logo
logo

Zdjęcie: arch. Jadwigi Wojsz-Solowe/ -

Kto im pomnik w pamięci zbuduje

Piątek, 2 maja 2014 (02:08)

Z Jadwigą Wojsz-Solowe, córką Franciszka Wojsza, żołnierza Armii Krajowej, WiN i NZW, więźnia reżimu komunistycznego, oraz bratanicą skazanego na karę śmierci Stanisława Wojsza, rozmawia Anna Kołakowska

Pochodzi Pani spod Ostrołęki. We wsi Jarnuty, w której mieszkała Pani rodzina, zaangażowanych w walkę i konspirację było bardzo wiele osób. Wystarczy wspomnieć, że w 1948 r. UB w Ostrołęce sporządził „Spis rodzin bandyckich” i aż trzynaście z nich mieszkało w Jarnutach. Na tej liście znaleźli się także Wojszowie.

– Rzeczywiście, skala zaangażowania, ale też represji była bardzo duża. Mój tata Franciszek Wojsz miał czworo rodzeństwa. Tatę, żołnierza AK, a po wojnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, aresztowali w 1947 roku. Jego brat Szczepan, również żołnierz NZW, został postrzelony przez milicję i zmarł w szpitalu. Stanisława – najmłodszego z braci – aresztowali w 1949 r. i wyrokiem sądu został zamordowany. W 1950 r. do więzienia trafiła także ich siostra Maria, która miała wówczas 18 lat. Taki sam los spotkał naszych krewnych. Gdy skończyła się wojna, miałam sześć lat i pozostało mi w pamięci kilka obrazów z tamtych czasów. Nie wszystko jednak wiedziałam, a przede wszystkim o tym się nie mówiło, bo była to wiedza niebezpieczna. Tata niewiele mówił mi o swojej rodzinie, ale podczas świąt ukradkiem wycierał łzy i wzdychał: „Tacy byli młodzi, a ich już nie ma”.

Czasem docierały do mnie strzępy rozmów, które prowadził ze swoim kolegą – westerplatczykiem. Coś sobie szeptali, a ja, odrabiając lekcje, starałam się wytężać słuch, żeby cokolwiek posłyszeć. Dochodziły do mnie cicho wypowiadane zdania o tym, jak tata był strasznie maltretowany w śledztwie, jak ubecy zmuszali go do siadania na nodze od taboretu, która wbijała się w kiszkę stolcową, o tym, jak strasznie bolały go oczy, gdy w czasie przesłuchania kierowali na niego światło z bardzo silnej lampy. Ale ze mną o tym rozmawiać nie chciał. Dopiero w 1990 r., kiedy już umierał, a ja siedziałam przy jego łóżku, powiedział: „Dziecko, spróbuj ty wyjaśnić te nasze sprawy rodzinne”. Zaczęłam więc szukać informacji. Pisałam do Prokuratury Generalnej, do sądów i to, czego się dowiedziałam, było straszne, a na dodatek zobaczyłam, że los, który spotkał moją rodzinę, dotknął także bardzo wiele innych rodzin. Cztery lata trwało poszukiwania dokumentów, unieważnienie wyroków, rehabilitacja.

W ściśle tajnym raporcie bezpieka w Ostrołęce pisała, że Pani ojciec Franciszek Wojsz ps. „Wiarus” został aresztowany na podstawie zeznań złożonych przez osoby, które ujawniły się po wojnie. Tyle były warte komunistyczne amnestie i obietnice.

