logo
logo

Zdjęcie: Małgorzata Bochenek/ Nasz Dziennik

Pismo Święte w rodzinie

Czwartek, 17 lipca 2014 (02:14)

Od dłuższego czasu zajmuję się tematyką świętości małżeństwa i rodziny. Robię to jako teolog, ale nade wszystko jako mąż i ojciec. Wiele lat temu natrafiłem na fragment homilii św. Jana Pawła II wygłoszonej 6 czerwca 1999 roku w Pelplinie. Nasz wielki rodak powiedział wówczas:

„Dziś z tą samą nadzieją proszę was: wchodźcie w nowe tysiąclecie z księgą Ewangelii! Niech nie zabraknie jej w żadnym polskim domu! Czytajcie i medytujcie! Pozwólcie, by Chrystus mówił!”. Znamienna jest ilość wykrzykników zawartych w tej krótkiej wypowiedzi. Jestem przekonany, że gdyby słowa te wypowiadane były jakiś czas wcześniej, Papież pewnie by wręcz krzyczał, przekazując nam to przesłanie.

Było to przed rozpoczęciem nowego wieku i nowego tysiąclecia, wobec którego mieliśmy bardzo dużo oczekiwań. Zapewne myśleliśmy, że wszystko nagle się zmieni na lepsze, tak jak liczby w datacji lat i tysiącleci. Niestety, już 11 września 2001 roku nadzieje i pragnienia prysły. Na oczach całego świata zawaliły się dwie wieże World Trade Center. Ukazało się smutne oblicze nowej epoki.

W przywołanym fragmencie centralne miejsce zajmuje polski dom. Święty Jan Paweł II prosił, aby Ewangelii nie zabrakło w tej tak ważnej dla nas, Polaków, wspólnocie, abyśmy ją czytali i w ten sposób pozwalali Jezusowi przemawiać do nas, wskazywać, co najważniejsze, na czym budować, czym się kierować w tej nowej, bardzo zagmatwanej rzeczywistości.

Dziś z perspektywy czasu widzimy wyraźnie, że „rodzina znajduje się w centrum wielkiego starcia pomiędzy dobrem a złem, życiem i śmiercią, miłością i tym wszystkim, co sprzeciwia się miłości” (Jan Paweł II, „List do rodzin”, p. 23).

Obecność Słowa Bożego w rodzinie

Najpierw więc słyszymy, że wręcz konieczna jest obecność Biblii w naszych domach, właśnie tu, nie w seminariach, na wydziałach teologicznych, w klasztorach, na plebaniach. Chodzi o obecność bardzo konkretną, o odnoszenie całego naszego życia małżeńskiego i rodzinnego do nauki Jezusa i Kościoła.

Jakże często słyszę słowa wyrażające bezradność rodziców w problemie wspólnego zamieszkania dorosłego dziecka z „partnerem/partnerką”. Pojawia się pytanie: co możemy zrobić, jak zaradzić, spowodować zerwanie z grzechem? Wówczas wskazuję, że najpierw zapytajmy Jezusa, co On o tym myśli, jak to nazywa. W Kazaniu na Górze czytamy: „Słyszeliście, że powiedziano ’Nie cudzołóż’!, a Ja wam powiadam…” (por. Mt 5,27). Może nie możemy za wiele zrobić, tym bardziej jeśli dziecko już samo zarabia i pokrywa koszty utrzymania, ale zawsze możemy, i jako rodzice musimy, powiedzieć, że to grzech, że w Ewangelii czytamy wyraźnie, jak Jezus to nazywa. Podobnie w wielu innych dzisiaj istotnych problemach, zagrożeniach. Ich intensywność nas zaskoczyła, ale nie jesteśmy bezbronni. Mamy nieomylny punkt odniesienia, zapis, który nic nie stracił na aktualności.

„Czytajcie i medytujcie!”

Skuteczność ochrony naszych polskich rodzin, według św. Jana Pawła II, warunkowana jest konkretną praktyką: Pismo Święte musi być czytane. Jakże wymownie brzmią słowa z kolejnego zdania: „Pozwólcie, by Chrystus mówił!”. Chce On nam, małżonkom, rodzicom, powiedzieć wszystko, co musimy wiedzieć, ale my nie czytamy i nie pozwalamy Mu na to. Owszem, chodzimy regularnie na Mszę Świętą, słuchamy czytań liturgicznych, ale czymś innym jest kontakt przez słuchanie w czasie Liturgii, a czymś innym indywidualne czytanie. W wielu tekstach pochodzących z tradycji Kościoła czytamy, że Słowo Boże to sam Chrystus. Mamy w domu tabernakulum! Siadając przed księgami natchnionymi, czyniąc znak krzyża, rozpoczynając czytanie, spotykamy się z naszym Mistrzem w sposób bezpośredni. Eucharystia daje nam moc do życia, przeciwstawiania się złu, Biblia daje nam treść, Jezus do nas mówi.

