logo
logo

Zdjęcie: E.Sądej/ Nasz Dziennik

Duch teutoński nad Polską

Czwartek, 31 stycznia 2013 (02:08)

Pokoleniom, których pamięć historyczną zdominowała wizja barbarzyństwa Niemców podczas Iwojny światowej czy tym bardziej późniejszego zdziczenia zrodzonego z powszechnej w Niemczech fascynacji „przemyśleniami” zawartymi w „Mein Kampf” (1933--1945), trudno jest uświadomić sobie, że w narodzie tym tkwi głęboko zakorzeniona myśl o ekspansji i podbojach nie tylko za pomocą „żelaza i krwi”, ale również ducha.

W 1897 r. Fryderyk Ratzel, wprowadzający do niemieckiej myśli geopolitycznej pojęcie „lebensraum” (przestrzeni życiowej), wydał pracę „Geografia polityczna”, w której, mówiąc krótko, wyraził opinię: „Tam, gdzie my, tam granice naszej ojczyzny”. Przy czym Ratzel inaczej niż autor tych słów – czołgista z filmu „Czterej pancerni i pies”, miał na myśli nie tyle obecność zbrojną, fizyczną, ale nade wszystko duchową. To ona sprawi, że, jak pisał w tymże czasie inny niemiecki myśliciel polityczny (Alfred Kirchhoff, „Jak powstają narody”, 1894), nawet ludzie o odmiennym pochodzeniu etnicznym przejmą ten sam styl życia, przekonania i w końcu język. Staną się narodem. Niemieckim.

Niemieckie granice polityczne są sztuczne i nietrwałe, dopóki nie wytyczy ich siła teutońskiego „geist” (ducha). O co w tych geopolitycznych deliberacjach konkretnie chodziło, klarownie przedstawił Alfred Weber, pisząc w „Rozważaniach na temat niemieckiego posłannictwa” (1915) o ciasnocie granic politycznych, w której cierpi „duchowo zniewolony Niemiec”.

To cierpienie musi zostać przezwyciężone poprzez pozyskanie obszarów dla inwestowania niemieckiego kapitału „i przede wszystkim [poprzez pozyskiwanie – R.K.] pola działania dla naszych warstw intelektualnych, dla w wielkiej mierze niespożytych sił naszych klas wyższych”. Podstawę ekspansji gospodarczo-duchowej stanowią obszary Europy Środkowej. W dalszej kolejności „możliwie duże części Azji, a w drugiej linii również Afryki”. I dopiero w tak zbudowanym i zorganizowanym organizmie „możemy się [Niemcy – R.K.] rozwijać i jednocześnie podnosić intelektualnie z naszego spłaszczenia”.

Nawet w czasie II wojny światowej nie gasła pochwała niemieckiego „geist’’ oraz niemieckich zdolności organizacyjnych jako najbardziej skutecznego oręża w walce o „lebensraum”. Johannes Kuhn w rozważaniach „O sensie obecnej wojny”, pisanych w apogeum hitlerowskich sukcesów wojennych – w roku 1940 – wskazywał, że „naprzeciwko wielokształtnego świata strefy wschodniej stoi spójna, wielka Rzesza, nie po to, by ją połknąć, lecz by wspólnie stworzyć nową i wyższą formę organizacji polityczno-gospodarczej”. Podstawą takiej nowej i wyższej organizacji miało być pojednanie Francji z Niemcami, „tzn. wyciszenie i uszlachetnienie sił, które przez całe tysiąclecia rozdzielały Niemcy i Francję”.

Jakie siły duchowe i intelektualne nasi przywódcy mogą przeciwstawić mocy „niemieckiego ducha”? Co mogą przeciwstawić sprawności niemieckich elit, ich umiejętności planowania działań politycznych na wiele pokoleń naprzód?

Bajarz ludowy z epoki Angeli Merkel i jego drużyna

Na czele rządu polskiego stoi narrator z Kaszub o fantazji godnej barona Münchhausena. W strukturach UE reprezentuje Polskę m.in. Jerzy Buzek, po którym w kraju pozostał swąd czterech „wiekopomnych reform”, a szefem MSZ jest Radosław Sikorski, autor pysznego bon motu: „Jeszcze dorżniemy watahy wroga i tę batalię wygramy” lub jeszcze pocieszniejszego: „Prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały”, czym ubawił publikę na konwencji prawyborczej w Bydgoszczy 28 lutego 2010 r., podczas której podochocona tłuszcza wyła razem z przyszłym, w zamierzeniach, prezydentem: „Były prezydent Lech Kaczyński!”. Działo się to niecałe sześć tygodni przed tragedią smoleńską.

