był żaden mój heroizm. Do dziś dzięki łasce, którą w moje serce wlał Bóg, nie czuję tego całego trudu i wysiłku. Jestem tylko wdzięczna Bogu za Jego dobroć, że obdarzył mnie takim zaufaniem i dał mi takie dziecko. Od samego początku przewijało się w mojej głowie i sercu, by powiedzieć całemu światu, że Bóg się nigdy nie myli. Oczywiście, że każda matka, każdy ojciec chce mieć zdrowe dziecko, ale trzeba mieć świadomość tego, że zdrowe to nie znaczy tylko zdrowe fizycznie czy psychicznie, ale najważniejsze jest to zdrowie duchowe, a te dzieci mają szczególne przywileje – Bóg fizyczne niedomagania tych dzieci uzupełnia w inny, duchowy sposób. Trzeba to dostrzec i nie bać się, nie lękać się przyjąć takiego daru, bo to jest wielki dar od Boga.

Jak ten dar niepełnosprawnego dziecka zmieniał Panią i całą rodzinę?

– Do momentu urodzenia Madzi ciągle miałam w sercu niepokój, ciągle dążyłam do czegoś nowego, a gdy to osiągałam, dalej nie znajdowałam uspokojenia, nadal odczuwałam jakiś brak. Z chwilą, gdy urodziła się Madzia, ten niepokój w sercu zniknął, czuję się spełniona i szczęśliwa.

Przyjęcie chorego dziecka to chyba jak oczyszczenie świątyni naszego serca przez Pana Jezusa – stoły bankierów poprzewracane, a człowiek zaczyna żyć tym, co najważniejsze.

– Nie mogę się Bogu nadziękować, bo wcześniej myślałam, że jestem wierząca, ale dopiero perspektywa życia z Madzią pokazała mi, jakie to było powierzchowne. Przyjęcie cierpienia wprowadza w głębię Boga, przemienia człowieka. Z przerażeniem myślę, gdzie byłabym dziś, gdyby nie ten dar dziecka niepełnosprawnego. Na nic w świecie bym tego nie zamieniła, a już na pewno nie na żadne dobra doczesne. Podchodzę do tego wszystkiego z ogromną pokorą, moje było tylko to „tak” powiedziane Bogu, a On czyni resztę.

Madzia w jednym z wywiadów stwierdziła, że to od postawy rodzica zależy to, w jaki sposób dziecko przyjmuje cierpienie. Opowiadała, jakim zaskoczeniem było dla niej odkrycie podczas pobytu w szpitalu, że są dzieci, które nienawidzą swojej choroby, a rodzice nienawidzą ich choroby.

– Chcę podkreślić, że to nie tylko moje poświęcenie czy najbliższych ma tu znaczenie. My od samego początku uczymy się od Madzi. Myślę, że każdy, kto przyjmie ten dar chorego dziecka, każda matka, ojciec, otrzyma o wiele więcej, niż da. Myśmy się uczyli od niej przyjmowania cierpienia, akceptacji sytuacji taką, jaka jest. Madzia nigdy nie narzeka. Jak była maleńka, nigdy nie płakała. Gdy się łamała, zaczynała się od razu modlić i ofiarowywała to cierpienie Bogu. To pokazało nam nową drogę życia, tę właściwą, i odkrywanie z zachwytem czegoś nowego, czego nigdy nie doświadczyliśmy – przyjmowania cierpienia. Wokoło jest odwrotnie. Każdy jest przerażony cierpieniem, w zetknięciu z nim pogrąża się w rozpaczy. A tu mamy postawę małego dziecka, która wyraża się w słowach: nie lękaj się.

Pamiętam, jak Madzia jako dziecko miała jedną nóżkę w gipsie, była zagipsowana od pach aż po duży palec u nogi. Było lato, upał, mieszkaliśmy na poddaszu, Madzia jednego włoska suchego nie miała na główce. Gdy ludzie jej współczuli, stwierdzała tylko: „Ja się cieszę, bo mam tylko jedną nóżkę zagipsowaną”. I Madzia nie jest tu jakimś wyjątkiem. Spotykamy wiele dzieci chorych i widzimy, że jeśli ten Boży dar cierpienia, który otrzymali rodzice, jest przyjęty, to ta rodzina jest szczęśliwa i nikt nie narzeka. Gdyby po raz drugi Bóg ofiarował mi taki dar, powiedziałabym Mu „tak”.

„Fiat” Maryi, Jej orędownictwo było dla Pani umocnieniem?

– Ona jest wzorem do naśladowania dla nas wszystkich. Najdoskonalsza z ludzi i najszczęśliwsza z niewiast nie oczekiwała od Boga przy zwiastowaniu ukazania całej perspektywy Jej życia i zabezpieczenia na każdym etapie, tak samo my mamy w tym życiu pełnić wolę Bożą.