– Ojciec został aresztowany w grudniu 1947 r. za to, że rozprowadzał nielegalne wydawnictwa. W gminie Czerwin był poborcą podatkowym, a w torbie przemycał bibułę. Ktoś musiał na niego donieść. W kwietniu 1948 r. został skazany na pięć lat więzienia, ale sąd uznał, że „przestępstwa”, które popełnił, podlegały ustawie o amnestii, więc w więzieniu spędził kilka miesięcy. Przeszedł ciężkie śledztwo i przeżył bardzo boleśnie przeżył tych kilka miesięcy spędzonych w areszcie, dlatego po jego wyjściu z więzienia rodzice, chcąc uniknąć dalszych represji, przenieśli się do Gdańska. Te przenosiny i tak nic nie pomogły, bo Urząd Bezpieczeństwa nie zamierzał zostawić ojca w spokoju. Bardzo często były u nas przeprowadzane rewizje, jak wracałam ze szkoły, zastawałam mieszkanie przewrócone do góry nogami. Rodzice co tydzień musieli się meldować na komendzie, a tatę co rusz wzywali na przesłuchania. Każde pukanie do drzwi podrywało moich rodziców na nogi.

Szczepan Wojsz w czasie wojny, tak jak Franciszek, służył w AK, a po jej zakończeniu, gdy Polskę ogarnęło powstanie antykomunistyczne, w szeregach NZW.

– Szczepan Wojsz ps. „Góra”, „Wilk” w 1947 r. ujawnił się i potem był co tydzień wzywany na przesłuchanie. Gdy wracał do domu, to naciągał na dłonie rękawy koszuli. Pewnie ubowcy za pomocą bicia próbowali wymusić na nim jakieś zeznania. Po którymś takim wezwaniu powiedział do mojej mamy, a swojej bratowej, że już tam więcej nie pójdzie, i zaczął się ukrywać. Potem przystał do oddziału NZW i dowodził kilkuosobowym patrolem. Był bardzo odważny. Opowiadano mi taką historię, jak pojechał z kolegą do Ostrołęki po chleb dla oddziału, ale pod piekarnią wywiązała się potyczka z UB. Nie zdążyli tego chleba zabrać, więc za chwilę stryj po niego wrócił, bo pieczywo stało przygotowane w koszach.

Czasem zaglądał do domu, żeby coś zjeść czy zmienić ubranie. Z notatki sporządzonej przez UB po jego śmierci wynika, że pełnił funkcję dowódcy IV i V batalionu podlegającego KP „Podhale” [Komenda Powiatu Łomża – przyp. A.K.] w Okręgu Białostockim. Czy rzeczywiście tak było – trudno mi powiedzieć. Pewnego dnia ktoś musiał donieść o jego wizycie – było to dokładnie 17 października 1948 r. – Szczepan przez okno zobaczył nadjeżdżających milicjantów, więc zaczął uciekać. Oni otworzyli ogień i postrzelili stryja w brzuch. Mimo to zdołał uciec i ukryć się u zaprzyjaźnionych gospodarzy. Po latach dowiedziałam się, że ich syn nogą zasypywał ślady krwi na piasku, żeby nie doprowadziły milicjantów do rannego Szczepana. Tam przyszła do niego Marynia, młodsza siostra. W warunkach domowych nie można było go leczyć, więc został zawieziony do Warszawy, do mieszkania kuzynki Klimaszewskiej.

Doprowadzono do niego lekarza, dr Józefa Juszkę, który powiedział, że Szczepan musi być natychmiast umieszczony w szpitalu. W szpitalu Dzieciątka Jezus zarejestrowano go pod fałszywym nazwiskiem, bo z PUBP Ostrołęka poszła informacja, że Szczepan Wojsz został postrzelony i trzeba sprawdzić szpitale. Znaleźli go i na sąsiednim łóżku położyli kapusia, który wszystko, co działo się koło Szczepana, notował – czyli kto do niego przychodził, kto mu pomagał itd. Któregoś dnia, gdy w odwiedziny przyszła moja mama, pielęgniarka – siostra zakonna powiedziała, że na łóżku obok leży ktoś, kto połknął łyżkę, co miało oznaczać, że jest donosicielem. Mama niestety nie zrozumiała, o co chodzi. W oparciu o sporządzone przez kapusia donosy zostały aresztowane siostry Klimaszewskie i ich brat. Jedna z nich jakoś się wybroniła.