Kiedy szef rządu poważnego państwa , jakim bez wątpienia jest Wielka Brytania, próbuje w warunkach kryzysu struktur unijnych wygrać jak najwięcej dla swoich obywateli, szachując kanclerz Angelę Merkel groźbą wyjścia ze „zjednoczonej Europy”, receptą Polski Tuska i Sikorskiego na kryzys Unii jest hasło: „Więcej integracji”. Szef MSZ zachęca Niemcy, aby wzięły na swoje barki odpowiedzialność za przewodzenie Europie. Ma im w tym pomóc słodka Francja: „Wasze poczucie odpowiedzialności za przyszłość Europy – wespół z Niemcami – to standard z Sèvres do stosowania przez inne państwa” – mizdrzył się Sikorski w Paryżu 22 marca 2012 r., na zakończenie polskiej prezydencji, dodając: „Jeżeli UE ma ambicje stać się światową potęgą, rozszerzenie oraz głębsza integracja są nieuniknione”.

O przemyśleniach pana premiera na temat polskości jako nienormalności nie warto już nawet wspominać. Jakże inne spojrzenie prezentuje premier David Cameron: „Rozczarowanie Brytyjczyków Unią Europejską jest największe w historii. UE zmierza w kierunku, którego ludzie nie chcą, nakładając bezsensowne regulacje i rozwiązania prawne”. Cameron jest politykiem brytyjskim, reprezentującym punkt widzenia oraz interesy swoich wyborców. Nie jest mi znana wypowiedź tego premiera, kwestionująca normalność brytyjskości.

Pomorze Zachodnie a sprawa polska

Ziemie, na które Polacy wrócili po 1945 r., wydają się swoistym polem doświadczalnym dla dążących do zrealizowania idei wyśnionych przez niemieckich geopolityków – kolonizacji poprzez ekspansję duchową i włączanie we wspólnie budowane struktury, a dopiero w następstwie tego podporządkowanie polityczno-administracyjne Niemcom. Tym bardziej że już raz udało się zniemczyć te słowiańskie wcześniej ziemie. Wtedy trwało to pokolenia, dziś przy nieograniczonych możliwościach technicznych „eksport ducha teutońskiego” trwać będzie o wiele krócej.

O ile Górny Śląsk i Śląsk Opolski mają swoich obrońców, a dziejące się tam za sprawą RAŚ hucpy są nagłaśniane w mediach ogólnopolskich, o tyle o Pomorzu Zachodnim i jego stolicy, Szczecinie, mieszkańcy interioru nie dowiedzą się wiele. W ogólnopolskich publikatorach z rzadka tylko przemkną informacje o upadku Stoczni Szczecińskiej, sprawiającym, że stocznie niemieckie przejęły rynek, na którym polskie przedsiębiorstwa mogły skutecznie walczyć o klienta, czy ostatnio wiadomości o rolnikach protestujących przeciwko podstawionym osobom wykupującym dla firm zagranicznych, w tym niemieckich, polską ziemię orną. Trochę więcej mówiono o rusko-pruskiej rurze dławiącej rozwój zachodniopomorskich portów, znów z korzyścią dla strony niemieckiej.

W Szczecinie cieszą oko pięknie odnowione budynki administracyjne z czasów pruskich. W centrum miasta, na miejscu brzydkich gomułkowskich zabudowań, pojawiają się biurowce i centra handlowe. Są to jedyne „poważne” inwestycje w mieście, stolicy regionu, który coraz częściej nazywany jest „Polską B” ściany zachodniej.

Ile osób wie, że gazoport w Świnoujściu, który miał pomóc krajowi uniezależnić się od rosyjskiego gazu, nie zostanie zbudowany w planowanym czasie, ale za to według zapewnień europosła SLD, wybranego z okręgu zachodniopomorskiego, w znacznie przyspieszonym terminie oddana zostanie bezpośrednia linia kolejowa Szczecin – Berlin, skracająca czas dojazdu do stolicy Niemiec do ok. półtorej godziny (do Warszawy najszybciej ponad sześć godzin)?

