logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Jakie książki dla naszych dzieci?

Czwartek, 6 lutego 2014 (12:07)

W kontekście skandalu wycofywania z kanonu lektur szkolnych kolejnych ważnych dzieł polskich twórców albo przenoszenia ich stopniowo z klas niższych do wyższych, w związku z pojawianiem się na rynku wydawniczym masy nie tylko mało wartościowych, ale przede wszystkim niemoralnych pozycji, niebezpiecznych dla stanu ducha, bezpieczeństwa naszych dzieci, warto zastanowić się, jakie książki zaproponować naszym dzieciom i na jakie zwracać większą, baczniejszą uwagę? Z pobieżnego przeglądu lektur udostępnionych w kanonie lektur obowiązkowych i nieobowiązkowych dla klas podstawowych należy wskazać kilka ważnych nazwisk i tytułów. Przypomnieć też takie, które kiedyś obowiązywały, ale zostały pominięte milczeniem.

Do klasyki polskiej, oprócz  „W pustyni i puszczy” Henryka Sienkiewicza, należą „Sposób na Alcybiadesa” oraz „Przygody Marka Piegusa” niezawodnego Edmunda Niziurskiego czy  „Akademia Pana Kleksa” Jana Brzechwy. To lektury, w których przygody bohaterów uczyły dzieci odwagi, szlachetności, piętnowania zła, pochwalały dobro. Baśnie Hansa Christiana Andersena, chociaż smutne, uczyły ważnych wartości, a nawet oswajały młodych czytelników ze zjawiskiem śmierci.

Pokazywały, że brak serca, nieczułość ludzi może kosztować życie małej dziewczynki, zupełnie zapomnianej, odrzuconej, której nikt nie zaoferował schronienia i posiłku w zimową, świąteczną noc. Nie znalazł się nikt, kto by otoczył ją opieką. Miłość ołowianego żołnierzyka do baletnicy kosztowała go życie, a lojalność i przyjaźń Gerty wyrwały małego Kaja z pałacu Królowej Śniegu.

Z tymi książkami dzieci jeszcze mają kontakt, część z nich jest w kanonie podstawowym, inne w uzupełniającym. Moja śp. babcia, oprócz „Trylogii”, „Pana Tadeusza” czy „Quo vadis”, czytała mi także opowieści o Tomku Wilmowskim autorstwa Alfreda Szklarskiego, książki Jacka Londona „Biały kieł”, powieści Kraszewskiego i inne liczne historie o kowbojach, rycerzach, Indianach. Czytanie dzieciom książek na głos, bycie z nimi podczas odsłaniania świata przez słuchowiska radiowe to klucz do wzmacniania i pogłębiania wzajemnej więzi oraz rozwijania ich wyobraźni i intelektu.

Natomiast o tych książkach, dla których w kanonie miejsca nie ma, a które wydają się ważne i wartościowe, pozwolę sobie opowiedzieć więcej, ale zaznaczając, że jest to moje subiektywne zdanie, oparte na osobistym doświadczeniu, ponieważ książki te były w moim dzieciństwie i są przecież nadal ważne.

Z subiektywnego oglądu nazwisk polskich autorów mogę zdecydowanie polecić na pewno Ewę Szelburg-Zarembinę (pierwszą kanclerz Kapituły Orderu Uśmiechu), jej wspaniałe „Królestwo Bajki”, poza tym właściwie wszystkie opowieści o zwierzętach Jacka Antoniego Grabowskiego, „Rogaś z Doliny Roztoki” Marii Kownackiej czy pisane podczas okupacji niemieckiej „Porwanie w Tiutiurlistanie” Wojciecha Żukrowskiego. To zdumiewające historie, które wzruszają do dziś i rozbudzają miłość do przyrody, do zwierząt, pobudzają fantazję.

Gdzie opisywane krainy i ich bohaterowie potrafią rozgraniczyć i wybrać jednoznacznie między dobrem a złem, zło jest karane, dobro nagradzane, zło przegrywa, a dobro zwycięża. Nie wiem, dlaczego z kanonu zniknął de Amicis i jego słynne „Serce”, jest to absolutnie pozycja kultowa, wzruszająca, dobra, ucząca współczucia, patriotyzmu, walki o wolność, godność, szlachetność, pracowitość, zachęcająca do ofiarnej miłości do rodziców, solidarności ze słabszymi i z wykluczonymi, wreszcie współpracy i przyjaźni z rówieśnikami. Chociaż okryte sławą, to jednak za brutalne uważam baśnie braci Grimm (wyrafinowane opisy śmierci niektórych bohaterów są dość okrutne i raczej nie są przeznaczone dla dzieci).

Uważajmy na to, co czytają najmłodsi

Jednak to nic w porównaniu z aberracją, na którą natknąłem się w trakcie przeglądu kanonu lektur uzupełniających w wielu szkołach w Polsce. Na liście zalecanych książek znalazłem sagę J.K. Rowling o czarodzieju Potterze. W 2003 r. ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary ks. kard. Joseph Ratzinger napisał w liście do dr Gabriele Kuby: „Dobrze, że wyjaśnia pani sprawę Harry’ego Pottera, ponieważ jest to subtelne uwiedzenie, które oddziałuje niepostrzeżenie, a przez to głęboko, i rozkłada chrześcijaństwo w duszy człowieka, zanim mogło ono w ogóle wyrosnąć”. Trafnie napisane.

