logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Klęska Zachodu

Poniedziałek, 10 marca 2014 (02:07)

Wkroczenie wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy faktycznie oznacza początek wojny pomiędzy dwoma europejskimi państwami. Jeżeli mam wyrazić się bardziej dokładnie, to jest to niczym niesprowokowana agresja Rosji na Ukrainę.

Brak powodów do interwencji nie oznacza braku przyczyn. Przyczyny akurat leżą na powierzchni – nowa niezależna polityka Ukrainy, nieuwzględniająca imperialnych interesów Kremla. Interesy te polegają nie tylko na wzmocnieniu imperialnych wpływów lub rozszerzeniu terytorium, lecz również na bezpieczeństwie ustroju ustanowionego w Rosji przez Putina i jego otoczenie. Przykład ukraińskiego zrywu rewolucyjnego ku wolności może okazać się bardzo zaraźliwy dla Rosjan, którzy nie wiedzą, jak uwolnić się od Putina oraz jego skorumpowanej i łobuzerskiej władzy. Stłumienie demokracji na Ukrainie to środek prewencyjny mający na celu zachowanie obecnego reżimu w Rosji.

Sytuacja w znaczącej mierze przypomina rosyjską interwencję w Polsce w 1792 roku, kiedy ogłoszenie Konstytucji 3 maja 1791 roku okazało się dla imperium Rosji wielką groźbą dla stabilności monarchii i obrazą jej imperialnych ambicji. Różnica, zdaje się, polega jedynie na tym, że dwieście lat temu Rosja nie szukała dodatkowych powodów do agresji i o niezaakceptowaniu polskiej Konstytucji mówiła całkowicie otwarcie. Teraz zaś, wykorzystując receptę Adolfa Hitlera przy aneksji w 1939 roku Sudetów, Kreml wyraża zaniepokojenie prześladowaniami rodaków na Ukrainie – prześladowaniami, które istnieją tylko w chorej wyobraźni szowinistów i w programach mocno i ostro kontrolowanej przez Kreml telewizji rosyjskiej.

Ugłaskiwanie potwora

Dla Europy wojna między Rosją i Ukrainą to wydarzenie-znak. Ono niejako stawia kreskę pod wieloletnimi zabiegami polityków zachodnioeuropejskich niezauważania całkowitej niezgodności Władimira Putina i utworzonej przez niego władzy z podstawowymi zasadami życia europejskiego – wolnością, demokracją, tolerancją, prawami człowieka. Ostatnie 15 lat politycy zachodni starannie zamykali oczy na represyjną istotę reżimu putinowskiego, zadowalając się zapewnieniami Kremla o przywiązaniu do demokracji i o poszanowaniu norm prawa międzynarodowego. Być może to okaże się zbyt mocną wypowiedzią, lecz swoją nieodpowiedzialną polityką Zachód sam sprzyjał wyhodowaniu w Rosji autorytarnego potwora. Rozdawanie zaliczek w rodzaju udziału w G8, WTO, Radzie Europy i innych politycznych klubach stało się dla reżimu Putina tym przychylnym środowiskiem, w którym on wyrósł i nabrał mocy. Teraz dla Zachodu nastał czas na dokonanie bilansu wieloletniej polityki „świętego spokoju”.

Świat jeszcze nie uświadomił sobie ostatecznie całej groźby, którą niesie ze sobą reżim Putina zarówno dla samej Rosji, jak i dla innych krajów. Niestety, uzmysłowienie rzeczywistości przychodzi czasem zbyt późno. Nawet teraz, kiedy rosyjskie wojska już zalały Krym, wiele osób ma nadzieję, że Putin odbije z powrotem i zostanie odbudowane szczęśliwe status quo, które pozwoli Zachodowi znowu nie zajmować żadnego stanowiska i nie podejmować żadnych znaczących decyzji.

Podczas gdy rosyjskie wojska już zdobywały kluczowe obiekty cywilne na Krymie, czołowi politycy zachodni twierdzili, że wojny jeszcze można uniknąć. Tymczasem ona już się zaczęła! Wojna to zagarnięcie cudzego terytorium wojskowego na siłę, a nie obowiązkowo zastosowanie wszystkich rodzajów broni i góra trupów. Odbywająca się obecnie „aksamitna okupacja” Krymu będzie mieć takie same skutki, jak aneksja wojenna.