Którzy politycy zadają sobie pytanie, czym dla państwa polskiego może skończyć się zabawa włodarzy miasta w przemienianie niegdyś morskiego i portowego Szczecina w „pływające ogrody” – centrum rekreacji dla turysty z Niemiec. Warto przypomnieć, że transformowanie Szczecina w berlińskie Zatybrze nabrało rozpędu za prezydentury człowieka, który brał udział w zwycięskich dla siebie wyborach lokalnych z rekomendacji PO.

Słupy zachodniopomorskie

Niedawno jeden z socjologów pisał: „Jak wiemy, elity komunistyczne tworzyli ludzie narzuceni Polakom siłą, z punktu widzenia suwerennego państwa często przestępcy. (…) Potem oczywiście pojawiły się jeszcze inne mechanizmy kooptacji, ale do końca to nie walory moralne czy intelektualne decydowały o awansie – one go wykluczały” (Z. Krasnodębski). Ten „szczególny problem” jest widoczny na prowincji, zwłaszcza takiej, która w całości zamieszkana jest przez ludność napływową. Tu rządzą, nieprzerwanie od 1945 r., przede wszystkim „swoi”. Czy będą oni zdolni przeciwstawić się „niespożytym siłom [niemieckich] klas wyższych”? Wolne żarty!

Profesor historii Uniwersytetu Szczecińskiego, dziś rektor tej uczelni, który obecnemu prezydentowi miasta postawił za wzór do naśladowania… pruskiego nadburmistrza Szczecina Hakena, dzięki któremu „mamy obecnie Wały Chrobrego”, inny „znawca” polskich dziejów Pomorza Zachodniego, głoszący pogląd, że stoczniowcy w 1970 i 1980 walczyli nie o wolność, o Polskę, ale o swoją „małą ojczyznę”.

Dyrektor tutejszego oddziału IPN, piszący w rocznicowym artykule na temat strajków sierpniowych w Szczecinie, w duchu komunistycznej propagandy oraz niemieckiego stanowiska z lata 1980, że wybuch protestów był z powodów czysto ekonomicznych, a w podpisanych porozumieniach kończących strajk szczeciński Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w gruncie rzeczy zgodził się na… działanie w ramach Centralnej Rady Związków Zawodowych.

Prezydent miasta lansujący z uporem godnym lepszej sprawy koncepcję Pomorza Zachodniego jako obszaru zamieszkałego przez ludzi bez korzeni i historii. Czy dyrektor Muzeum Narodowego (sic!) stojący na stanowisku, że nie ma prawdy historycznej (znów: sic!), jest „wielość prawd”, „wielość pamięci”. Wśród nich zapewne i taka, że sąsiedzi z zachodu mają prawo do polskich terenów na wschód od Odry. W końcu byli ich gospodarzami o kilkaset lat dłużej niż Polacy.

Czy to agenci niemieccy? Oczywiście, nie! To leninowscy „pożyteczni idioci”. Pożyteczni dla Niemców, ale i Warszawy. Konformistyczne słupy, usłużne miernoty, które nie sprawią jednemu czy drugiemu centrum kłopotów swoimi ambicjami (nigdy nie wiadomo, co z takich ambicji może wyniknąć: jeszcze jakaś – pfu! – konkurencja), wolą tworzenia i realizowania pomysłów oryginalnych z korzyścią dla mieszkańców Pomorza i interesu narodowego. Powtarzające bezrefleksyjnie modne, a więc dające możliwość uchodzenia za nowoczesnych, idących „z postępem i osiągnięciami”, związki frazeologiczne: o wielości tego i owego, o nieistnieniu prawdy, o polskiej odmianie Heimatu, o tym, że obecni mieszkańcy zachodniopomorskiego to ludzie bez korzeni.

Ta głupkowata mantra „elit zachodniopomorskich” współczesnym neokolonistom wystarczy. Oni już nam sprezentują korzenie, przywrócą pamięć i ożywią ducha. Wówczas lokalne mędrki przestaną mówić o wielości opinii, sądów, pamięci. Bo wtedy będzie inny rozkaz i inna „mądrość etapu” zawierająca się w słowach: „Jeden lud europejski, jedno państwo europejskie, jedna władza europejska”. I jedna europejska stolica. Całkiem niedaleko Szczecina. O półtorej godziny jazdy pociągiem.