Benedykt XVI miał wówczas rację i ma do dziś. W opisywanych przygodach czarodzieja jego twórczyni subtelnie przemyca określony schemat, powiedzmy wprost antychrześcijański. W nakreślonym przez nią świecie dominuje przede wszystkim antyteistyczny system antywartości, wyznawany przez głównych bohaterów, afirmujących nienawiść, zemstę, odwet. Demoniczne zło panuje, przyciąga i fascynuje, w konfrontacji z nim należy zdobywać cel, niekoniecznie w uczciwy sposób, i zauważmy, że Potter i spółka osiągają najważniejsze sukcesy zwłaszcza wtedy, gdy sprzeciwią się albo są nieposłuszni autorytetom starszych i opiekunów, co jest antytezą sytuacyjną w kontekście zdrowych bajek czy opowieści, gdzie nieposłuszne dzieci spotykały przykre doświadczenia, żeby tylko wspomnieć Jasia i Małgosię.

Najważniejszą jednak różnicą jest tu wyzwolenie z „okowów” narodowości, promowanie kosmopolityzmu, import obcych dzieciom norm relatywizmu moralnego, brak wyraźnej różnicy między dobrem a złem. Szczególnie to ostatnie novum występujące w bajkach powinno dać nam do myślenia. Niegdyś fascynujące historie z punktu widzenia rozwijania wyobraźni młodych czytelników, opowiadane były z jednoznacznym opowiedzeniem się po stronie dobra, ukazywały dążenia ich bohaterów do moralnego zwycięstwa, kosztem nawet cierpienia i dania ofiary z siebie dla słabszych.

Takim antidotum na truciznę potterowskiego relatywizmu postmodernistycznego nurtu może być cykl siedmiu „Opowieści z Narnii”, której autorem jest Brytyjczyk Clive Staples Lewis. Nawrócenie Lewisa na chrześcijaństwo (w ramach Kościoła anglikańskiego) wywarło duży wpływ na jego twórczość. Do dziś król Aslan (lew z „Opowieści…”) jest metaforą samego Jezusa Chrystusa. Nie bagatelizowałbym tego „przypadku”, że świetliste dzieło Lewisa ma siedem części i mroczna opowieść z demonami i wilkołakami Rowling też ma siedem odsłon.

Scenariusze zagłady polskości

Jeżeli się łudzimy, że nie jest przecież jeszcze aż tak źle, to spieszę oznajmić, że przy polityce proponowanej przez koalicję PO – PSL, zwłaszcza w wyniku katastrofalnych decyzji kolejnych ministrów edukacji narodowej, słabej Katarzyny Hall, gorszej Krystyny Szumilas i najgorszej Joanny Kluzik-Rostkowskiej, możemy założyć, że irracjonalne i absurdalne jeszcze przed sześcioma laty stwierdzenie, że np. cykl książek o sławetnym czarodzieju Harrym Potterze zostanie włączony do podstawowego kanonu lektur zamiast „Quo vadis” czy „Kamieni na szaniec”, przestaje być niemożliwym do realizacji przedsięwzięciem. Dziś, w trwającym od sześciu lat procesie dewastacji kanonu lektur, które miały być ze swego podstawowego założenia gwarantem jedności narodowej, przez kolejnych genialnych awangardzistów przybyłych z „zielonej wyspy” Donalda Tuska już niczego, nawet najgorszego scenariusza w postaci ministry Środy, nie możemy wykluczyć.

Należy zawsze reagować

W ostatnim czasie wybuchł skandal wywołany informacją, że teksty sowieckiego agenta zostały zaproponowane tegorocznym maturzystom do ćwiczeń na próbnej maturze z języka polskiego. „Lektura” została zaproponowana przez współpracujące z „Gazetą Wyborczą” wydawnictwo Operon. Tekst profesora majora Zygmunta Baumana, funkcjonariusza reżimu stalinowskiego, który nigdy nie rozliczył się ze swoją przeszłością, jest skandalem i nieporozumieniem, które sprawia wrażenie antypolskiej prowokacji.

W liście otwartym do ministry Kluzik-Rostkowskiej Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych (POKiN) napisało m.in., że „w procesie kształtowania charakteru młodego człowieka szczególną rolę odgrywa to, jakie przedkłada mu się i zaleca lektury”.

To piękna reakcja, szalenie ważna i godna naśladowania. Trzeba demaskować każdy atak na polskość, wartości narodowe i polską kulturę. Oby zaangażowani Polacy cały czas podejmowali takie działania i nie dali się zniechęcić, a także aby takich inicjatyw było coraz więcej. Jeżeli my jako Kościół, czyli pielgrzymująca wspólnota ludzi, osób konsekrowanych i świeckich, oddamy pole, nie zareagujemy na prowokacje czy demoralizowanie naszego młodego pokolenia, wówczas umocnimy wrogów chrześcijaństwa i naszej Ojczyzny. Oni tylko na to czekają, ponieważ wciąż testują, sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć w degenerowaniu wrażliwości młodzieży, jej estetyki, smaku, duchowości, rozpoznawania pomiędzy dobrem a złem.

Dr Tomasz M. Korczyński

Aktualizacja 6 lutego 2014 (12:55)

NaszDziennik.pl