Obecnie Zachód stosuje skonsolidowane zabiegi dyplomatyczne, wyraża ogólne stanowisko i rozważa ewentualne sankcje. To bardzo dobre, chociaż mocno opóźnione. Takie środki trzeba było podjąć co najmniej w 2008 roku, kiedy Rosja okupowała część Gruzji. Wtedy Putin, przypuszczalnie, miałby mniejszą pokusę wtargnięcia na Ukrainę, ufając milczeniu Zachodu.

Podjąć odpowiednie środki

Spóźniona reakcja to bicz historii. Odpowiednie środki zwrotne podejmuje się wtedy, kiedy już pora na dokonanie następnego kroku. O ile u samego zarania tworzenia się putinowskiej linii i systemu władzy sankcje ekonomiczne oraz polityczna izolacja Rosji jeszcze mogły jakoś skorygować kurs Kremla, to dzisiaj jest już za późno o tym mówić. Autorytarny putinowski reżim doszedł do takiego stadium swojego rozwoju, kiedy izolacja Rosji od całego pozostałego świata nie tylko nie przeraża kremlowskich przywódców, lecz w określonej mierze jest nawet dla nich pożądana. Oczywiście, polityczny establishment straci część swoich przywilejów, które dają im swobodne stosunki z Zachodem, lecz zachowanie władzy w Rosji jest dla nich znacznie ważniejsze.

Zachodnie sankcje ekonomiczne już chyba nie będą skuteczne. Ekonomiczny krach i zubożenie Rosji w ogóle mało przerażają Putina i jego otoczenie, ponieważ oni w każdym przypadku zachowają własny dostatek, a groźbę narodowego niezadowolenia zrekompensują sobie zaostrzeniem reżimu represji politycznych. Prawdę mówiąc, w tym właśnie kierunku podąża rozwój Rosji w ciągu ostatnich kilku lat. Przyjmując barbarzyńskie antydemokratyczne prawa, władza całkowicie ignoruje opinię publiczną zarówno wewnątrz kraju, jak i na polu międzynarodowym. Czasy, kiedy władza oglądała się na społeczeństwo i obawiała się jego reakcji, minęły bezpowrotnie. Obecnie w Rosji triumfuje bezprawie, szerzy się jawny cynizm, triumfuje bezczelna propaganda i zawsze można liczyć na siły wojskowe i policyjne. Zachód powinien to wszystko rozumieć i uwzględniać, planując swoją strategię w stosunku do Rosji.

W związku z rosyjską okupacją Krymu Zachód – o ile zechce przerwać agresję, a nie po prostu wypowiedzieć się na jej temat – powinien podjąć adekwatne środki. Takie łagodne narzędzia hamujące jak sankcje ekonomiczne lub polityczna obstrukcja nie przyniosą spodziewanego efektu. Jeżeli wszystko ograniczy się tylko do tych środków, to Putin przyjmie je jako niezbędną formalną niezgodność, a w gruncie rzeczy jako poparcie jego polityki. Dzisiaj adekwatną reakcją na rosyjską interwencję w Krymie byłoby udzielenie Ukrainie pomocy wojskowej jeszcze przed tym, zanim zacznie lać się krew. Jedynie świadomość uderzenia zwrotnego może powstrzymać agresora.

Europa powinna spojrzeć prawdzie w oczy – wojna już się rozpoczęła. Alternatywa jest prosta i sprawdzona na przestrzeni dziejów: albo skapitulować przed militarną siłą, albo stawić jej opór. I jeszcze trzeba pamiętać, że kapitulacja to są te drwa, za pomocą których tak dobrze rozpala się ognisko militaryzmu.


Autor jest rosyjskim dziennikarzem i obrońcą praw człowieka.

Aleksandr Podrabinek

Aktualizacja 1 kwietnia 2014 (14:54)

Nasz Dziennik