Druga dostała wyrok 5 lat, a ich brat 7. Za pomoc i opiekę nad moim stryjem zapłacił także dr Juszko, który został skazany na dziesięć lat więzienia. Szczepan zmarł po miesiącu od przyjęcia do szpitala, choć wydawało się, że stan jego zdrowia się poprawił. Okoliczności jego śmierci nie znamy. Bardzo możliwe, że był zabrany do UB, bo na wprost szpitala znajdowała się siedziba bezpieki, a pewnego razu, jak mama go odwiedziła, powiedział: „Bratowo, jak oni mnie strasznie męczyli!”. Może właśnie z tego powodu stan jego zdrowia się pogorszył i Szczepan zmarł.

Czy ciało zostało wydane rodzinie?

– Cały ciężar spraw związanych z pochówkiem brata spadł na barki osiemnastoletniej Maryni. Po pokonaniu trudności związanych z wydaniem zwłok, bo przecież najpierw musiała potwierdzić w urzędzie gminy, że to jest jej brat, przywiozła ciało do Jarnut. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, żeby bardziej dokuczyć rodzinie, a szczególnie mojej babci, nie pozwolili pochować Szczepana normalnie na cmentarzu, tylko na miejscu pod cmentarnym płotem, bez księdza i bez ludzi. Wieczorem przyszedł do babci kapłan, poświęcił krzyż, który stanął na grobie, i starał się ją pocieszyć, jak mógł.

 

W partyzantce był także najmłodszy Stanisław, który podobnie jak starsi bracia walczył w szeregach NZW, do którego wstąpił w 1946 roku. Przybrał pseudonim „Jaskółka”, a potem „Sokół”. W 1947 r., po aresztowaniach, które nastąpiły w Jarnutach i innych okolicznych wsiach, wyjechał do Wrocławia, ale i tam UB wpadł na jego trop. Przyjechał więc do domu i ukrywał się w specjalnie przygotowanej dla niego skrytce w stodole.

– Najmłodszy Stanisław poszedł do lasu po raz drugi po śmierci Szczepana – w styczniu 1949 roku. Szczepan, póki żył, nalegał, aby najmłodszy brat został w domu i opiekował się matką. Gdy zmarł, Stanisław wrócił do oddziału. Któregoś dnia, było to w październiku 1949 r., ubowcy przygotowali na niego zasadzkę, kryjąc się w stogu siana i czekając, aż przyjdzie do domu. Pamiętam, jak stałam z babcią w progu domu, a ubowcy prowadzili strasznie pobitego, posiniaczonego i okrwawionego stryja Stanisława.

Właściwie to ciągnęli go za wozem, do którego był przywiązany lejcami. Miał wtedy 24 lata. Ja trzymałam babcię za spódnicę, a ona modliła się, patrząc na swoje zmaltretowane dziecko. Dostał karę śmierci, ale rodziny nie poinformowano o wykonaniu wyroku, dlatego babcia przez kilkadziesiąt lat żyła nadzieją, że został wywieziony gdzieś w głąb ZSRS. Dopiero w 1990 r. znalazłam w dokumentach sądowych protokół wykonania kary śmierci i pokazałam go rodzinie. Wyrok został wykonany 12 czerwca 1951 r. w więzieniu w Ostrołęce. Niestety, miejsca, gdzie znajduje się mogiła Stanisława, nie znamy. Na cmentarzu w Troszynie ma tylko grób symboliczny, obok mogiły Szczepana i Marii.

Nie był to jednak koniec nieszczęść, które spadły na rodzinę Wojszów. Niedługo po aresztowaniu Stanisława do więzienia trafiła także osiemnastoletnia Maria, która po śmierci braci stała się podporą rodziny, a szczególnie tak ciężko doświadczonej przez komunistyczne władze matki.