Polskie dylematy – życie jak z Kafki

Mam żywo w pamięci rozmowę z młodym człowiekiem ze Szczecina próbującym swoich sił na polu kultury. Na pytanie, dlaczego dla rozwoju i realizacji swoich pomysłów szuka pomocy w Berlinie, a nie w Warszawie, stwierdził, że prędzej w stolicy Niemiec porozumie się w interesujących go sprawach swoim łamanym angielskim (niemiecki mile widziany, ale niekonieczny) niż w Warszawie dość sprawną polszczyzną.

W kraju absurdów, bo nie bareizmów, jak chcą optymiści, rodem z powieści Franza Kafki, młodzi (i nie tylko młodzi) ludzie stoją przed dylematem: być parobkiem, a w najlepszym razie osobą drugiej kategorii, w Niemczech, Anglii, Holandii, ale za tę cenę coś robić pożytecznego i dającego satysfakcję, a w przyszłości może zatrudnienie, życiową stabilizację, czy kucać przed byle mędrkiem ze stolicy w jałowych zabiegach o cokolwiek. Tak jak kiedyś w czasach upadku Rzeczypospolitej spauperyzowany szlachcic stał przed alternatywą: czy stając się sługą rękodajnym, lizać pańskie obcasy – za cenę utrzymania szlacheckiej pozycji, czy dokonać samodegradacji społecznej, stając się mieszczaninem i żyć – wprawdzie bez szlachectwa, ale honorowo?

Plątanina zależności, podwieszeń i układów tworzy labirynt poplątanych korytarzy, niczym w snach neurastenika albo ze wspomnianej twórczości praskiego dziwaka: kto z kim, przeciw komu, w czyim interesie, pod kogo podwieszony? To pytania, które niczym kompulsywne myśli osłabiają ludzką energię i zdolność racjonalnego myślenia. Zamiast kumulować wolę działania z korzyścią dla siebie i społeczeństwa, rozmydlają ją w lękliwe postawy potrafiące jedynie rodzić pytanie – a jeżeli się narażę silniejszym i mądrzejszym, to co będzie ze mną, z moją rodziną? Młody człowiek, patrząc na ten świat, zdominowany przez wyniesione kopem w górę miernoty, w końcu macha ręką i ucieka na Zachód. Często do Niemców. Dochodząc do wniosku, że lepiej udowodnić swoją przydatność w jakimś landzie czy hrabstwie, niż płaszczyć się przed duchowymi bolszewikami w Polsce.

Jak w czasach zaborów

Żyją jeszcze – daj Boże, oby jak najdłużej – dzielni ludzie z Grudnia ’70 i Sierpnia ’80, ale są zmęczeni, o czym najlepiej świadczy fakt, że nie oprotestowali jako skandalicznej wzmiankowanej wyżej wypowiedzi dyrektora oddziałowego IPN czy wydawanych przez tenże oddział „książek rocznicowych” dotyczących przełomowych wydarzeń z historii regionu, pełnych, politpoprawnych dyrdymał.

Szczecińską prasę, często infantylnie komentującą tak ważne z punktu widzenia polskiej racji stanu protesty rolników czy sprawę sprzedaży gruntów po upadłej stoczni – symbolu naszych walk z reżimem komunistycznym, trudno nazwać podporą w staraniach o ratowanie polskości na Pomorzu Zachodnim.

Dziś oparciem dla ducha narodowego jest wieś (protesty rolników przeciwko wykupywaniu ziemi ornej) i Kościół udzielający poparcia protestującym rolnikom. Telewizja Trwam jako pierwsze ogólnopolskie mass medium nagłośniła w pięknych i rzetelnie warsztatowo zrobionych relacjach protest rolników z woj. zachodniopomorskiego.

Jedynie gościnne łamy „Naszego Dziennika” pozwalają na forum ogólnopolskim podjąć problem Drang nach Pommern, bo innych to nie obchodzi. Inni –zarówno z lewa, jak z prawa – mają ważniejsze zmartwienia: jak zwiększyć słupki sondaży i utrzymać swoich totumfackich na zdobytych w regionach pozycjach –synekurach. Bo w III RP gomułkowska zasada „towarzyszy nie damy skrzywdzić” istnieje nadal, mimo że towarzysz „Wiesław” nie rządzi od z górą czterdziestu lat.

Dr Robert Kościelny, historyk

Aktualizacja 31 stycznia 2013 (08:55)

Nasz Dziennik