Można czytać według czytań liturgicznych, można podpierać się pomocami typu „Ewangelia na każdy dzień” albo zupełnie wyrywkowo, otwierając tekst w dowolnym miejscu, można od początku do końca, po stronie lub rozdziale. Nie jest to aż tak istotne. Najważniejsze, aby robić to codziennie, systematycznie. Słowo Boże ma się stać naszym codziennym pokarmem. Sam Mistrz mówi: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4), podpowiadając, że tak jak dla organizmu potrzebne jest codzienne dostarczanie mu odpowiedniej ilości pożywienia, tak nasza dusza także musi być karmiona nieustannie, a Słowo Boże jest dla niej „daniem” bardzo obfitym.

Żyć słowem

Naturalną konsekwencją czytania i wsłuchiwania się w słowa Jezusa jest wdrażanie ich w życie. Jeśli św. Jan Paweł II powiedział o Biblii: „…niech nie zabraknie jej w żadnym polskim domu”, to powinniśmy szukać bardzo konkretnych wskazań, które odnoszą się do życia małżeńskiego i rodzinnego. I rzeczywiście, w Biblii jest wszystko, czego potrzebujemy. Bóg stworzył małżeństwo i rodzinę i dał nam wszystko, co niezbędne do osiągnięcia doskonałości. Owo „wszystko” to nieograniczony dopływ Jego łaski i bardzo jasno brzmiące wskazania, zasady. Małżonkowie słyszą, że ich związek jest nierozerwalny (por. Mt 19,6), że ma być święty i doskonały pod każdym względem (por. Hbr 3,14), że nie powinni unikać bliskości fizycznej, wręcz odwrotnie, mają korzystać z tej sfery z dużą otwartością (por. 1 Kor 7,3-5), że mają sobie nawzajem służyć (por. Ef 5,21).

Podobnie jako rodzice otrzymaliśmy dosłownie „podręcznik” do wychowania dzieci. Bardzo dużo zasad wychowawczych znajdziemy w księgach mądrościowych Starego Testamentu, ale także w formie osobowych przykładów. Zachęcam chociażby do przeczytania Księgi Tobiasza.

Jak zachęcić dzieci?

Na naszym polskim rynku wydawniczym od dawna już znaleźć możemy różnego rodzaju opracowania tekstów biblijnych adresowanych do dzieci i ludzi młodych. Tak jak zachęca się nas, rodziców, do czytania bajek dzieciom, podobnie mocno zachęcam do czytania właśnie tych opracowań, zarówno w formie komiksów ukazujących życie Jezusa, jak i pełnych wydań „Biblii dla dzieci”.

Bardzo ważnym sposobem wdrażania dzieci w kontakt ze Słowem Natchnionym jest wspólne czytanie tekstów w ramach rodzinnej modlitwy wieczornej czy w niedzielę w celu porozmawiania z nimi o treści czytań liturgicznych. Jednak z całą odpowiedzialnością chcę podkreślić, że nie to jest najważniejsze, czy będziemy czytać dzieciom, czy z nimi, ale to, czy będziemy w naszej codzienności świadkami tych treści. Nawet jeśli nieźle będzie nam wychodziło wspólne czytanie, ale w odnoszeniu się do siebie, we wspólnym przebywaniu zabraknie zachowań wypływających z tekstów natchnionych, chociażby takich jak opisuje św. Paweł: „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa” (Ga 5,22-23), wówczas będziemy raczej na pozycji przegranej. Zachwyt nad Słowem Bożym u naszych dzieci musi się rodzić przede wszystkim z obserwacji rodziców, ich naturalności i autentyczności we wdrażaniu zasad ewangelicznych w codziennych zachowaniach.

Trochę się smucę w różnych momentach wspominania św. Jana Pawła II. Cieszymy się obecnością w naszych kościołach jego relikwii, pięknych portretów, odsłaniamy pomniki, nadajemy jego imię szkołom, placówkom, dziełom, a on sam płacze, patrząc na swoich rodaków z okna Domu Ojca. Powiedział nam wszystko, napisał tak wiele, a my może i go kochamy, lecz na pewno nie słuchamy. Spośród wielu słów, które wręcz natychmiast wymagają wdrożenia, ożywienia, są bez wątpienia właśnie te z Pelplina z 1999 roku. Nie może księgi Ewangelii zabraknąć w naszych polskich domach. Jeśli będziemy ją czytać i medytować, Chrystus powie nam wszystko, co w konkretnych sytuacjach jest nam potrzebne!

Dr Mieczysław Guzewicz

Aktualizacja 17 lipca 2014 (09:50)

Nasz Dziennik