logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Rząd nacjonalizuje podręczniki

Wtorek, 13 maja 2014 (02:02)

Medialna dyskusja na temat rządowego podręcznika dla klas I-III skupia się w głównej mierze na aspektach merytorycznych, które oczywiście są niezwykle ważne. Ale cała ta hucpa z rzekomo bezpłatnym podręcznikiem ma też swój wymiar ekonomiczny, który w dłuższej perspektywie może przynieść opłakane skutki dla kilku gałęzi gospodarki, więc już choćby z tego powodu warto na ten projekt spojrzeć również z tej perspektywy.

W rzeczywistości za rządowy program podręczników zapłacimy my wszyscy, czyli podatnicy. Zapłacimy, jak niemal za każdą państwową usługę, bardzo drogo.

Rynek książki w Polsce

Rynek wydawniczy jest w Polsce rynkiem niezwykle trudnym, gdyż odwykliśmy od czytania książek. Statystycznie czytamy kilka razy mniej niż nasi południowi sąsiedzi, a porównania z krajami zachodnimi po prostu nie ma, bo dzieli nas przepaść. Dość napisać, że cały rynek książki w Polsce to ok. 3 miliardy złotych (z każdym kolejnym rokiem z tendencją malejącą), co jest mniej więcej taką sumą, jaką generują największe pojedyncze mleczarnie w Polsce.

Z tych 3 miliardów około połowy rynku to książki edukacyjne, które są o tyle specyficznym rynkiem, że ich zakup nie jest do końca wolną decyzją konsumencką, lecz działaniem pod przymusem (obowiązkowe podręczniki). Na tym rynku mieliśmy do czynienia z oligopolem pod państwową kuratelą, gdyż to MEN dopuszczało lub nie podręczniki na listę tych podręczników, z których można się uczyć. Spowodowało to zmonopolizowanie tego segmentu przez kilku największych wydawców. Nie mieliśmy tu do czynienia z wolnym rynkiem, lecz ze ściśle reglamentowanym, zamkniętym na nowe podmioty obszarem, gdzie wejście na rynek było praktycznie niemożliwe. Dziś ci wydawcy, którzy bardzo dobrze radzili sobie w tej rzeczywistości, najgłośniej protestują przeciw znacjonalizowaniu (bo tak trzeba to nazwać) tego segmentu przez rząd. Jakoś specjalnie mi nie jest ich żal, choć obiektywnie należy zaznaczyć, że między poszczególnymi podmiotami tego nieformalnego oligopolu toczyła się normalna rywalizacja o klienta. Po wtargnięciu do tej części rynku książki państwa ze swoimi „darmowymi” podręcznikami oligopol jest bez szans i w niedługim czasie po prostu upadnie.

Pozostała część rynku książki jest właściwie wolna, w tym sensie, że można swobodnie wejść na rynek. Choć o ile wydawców jest dużo i wciąż jeszcze pojawiają się kolejni, to chętnych do czytania jest coraz mniej. Jeszcze gorzej jest z dystrybucją książki, bo można śmiało stwierdzić, że najwięcej na książkach zarabiają pośrednicy, którzy przecież niczym, absolutnie niczym, nie ryzykują.

Rynek podręczników i jego znacjonalizowanie powoduje, że szansę ratowania własnej skóry wydawcy podręczników widzą w szybkim wejściu na rynek książki pozaedukacyjnej. To powoduje bardzo duże perturbacje, które odbijają się na właściwie wszystkich graczach. Wydawcy mniej wydają, drukarze zatem mniej drukują. A książka robi się coraz mniej dostępna.

Nacjonalizacja po regulacji

Podręczniki były zatem rynkiem regulowanym, podobnie jak wiele innych rynków. Oligopol wydawców był bardzo zabetonowany przed zmianami, ale to, co obecnie proponuje rząd, to już jawna nacjonalizacja tego rynku. Pomijając fakt, w jakim tempie i za jakie pieniądze jest przygotowywany „darmowy” podręcznik (tu podawane sumy są odległe od siebie o miliony złotych, bo rządowi fachowcy nie są w stanie precyzyjnie tego wyliczyć, ale są w stanie podać liczbę 360 osób, które stracą pracę – sic!), pozostaje wiele kwestii, o których w ogóle się nie mówi.