A czy przez chorobę Madzi nie oddaliła się Pani od ludzi? Rodzice chorych dzieci często boją się alienacji.

– Gdy Madzia była mała, to były takie lata, że choroba dziecka była wstydliwa, było się czasem napiętnowanym, ale ja miałam silne postanowienie: nie zamknę jej w domu. Na rękach nosiłam ją każdego dnia na Mszę św., wszędzie z nią chodziłam. Jak była połamana, nosiliśmy ją na drzwiczkach od mebli. Jeździliśmy z nią na wakacje, nad morze, w góry. Mówiliśmy jej zawsze, że jest normalnym dzieckiem – zdrowym na swój sposób. Przygotowywaliśmy ją też starannie do samodzielności, zresztą ona zawsze była samodzielna. Sama nauczyła się pisać, dużo sama rysowała. Pamiętam, jak jako dziecko rysowała własną drogę krzyżową. Nie mogła podnosić główki, jednak pisała tak starannie, że nauczycielka myślała, że to ja prowadzę jej zeszyty. Zawsze też była radosna.

Kruche życie Magdy poszerza przestrzeń dobra także wokół Państwa? Bliscy, przyjaciele doznawali przemiany serca?

– Tak, nasza rodzina zaczęła się jednoczyć. Nawet listonoszka, która do nas przychodzi, zawsze mówi, że jak jest jej trudno i do nas zajrzy, to już nie ma żadnego problemu. Nawet postronne osoby, które spotykamy w kościele, często mówią nam, że budują się naszym życiem, nie mogą się nadziwić, że tak właśnie żyjemy, że jesteśmy radosne.

Żyjecie inaczej, ale nie gorzej. Gdy nie przyjmuje się swojego powołania, z którym zawsze wiąże się krzyż, sami ściągamy na swą głowę znacznie gorsze trudy?

– Bóg troszczy się o każdego z nas, nie jest tak, że w trudnej sytuacji zostajemy pozostawieni sami sobie. Sami zostajemy tylko wówczas, gdy odrzucamy Bożą wolę i to my chcemy być reżyserami życia.

Nikt nam nie obiecał, że w naszym życiu będzie tylko łatwo. Zresztą gdyby tak było, wówczas na świecie działoby się jeszcze gorzej, bylibyśmy bardziej sfrustrowani. Tymczasem mam wrażenie, że na świecie trwa walka, aby te chore dzieci się nie rodziły.

Wmówiono ludziom, że w imię wygody muszą wyrzec się podwalin człowieczeństwa?

– Aborcja eugeniczna jest przeciwko ludzkości. Cierpienie jest potrzebne, aby ludzie mogli wybierać właściwą drogę. Niektórzy są wybrani do cierpienia. Bóg talenty rozdziela tak, jak uważa. To On powołuje nas do danej drogi i czyni to najlepiej. Gdy nas powołuje do trudu przyjęcia dziecka niepełnosprawnego, obdarza ogromnym darem i zaufaniem, nie wolno nam, nie mamy prawa zabić bezbronnego człowieka, jakikolwiek by on nie był.

O tym, kiedy człowiek umiera, decyduje Bóg, z Jego woli się poczynamy, z Jego woli umieramy. Wiele razy, żyjąc obok Madzi, doświadczałam tej prawdy, że nasze życie jest w Jego rękach. Na życie Madzi było tyle zamachów, tyle pomyłek, błędów w szpitalach, z których jednak wychodziła obronną ręką, bo taka była Boża wola.

Wiele razy lekarze nie dawali jej już szans na przeżycie?

– Bardzo dużo. Nieraz obiecałam Maryi – jak uratujesz jej życie, pójdę na piechotę do Częstochowy. I poszłyśmy.

Historia Madzi pokazuje nam, jak wielką wartość ma każde życie i jakie cuda może czynić Pan Bóg, po-sługując się małą, chorą dziewczynką. Podwórkowe Koła Różańcowe Dzieci to kolejny taki cud w Pań-stwa wspólnej historii?

– Staram się podchodzić do tego w pokorze serca. Byłam przy powstaniu PKRD – Madzia, bawiąc się z dziećmi, proponowała modlitwę, a jak dzieci zgodziły się stworzyć kółko, szybko powiedziała do mnie: „Daj jakieś karteczki, żeby się nie rozmyślili”. Naprędce wypisała legitymacje i tak to się zaczęło. Podziwiałam te dzieci, które w najlepszym momencie zabawy potrafiły ją przerwać i na prośbę Madzi zacząć się modlić. Gdy modlili się w domu, Madzia wymieniała różne intencje, jedna z nich brzmiała: „O rozwój PKRD”.