– Marynia została aresztowana w październiku 1950 r. pod zarzutem udzielania pomocy „bandytom”, czyli swojemu bratu. W akcie oskarżenia napisano: „W miesiącu kwietniu 1948 r. podczas świąt Wielkanocnych do mieszkania Wojsz Marii przyszedł jej brat Szczepan, który wówczas był członkiem bandy NZW. Wspólnie z nim przyszedł również inny członek bandy ps. ’Osełka’. Maria Wojsz podała im do stołu pożywienie”. W innym miejscu aktu oskarżenia czytamy, że członkom oddziału (m.in. jego dowódcy Franciszkowi Jarzynie) udzielała schronienia, dawała im jedzenie i świeżą bieliznę. Za to została skazana na 7 lat więzienia, a po rewizji wyrok zmniejszono na 5 lat.

Odsiedziała cały wyrok, ale więzienie opuściła już z chorobą psychiczną, spowodowaną ciężkim śledztwem, podczas którego była bardzo bita, a nawet – o czym zostałam poinformowana przez IPN – w areszcie w Ostrołęce spędziła noc w karcerze z wisielcem. Po powrocie do domu wyszła za mąż za Stanisława Zarembę, jej dalekiego kuzyna. Już wcześniej z sobą sympatyzowali, łączyła ich też konspiracja. Marynia była bardzo miłą, uczynną dziewczyną. Miała bardzo dobry charakter, a Stanisław sądził, że jak urodzi dzieci, to stan jej zdrowia się poprawi. Niestety tak się nie stało. Dzieci wychowywała babcia, a Marynia większość życia spędziła w szpitalu psychiatrycznym. Czasem była agresywna, czasem miała lęki, a czasem rozpaczliwie szlochała, kryjąc twarz w poduszce. Wspominała też braci, ale tak jakby oni ciągle byli obecni.

Ogrom nieszczęść, które spadły na Pani babcię, był trudny do udźwignięcia. A do tego represje dotykały także Państwa dalszą rodzinę czy sąsiadów, choćby Mierzejewskich, Zarembów, Białobrzeskich, Jarnutowskich. Tylko w powiecie ostrołęckim w latach 1946-1954 uwięziono ponad 1300 osób. W rodzinie Wojszów jedynie najmłodsza córka, czternastoletnia Janina, uniknęła represji.

– Janina, pomimo że w wyniku zwichnięcia stawu kolanowego miała przykurcz jednej nogi i poważnie utykała, chodząc o kulach, po aresztowaniu Maryni musiała troszczyć się o wszystko i wszystkich (dziadek nie żył od 1935 r.). Ale i ona była ciągana na przesłuchania. A babcia? Babcia wszystko zawierzyła Matce Bożej, cokolwiek się działo, zawsze klękała przed stojącą na komodzie figurą Matki Bożej i żarliwie się modliła. Pomimo ogromu cierpień była osobą niezwykle ciepłą i serdeczną, pełną dobroci, a przede wszystkim zawierzenia swoich spraw Bogu i Jego Matce. Wszyscy ją kochaliśmy.

Pozostała nam pamięć o bohaterach, o ludziach, którzy w trudnych czasach wobec strasznych represji nie upadli na duchu i podjęli walkę o wolność. Czy pamięć ta przetrwa, zależy od nas. Pani jest jedną z osób, które przekażą eksponaty dla Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce.

– Część dokumentów już przesłałam jego twórcom. Są to dokumenty, które w latach 90. otrzymałam z Prokuratury Generalnej. Przekażę zdjęcia, a także różaniec, który w więzieniu z chleba zrobił mój tata. Gdy przeglądałam akta sądowe z Ostrołęki, znalazłam zniszczoną, przedartą legitymację NZW, która należała do Stanisława. Jest to legitymacja okręgu „Tęcza”, podpisana przez „Babinicza”. Mam nadzieję, że i ona trafi do muzeum. Ci, którzy podjęli walkę o wolną Polskę, nie wahając się złożyć ofiary ze swojego życia, zasługują na naszą pamięć i Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce z pewnością pozwoli tę pamięć podtrzymać, a także złożyć hołd bohaterom. To powinno stać się już wiele lat temu.

Dzięki władzom Ostrołęki w centrum miasta stanął pomnik Żołnierzy Wyklętych, na którym upamiętnieni są m.in. Szczepan i Stanisław Wojszowie.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik