logo
logo
zdjęcie

św. Andrzej Bobola Zdjęcie: arch/ -

Niebiańskie pogotowie ratunkowe

Niedziela, 23 lutego 2014 (08:47)

Święci żyli na ziemi w miłości do Boga i bliźnich, a z Nieba nieustannie opiekują się tymi, których pozostawili na ziemi. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Ich wstawiennictwo jest najwyższą służbą zamysłowi Bożemu. Możemy i powinniśmy modlić się do nich, aby wstawiali się za nami i za całym światem”.

Kościół na przestrzeni wieków wydał wielu świętych i błogosławionych, a codzienność dostarcza niezliczonych dowodów na wypraszane przez nich łaski dla ludzi, którzy o nie proszą. Wspierają wielkie narodowe sprawy oraz te zawierzane w cichej, samotnej modlitwie, czego najlepszym przykładem jest św. Andrzej Bobola, patron Polski, któremu powierzamy losy naszej Ojczyzny i który jednocześnie nie odmawia pomocy w zwykłych ludzkich sprawach. Znany jest z dużej „skuteczności” w uleczeniu z ciężkich, beznadziejnych chorób.

Spośród rozlicznych dowodów skutecznego wstawiennictwa świętego przywołam świadectwo Aleksandry Kłyż, której ośmiomiesięczna siostrzyczka zachorowała na obustronne zapalenie płuc. Były to czasy powojenne i choroba ta zbierała wśród dzieci ogromne żniwo. Lekarze nie dawali dziecku żadnych szans: „Pewnego dnia dr Kahl stwierdził: Dziś mała Felicja odejdzie. Ma krótki oddech, zsiniałe usta i oczka, słabe krążenie i bardzo wysoką temperaturę. Proszę przygotować się na najtrudniejszą chwilę. Wieczorem przyjdę wystawić akt zgonu”.

Rodzice dziecka od lat codziennie modlili się do św. Andrzeja Boboli i u niego szukali ratunku. Gdy dziecko było w stanie agonalnym, mama położyła na jego piersi przechowywaną od 1938 r. gałązkę, którą potarła o trumnę św. Andrzeja Boboli w dniu, gdy jego ciało było sprowadzone do Polski. „Na oczach wszystkich, podczas modlitwy do Andrzeja Boboli, na dziecku wystąpił zimny pot, ciałko nagle zaróżowiło się, wrócił miarowy oddech, wysoka temperatura spadła. Wszyscy zebrani wokół chorej Felicji uznali to za szczególny dar Boży za sprawą św. Andrzeja Boboli”.

Gdy na wieczornym obchodzie lekarz zapytał, o której nastąpił zgon, mama dziecka pokazała mu zupełnie zdrową, rumianą, siedzącą w łóżeczku Felicję. Zapytał, co się stało i czy był tu jakiś inny lekarz. „Tak, był – powiedziała. – Był św. Andrzej Bobola”. Lekarz bez wahania uznał to za cud, bo jak się wyraził, „według mądrości ludzkiej było nie do uratowania, nie do wyleczenia”.

„Ja pomogę!”

Błogosławiony Edmund Bojanowski był człowiekiem modlitwy i heroicznej miłości. Jan Paweł II mówił, że „Jego życie stało się nieustanną służbą człowiekowi potrzebującemu, zwłaszcza dzieciom. Sprawy Boże były dla niego równocześnie sprawami ludzkimi, a miłość Boga – miłością człowieka”. Gdy w 1849 r. w Grabonogu, gdzie mieszkał, wybuchła zaraza, która dziesiątkowała miejscową ludność, sam chodził po chłopskich chałupach, przynosił chorym lekarstwa, jedzenie, poił ich, karmił i troszczył się o ich rodziny. Założył pierwsze na ziemiach polskich ochronki dla dzieci oraz zgromadzenie zakonne Służebniczek Najświętszej Marii Panny.

Siostry Służebniczki otrzymują świadectwa wielu łask wyproszonych za pośrednictwem bł. Edmunda Bojanowskiego, który za życia nie ustawał w niesieniu pomocy i dziś śpieszy na ratunek. Grażyna Bielatowicz z Nowego Sącza w 2012 r. zachorowała na żółtaczkę mechaniczną, której przyczyną był guz wnęki wątroby. Rokowania przy tym nowotworze dają chorym tylko 10 procent szans na wyleczenie, ale ona i tej nadziei została pozbawiona, bo naciek wokół kanałów żółciowych był tak duży, że nie można było guza operować. Lekarz dawał jej dwa lub trzy miesiące życia. Jednak tam, gdzie medycyna jest bezradna, pozostaje ratunek z Nieba.

– Podczas mojego pobytu w szpitalu dowiedziałam się o modlitwach całego zakonu służebniczek o moje uzdrowienie za pośrednictwem bł. Edmunda Bojanowskiego. Dostałam relikwie tego cudownego człowieka i wiedziałam, że tylko modlitwa za wstawiennictwem bł. Edmunda może mnie uzdrowić – opowiada pani Grażyna.

Aby odprowadzić nadmiar produkowanej przez wątrobę żółci chorej założono stenty, ale podczas zabiegu doszło do krwotoku wewnętrznego i zanim lekarze uporali się z jego zatrzymaniem, utraciła bardzo dużo krwi.

Kolejny raz usłyszała od czuwającej przy łóżku pielęgniarki, że jej stan zdrowia jest bardzo poważny i wszystko jest w rękach Boga. Nie opuszczała jej jednak świadomość, że cały czas modliło się za nią dużo osób. W dzień Wigilii, po dwóch tygodniach, została wypisana ze szpitala do domu. Była bardzo słaba, ale szczęśliwa, że może spotkać się z rodziną i czterema córkami. Obawa przed ich utratą była okropna, jednak cały czas wierzyła i nadal wierzy, że dzięki wstawiennictwu bł. Edmunda Bojanowskiego nadal będzie jej dane cieszyć się jej cudownymi dziećmi.

Choć minął już ponad rok od operacji, pani Grażyna czuje się dobrze i gorąco dziękuje błogosławionemu za wyproszone u Boga łaski.

Zdarza się, że sam bł. Edmund Bojanowski oferuje się z pomocą, jak to było w przypadku Marysi Szmyd z Orzechówki. W październiku 1973 r. piętnastoletnią Marysię rozbolało prawe kolano, które wkrótce obrzękło. Okazało się, że przyczyną bólu był guz umiejscowiony na kości udowej. Pomóc mogła tylko amputacja całej kończyny.

Mama dziewczynki, nie chcąc pogodzić się z takim rozwiązaniem, polecała swoją córkę Bogu i prosiła Matkę Bożą, aby wskazała, do kogo ma się zwrócić o pomoc w modlitwie. „Moje modlitwy są za ubogie i niegodne wysłuchania, prosiłam, by mi wskazała kogoś godniejszego, kto by mi pomógł uprosić łaskę zdrowia” – wspomina pani Janina. Poprosiła też o modlitwę s. Wiktorię, służebniczkę starowiejską, przełożoną domu w Orzechówce. W nocy pani Janinie przyśnił się sen, w którym razem z synem Antonim kopali ziemię. Miała być z niej pobrana próbka do badania guza. W pewnym momencie nadleciał helikopter, a z jego okna wychylił się uśmiechnięty mężczyzna w okularach i z brodą, mówiąc: „Nic z tego badania nie wyjdzie ani w Lublinie, ani w Krakowie! Ja pomogę…”.

Nazajutrz do domu państwa Szmyd zapukała s. Maria i z polecenia s. Wiktorii dała rodzinie chorej obrazek z wizerunkiem Edmunda Bojanowskiego. Okazało się, że to ta sama twarz, którą mama Marysi widziała we śnie. „Zrozumiałam, że to Matka Boża w ten sposób wskazuje mi Edmunda Bojanowskiego jako pośrednika między mną a Bogiem w modlitwie o uzdrowienie córki Marysi”.

Po tym znaku danym od Boga Siostry Służebniczki zainicjowały odmawianie nieustającej nowenny o zdrowie chorej, do której włączyła się też jej rodzina i znajomi. Po przebadaniu guza lekarz poinformował rodzinę, że nowotwór jest złośliwy, zaatakował kości i że amputacja nogi przedłuży chorej życie o kilka lat, jeśli nie będzie przerzutów do płuc. Mimo to Marysia zaczęła czuć się coraz lepiej, a guz się zmniejszał. Inne leczenie, np. naświetlanie, w tym przypadku nie przyniosłoby efektów, bo nowotwór był na nie odporny. A jednak w 1976 r. w kaplicy sióstr w Orzechówce mama Marysi mogła złożyć Matce Bożej Częstochowskiej i bł. Edmundowi Bojanowskiemu dziękczynne wota za uzdrowienie córki.

„Nie zginie, kto ma takiego opiekuna”

W sanktuarium św. Józefa w Kaliszu zgromadzonych zostało setki podziękowań za łaski wymodlone za jego przyczyną. Kustosz sanktuarium ks. Jacek Plota mówi, że najwięcej jest próśb o pomoc w problemach rodzinnych, małżeńskich, o wsparcie w sprawach życiowych, takich jak wyjście z nałogów, znalezienie pracy, ale też o dar rodzicielstwa, o zdrowie, o znalezienie dobrego męża czy żony.