Nie rozumiałam tej intencji, pytałam się w duchu, o jaki rozwój chodzi, jak to kółko składające się z Madzi i jej kolegów miałoby się rozwijać. A potem doszło do naszego spotkania podczas pielgrzymki do Górki Klasztornej z o. Tadeuszem Rydzykiem, który zachęcił Madzię do zakładania kół w całej Polsce. Ojciec Tadeusz chciał, by Madzia poprowadziła jakąś audycję w Radiu, czego ja sobie wtedy nie wyobrażałam, a do czego w końcu doszło. Wiemy, jak szeroki odzew dzięki Radiu zyskało dzieło PKRD.

Dziś Magda jest dorosłą kobietą.

– Ma 29 lat, pracuje jako dziennikarka, jest bardzo aktywna, koordynuje dzieło PKRD, choć w nocy musi być pod respiratorem.

Zdarzało się Pani wspierać w trudnych momentach rodziców chorych dzieci, kobiety w stanie błogosławionym myślące o aborcji? Pani świadectwo jest dla nich jak balsam.

– Tak, zawsze to przynosiło z czasem dobre efekty. Z pełną odpowiedzialnością mówię: nie wolno zabijać dzieci! Chore dziecko jest łaską. Stąd mój apel do rządu o poparcie projektu „Zatrzymaj aborcję”. Nie wolno tego największego skarbu, jakim jest nowe życie, niszczyć. Nie mamy prawa zabijać nikogo, tym bardziej dziecka poczętego, nienarodzonego, które nie może się bronić. A jeszcze bardziej dziecka chorego, które potrzebuje ogromnej miłości i troski.

Myślę, że szatan doskonale wie, jaką wartość ma życie i służba drugiemu człowiekowi, służba najbliższym, chorym, cierpiącym dzieciom. Aby służyć, trzeba się wyrzec tego świata. Szatan wie, jakie to ma znaczenie w ratowaniu dusz ludzkich na całym świecie. I wie doskonale, o co walczy – żeby tym żyjącym zdrowym ludziom podciąć korzenie, odebrać to, co ich buduje. Taki sens ma ta walka.

Naszą bronią w tej batalii jest modlitwa. Bez niej łatwo można stracić nadzieję nie tylko na zwycięstwo, ale także na sens wszelkich naszych wysiłków w tym obszarze, bo stajemy przeciw potężnym strukturom zła.

– Zacznijmy się modlić, niech to będzie na początek choćby jeden dziesiątek Różańca dziennie. Modlę się tak długo, aż w moim sercu jest pokój. Gdy starsza córka zachorowała na nowotwór złośliwy, trzy doby non stop spędziłam na kolanach, aż byłam w stanie powiedzieć „tak” ze wszystkich sił. Jestem normalnym, słabym człowiekiem, jak każdy. Bez Boga niczego nie uczynię, to On czyni wszystko w moim życiu. Bóg nie pozostawił nas samych, dał nam wszelkie możliwe i potrzebne nam środki, tylko wpuśćmy Go do naszego życia. A to dzieje się przez modlitwę, relację. Przestańmy polegać na sobie.

To także przesłanie dla rządzących i apel o odwagę, że nic nie stracą, gdy poprą życie?

– Tylko zyskają. Władzę daje Bóg. A dodatkowo te ostatnie wybory były poprzedzone ogromną modlitwą ludzi, ta modlitwa trwa. Odpowiedzialność za każde dziecko zabite spada na tych, którzy podejmują decyzje o kształcie prawa w Polsce. To jest niewyobrażalna odpowiedzialność.

Wszystko się odmieni, kiedy politycy przestaną się lękać o wszelkie inne uzależnienia związane z podejmowaniem ustaw dotyczących życia. Bóg da im swą moc, bo On jest Panem życia. Wtedy, kiedy ochronią to życie, nie będą się tak trudzić i walczyć z wiatrakami, wszelkimi przeciwnościami i wrogami Polski. Prawo do życia to podstawowe prawo Boże. Jeśli zostanie ono ochronione w czasie tych rządów, to Bóg będzie błogosławił tej władzy. Nie ma innej drogi.

7 października modliły się Panie z całą Polską w ramach inicjatywy Różaniec do Granic?

– Tak, oczywiście. Byłyśmy także na Wielkiej Pokucie oraz w Łagiewnikach podczas przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana naszej Ojczyzny. Zwieńczeniem tych wydarzeń może stać się właśnie uchwalenie ustawy wykluczającej przesłankę eugeniczną z polskiego ustawodawstwa.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Beata Falkowska

Aktualizacja 26 października 2017 (16:35)

Nasz Dziennik