Co z podręcznikami, które zalegają w magazynach? Książki nie są na szczęście towarem o krótkim terminie przydatności, ale obecnie w magazynach zalega kilkaset tysięcy egzemplarzy. Wydawcy zapłacili za ich druk, zainwestowali w nie, a nie będą w stanie ich sprzedać w konkurencji z podręcznikiem rządowym. Kapitał został zamrożony nie wiadomo, na jak długo. Co z księgarniami, które w wielu przypadkach istnieją jeszcze dlatego, że „żyją” ze sprzedaży podręczników? Jaki sens byłoby prowadzić piekarnię, gdyby rząd postanowił w przypływie miłosierdzia zapewnić wszystkim Polakom ciepłe bułeczki na śniadanie? Za darmo oczywiście. Podając liczbę 360 osób zwolnionych w wydawnictwach, rząd zupełnie zapomniał o małych księgarniach, często jedynych w małych ośrodkach, które bez sprzedaży podręczników nie przetrwają nawet roku. Jak to się ma do rzekomej troski o kulturę i promocję książki w ogóle, skoro niebawem w wielu małych miejscowościach ich już nie będzie? Wzrost bezrobocia będzie z pewnością większy aniżeli rządowe wyliczenia.

Co z możliwością wyboru podręcznika? Mamy nierówne szanse, gdy z jednej strony mamy darmowy, a z drugiej za niego trzeba bezpośrednio zapłacić. Mało kto się zdecyduje. Wszyscy będą uczyć się z tego samego podręcznika, co nieuchronnie musi prowadzić do wychowywania pokolenia ludzi, którzy będą wiedzieć to samo (i zapewne o wiele mniej niż pokolenie wcześniej), nauczone w ten sam sposób, na tych samych przykładach. Cóż za wspaniałe poszerzanie horyzontów intelektualnych przez hodowanie podobnych królików doświadczalnych. Nie ma miejsca na różnorodność, na możliwość autorskiego programu nauczyciela, bo rząd daje, więc trzeba brać i cieszyć się, że w ogóle daje.

Ale daje produkt niepewny, napisany w iście ekspresowym tempie, żeby zdążyć przed wyborami, zatrzeć kompromitację w związku z przymusowym wepchnięciem do szkół rocznika sześciolatków, wreszcie przygotowuje produkt dużo droższy niż prywatni wydawcy skupieni w oligopolu. Bo skoro pomysł rządowego programu darmowego podręcznika w ciągu dekady ma kosztować 3,8 miliarda złotych, wychodzi na to, że rocznie wydajemy na niego 380 milionów złotych. W tym roku do I klas powinno pójść ok. 350 tys. pierwszaków, ale ile pójdzie za 6 czy 7 lat, nie sposób oszacować, bo te dzieci jeszcze nawet nie przyszły na świat. Wynika z tego, że podręcznik będzie kosztował dużo ponad 400 zł od sztuki, dzieląc nawet na trzy lata jego użytkowanie, a dziś komplet prywatnych podręczników mimo że jest drogi, to jest jednak i tak tańszy niż „darmowy” państwowy. Ale przecież to są tylko szacunki, bo rząd do końca nie wie, ile nas, podatników, 10-letnia zabawa państwa w darmowe podręczniki będzie kosztować.

Skutki

A co z kolejnymi klasami? Co z podręcznikami do gimnazjów i liceów? Przecież żaden wydawca nie zaryzykuje prac nad nowymi podręcznikami w sytuacji, gdy w ciągu czterech miesięcy rząd może pójść za ciosem i zaproponować „darmowy” do klas wyższych oraz innych rodzajów szkół.

Państwo na wydawaniu podręczników z jednej strony chce zaoszczędzić na wyprawkach szkolnych, z drugiej zwiększyć swoje dochody z tytułu podatku VAT. Rząd bardzo optymistycznie zakłada, że zaoszczędzone przez rodziców pieniądze zostaną wydane na produkty z wyższym niż VAT na książki, czyli 5 procent. Nie sposób tego przewidzieć, bo może rodzice zdecydują się na korepetycje dla dzieci, żeby czegokolwiek się nauczyły, a jak wiadomo, korepetycje to jedna wielka szara strefa… Wreszcie zamiast wyrównania szans edukacyjnych zwiększy się przepaść między bogatymi a biednymi. Bo bogaci rodzice na pewno nie pożałują środków na zakup lepszego niż rządowy podręcznika, a biednym zostanie nauka z tego przygotowanego w pośpiechu – jak wykazuje wielu ekspertów – bubla w niczym nieprzypominającego czegoś, co można nazwać podręcznikiem.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

Nasz Dziennik