Pani Małgorzata, dziękując za dobrego narzeczonego, o którego prosiła, pisze: „Nie zginie, kto ma takiego opiekuna”. Słowa te potwierdzają inne wpisy w księdze świadectw kaliskiego sanktuarium.

Z kolei pan Eryk wdzięczny jest za dar pracy: „Moje stanowisko zostało przeniesione z Warszawy do Gdańska, a ja nie chciałem zostawiać żony i córeczki. Znajoma poleciła mi nowennę do św. Józefa. W krótkim czasie otrzymałem dwie oferty pracy, a pośród nich taką, na której bardzo mi zależało. Jestem przekonany, że to dar od św. Józefa. Opiece św. Józefa polecam wszystkich szukających pracy, a Jemu dziękuję, że pomaga mi wypełnić rolę ojca i męża”.

Patron trudnego stulecia

Orędownikiem w Niebie we wszystkich naszych trudnych sprawach jest też św. Maksymilian, którego ks. kard. Karol Wojtyła nazwał patronem trudnego stulecia. On, który ofiarował swoje życie za ojca rodziny, otacza rodziny szczególną opieką, o czym świadczą liczne podziękowania za pomoc w codziennych, ale trudnych sprawach. Pośród nich są i takie, gdy św. Maksymilian znowu ratuje czyjeś życie.

Krysia modliła się w kościele pw. św. Maksymiliana Kolbego w Słupsku w intencji swojej siostry oraz jej poczętego dziecka. Ciąża była bardzo poważnie zagrożona i lekarze nie dawali szans na to, że donosi dzieciątko. Prosiła św. Maksymiliana o wstawiennictwo za nich do Boga. Tej modlitwy matce i dziecku bardzo było potrzeba, bo gdy w ósmym miesiącu rozpoczął się poród, nastąpiły poważne komplikacje, a dziecko zatrute smółką przestało oddychać. Na sali operacyjnej trwała walka o jego życie, a Ewa gorąco prosiła św. Maksymiliana o cud. Szybko zrobiono cesarskie cięcie.

Dzisiaj Maksiunio ma już 6 miesięcy i rozwija sie prawidłowo, za co Krysia dziękuje Panu Bogu i św. Maksymilianowi.

Opiekun harcerzy

Patronem polskich harcerzy jest bł. Stefan Wincenty Frelichowski. Wspaniały harcerz, drużynowy, kapłan – kto go pozna, pokocha całym sercem. Dopełnieniem jego harcerskiej i kapłańskiej służby były ostatnie dni życia, gdy w obozie koncentracyjnym w Dachau przekradał się do baraków z chorymi na tyfus, aby nieść im pomoc i umacniać ich Eucharystią. Do pomocy udało mu się pozyskać 32 polskich księży, którzy nie bacząc na możliwość zarażenia się, pielęgnowali chorych.

Ksiądz Frelichowski, nawet gdy sam był ciężko chory, czołgał się do innych, aby im pomagać. Zmarł w opinii świętości 23 lutego 1945 r., w przeddzień wyzwolenia obozu. Tę opinię uznali nawet Niemcy, bo po raz pierwszy w obozie w Dachau pozwolili na wspólne modlitwy więźniów przy trumnie, wyłożonej białym prześcieradłem i udekorowanej kwiatami.

W kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Toruniu, w którym posługę kapłańską pełnił bł. dh Stefan, w księdze próśb i podziękowań zanoszonych do niego znajdują się także te od harcerzy, którzy proszą o wierność harcerskim ideałom, szczególnie braterstwa, służby i rozwoju osobistego. Pośród wielu podziękowań jest jedno szczególne, za to… że w Toruniu udało się zorganizować wspólny zlot i nawiązać współpracę pomiędzy dwoma zwaśnionymi organizacjami: ZHP i ZHR. Każdy, kto zna problem tych relacji – nie tylko na poziomie władz, ale przede wszystkim samych harcerzy – wie, że to sprawa bardzo trudna.

Dla świętych nie ma granic

Świadectwa złożone w sanktuarium w Krakowie- Łagiewnikach świadczą o tym, jak wielu ludzi do zdroju Bożego Miłosierdzia doprowadziła św. Faustyna Kowalska. Tu wiele matek wyprosiło nawrócenie swoich dzieci, wiele żon ubłagało dla swoich mężów wyzwolenie z nałogów, a wielu innych zdrowie dla siebie czy swoich bliskich. Wśród licznych świadectw nadsyłanych do sanktuarium znalazło się i takie: „Wracając z pogrzebu Jana Pawła II z Rzymu, wstąpiliśmy do Łagiewnik. Zapytałem z ironią jedną z sióstr: jakie łaski można otrzymać od Pana Jezusa za pośrednictwem św. Faustyny? Siostra ze spokojem odpowiedziała, że tyle otrzymam łask, na ile zaufam Jezusowi”.

Rok później autor tego świadectwa sam się o tym przekonał, gdy został uleczony ze złośliwego nowotworu krtani, który dawał przerzuty na węzły chłonne.

To tylko jeden z bardzo wielu przykładów uzdrowień ciała, ale nie brakuje też świadectw wydobycia ludzi z całkowitego upadku moralnego i uzdrowień na duszy – jedno z drugim zazwyczaj idzie w parze, bo trudno, doświadczając wielkiego Bożego Miłosierdzia, nie otworzyć się na tę miłość.

Kiedy jednak już mówimy o uzdrowieniu duszy, to niezwykłych rzeczy w tej materii dokonywał za życia św. Rafał Kalinowski. Jeden z przywódców Powstania Styczniowego w Wilnie, zesłaniec, który dla współwięźniów był podporą duchową i przykładem cnót. Żona innego zesłańca Benedykta Dybowskiego pisała do Rafała Kalinowskiego: „Twoje modlitwy, Twoje przykłady, czyż to mało dla takiego grzesznika jak ja?”. Śluby zakonne złożył w zakonie karmelitów dopiero w 1877r., ale szybko zyskał opinię doskonałego spowiednika, do którego schodzili się nie tylko okoliczni mieszkańcy, ale także przyjeżdżali penitenci z innych regionów Polski.

Przed jego konfesjonałem stały długie kolejki i nazwano go „męczennikiem konfesjonału”. W kościele przy klasztorze Ojców Karmelitów w Czernej, gdzie żył i został pochowany św. Rafał Kalinowski, w każdy wtorek po Mszy św. wieczornej odprawiane jest nabożeństwo ku jego czci. Gromadzi się na nim bardzo wielu wiernych, a liczba próśb zanoszonych za jego pośrednictwem do Boga nieustannie wzrasta. Doprowadzał ludzi do Boga i czyni tak też dzisiaj.

Do karmelitów z Czernej przyszło świadectwo od Aleksieja z Kijowa, byłego milicjanta w stopniu majora, wyznaczonego przez władze Związku Sowieckiego do inwigilacji kapłanów. Inwigilację prowadził w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego, gdzie posługę duszpasterską pełnił karmelita o. Jan Krapan. Pomimo że miał obowiązek sporządzać raporty odnośnie do nauczania dzieci przez księdza, nie robił tego. Choć był osobą niewierzącą, nie pozwalało mu na to sumienie. W 1992 r. ciężko zachorował, a stan jego zdrowia nieustannie się pogarszał. Lekarze powiedzieli żonie, że na wyleczenie jej męża nie ma już nadziei i musi przygotować się na jego śmierć.

Ona jednak nie ustawała w modlitwach, prosząc o uzdrowienie duszy i ciała męża, a wraz z nią modliło się wiele osób. Aleksiej nie mógł się już samodzielnie poruszać i był całkowicie zdany na łaskę innych ludzi. W końcu za namową żony zgodził się na spowiedź i ślub, bo do tej pory żyli na kontrakcie cywilnym. Oczywiście spowiedź i zawarcie sakramentu małżeństwa odbyły się w domu.

„Po otrzymaniu sakramentów odczułem zauważalne zmiany w sobie i w moim życiu, moje myśli stały się inne, żałowałem, że tak późno poznałem Bożą łaskę. We mnie zrodziło się pragnienie pójść samemu do świątyni, aby w modlitwie powierzyć Bogu swoje problemy i następstwa grzechu. Stan mego zdrowia polepszył się i na początku 1993 r. mogłem z pomocą żony i laski przestąpić próg świątyni Podwyższenia Krzyża Św.: grzesznik przyszedł do swego Niebieskiego Ojca. Otrzymałem nowy dar Boży – dar nawrócenia” – czytamy w liście złożonym przez Aleksieja w Czernej.

W 1998 r. jeszcze chory, ale już w lepszym stanie zdrowia niż wcześniej, udał się na pielgrzymkę do Polski, gdzie przy relikwiach św. Rafała w Czernej został całkowicie uzdrowiony.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik