logo
logo

Zdjęcie: Luigi Guarino/ Licencja: CC BY 2.0/ Flickr

Przemysł Śmierci

Niedziela, 20 lipca 2014 (15:38)

Sedno działalności biznesu in vitro ukazuje wypowiedź odnośnie do kampanii Virtus Health posiadającej 36 ośrodków in vitro w Australii i wykonującej tam ponad jedną trzecią zapłodnień pozaustrojowych.

„Od strony usług medycznych Virtus, podobnie jak większość ośrodków in vitro, cieszy się lukratywnym wzrostem napędzanym w dużej mierze przez stały napływ spanikowanych kobiet w wieku trzydziestu – czterdziestu lat, które z różnych przyczyn wierzyły, że opóźnianie macierzyństwa jest zarówno bezpieczne, jak i wykonalne. Zwracają się następnie do klinik po cud ’ostatniej chwili’ [ang. last-minute], nie wiedząc, że dla kobiet powyżej 35. roku życia zdecydowana większość cykli sztucznego zapłodnienia in vitro zawiedzie”.

Metoda wysokiej zawodności

Podobnymi mirażami łudzone są również polskie kobiety. Nawet jeśli są zamężne, kultura przeciwna życiu każe im, szermując szeroką gamą pretekstów i presji, odkładać poczęcie do wieku średniego. Yvonne Roberts na łamach brytyjskiego „The Guardian” (IVF and the business of baby-making, 2009) zastanawia się, dlaczego w Wielkiej Brytanii wydaje się publiczne pieniądze na procedurę o tak wysokim stopniu zawodności, w sytuacji gdy odmawia się finansowania leków ratujących życie jako zbyt drogich. Cykl in vitro to koszt wahający się między 5413 a 15 tys. funtów. W większości przypadków to „nic nie wart interes”, bo procedura jest nieskuteczna. Ponad 7 z 10 „klientów” nie otrzyma niczego za swoje upokorzenie poza bolesnym, wyczerpującym i nieszczęśliwym doświadczeniem, zauważa publicystka.

Dane z Europejskiego Towarzystwa Ludzkiego Rozrodu i Embriologii (ESHRE) wskazują, że całkowita częstość niepowodzeń procedury zapłodnienia pozaustrojowego in vitro wynosiła 77 proc. w 2012 roku, co daje 23-procentową skuteczność. W USA, według raportu Centrum Kontroli Chorób, całkowita częstość niepowodzeń (zawodność) wyniosła 69 proc. w 2010 roku (czyli skuteczność 31 proc.); 68 proc. niepowodzeń u kobiet w wieku 35-37 lat; 78-proc. niepowodzeń u kobiet w wieku 38-40 lat. Aż 88 proc. niepowodzeń obserwowano u kobiet w wieku 41-42 lata, podczas gdy w przedziale wiekowym 43-44 lata procedura in vitro charakteryzowała się 95-procentową zawodnością (tj. 5-procentowa skuteczność).

Wskaźniki brytyjskiej Human Fertilisation and Embryology Authority (HFEA) za rok 2010 (z którego dostępne są najświeższe dane, łącznie dla procedur sztucznego zapłodnienia IVF i ICSI), są podobne. Dla kobiet poniżej 35. roku życia skuteczność in vitro wyniosła 32,2 proc. (67,8-procentowa zawodność). W przedziale wieku 35-37 lat skuteczność wynosiła 27,7 proc. (72,3-procentowa zawodność); dla przedziału 38-39 lat skuteczność wyniosła 20,8 proc. (79,2-procentowa zawodność). W przedziale 40-42 lata skuteczność była na poziomie 13,6 proc. (86,4-procentowa zawodność); w przedziale 43-44 lata uzyskano 5-procentową skuteczność (95-procentowa zawodność), podczas gdy powyżej 45. roku życia skuteczność wyniosła 1,9 proc. (98,1-procentowa zawodność.) (por. http://www.hfea.gov.uk/ivf-success-rate.html).

Puste kołyski

Z dużą rezerwą odnieść się należy do wyników oficjalnych raportów po pierwszym roku funkcjonowania rządowego programu dofinansowania ośrodków in vitro (oficjalnie: Rządowy Program Leczenia Niepłodności), wedle których można obliczyć ogólną całkowitą zawodność na ok. 70,5 proc. (a skuteczność ok. 29,5 proc.), tj. mierząc liczbę ciąż uzyskanych wśród zakwalifikowanych kobiet. Dane sugerują, że 7 par na 10 odchodzi zamiast z kołyską z kwitkiem, podobnie do wyników zaobserwowanych w Anglii. Czyżby statystyk przedstawionych przez ministerstwo nie poprawiało nawet finansowanie do trzech procedur włącznie?

Do programu dopuszczane są kobiety, które nie ukończyły 40. roku życia w chwili rejestracji (tj. po kwalifikacji mogą mieć przekroczone 40 lat, co zaznaczono na stronie programu!). Ciekawe, czy informuje się je o adekwatnym dla wieku wskaźniku skuteczności na poziomie kilkunastu procent? Czy nie te same ośrodki medialne, które prowadzą kampanie antynatalistycznej walki z rodziną, zachęcają później do in vitro?

Oczywiście adepci sztucznego wspomagania rozrodu podnoszą kontrargument, mówiąc o dużym odsetku zarodków, które nie zagnieżdżają się albo ulegną poronieniu samoistnemu na wczesnych etapach rozwoju po implantacji, także po poczęciu naturalnym. Argumentacja ta niczego jednak nie wnosi. Trudno bowiem wyobrazić sobie inną tak mało skuteczną procedurę medyczną, ale o bardzo wysokich kosztach jak in vitro, której stosowanie i dotowanie miałoby zostać uzasadnione… poprzez wykazywanie nieskuteczności jej elementów w innych okolicznościach. Takie rozumowanie pozbawione jest sensu, chociaż jako slogan wypowiadany i powtarzany wielokrotnie przez medialne głowy, w myśl propagandowej zasady, może zostać uznane za prawdziwe.

Cywilizacja śmierci poza logiką

Zdumiewające, że mimo tak słabych, oficjalnie znanych wskaźników skuteczności procedury in vitro biotechnologiczny przemysł rozrodowy dotowany jest nadal w wielu krajach z publicznych pieniędzy. W tym marnotrawstwie jest jednak ukryta docelowa intencja, choć logicznie trudno ją uzasadnić.

Kontrola populacji to główne założenie antynatalistycznych lokalnych i międzynarodowych organizacji, pod wpływem których pozostaje m.in. rząd Wielkiej Brytanii. W praktyce zaczyna się ona już w momencie stwarzania barier ekonomicznych i kulturowych zniechęcających do macierzyństwa. Kobiety odkładają je na późniejszy wiek, a później spotykają się z problemem. Część z nich trafia do ośrodków in vitro. Zawitają tam zazwyczaj te małżeństwa lub „pary”, które nie znają lub lekceważą nauczanie moralne Kościoła katolickiego w kwestii prokreacji – w tym być może te same kobiety, które wcześniej przez lata niszczyły swoją płodność antykoncepcją. Ich odsetek jest znacznie większy w krajach zlaicyzowanej Europy, ale i w Polsce liberalne pranie mózgów zatacza szerokie kręgi. To pole do odbicia i bardziej aktywnej rechrystianizacji.

Publicystka „The Guardian” zauważa, że chociaż 7000-8000 kobiet poddawanych jest rocznie w Anglii procedurze in vitro na koszt publicznej służby zdrowia (z ogólnej liczby ok. 35 tysięcy poddających się rocznie zabiegowi), to liczby te świadczą jedynie o tym, że fałszywe obietnice skutecznie blokują kobietom znalezienie innych dróg diagnostyki i leczenia niepłodności – mniej inwazyjnych, skutecznych i przede wszystkim ludzkich.

Takich alternatyw należy szukać pod hasłem naprotechnologii (ang. NaProTechnology), choć może warto byłoby pomyśleć nad bardziej trafnym, w języku polskim mniej „przemysłowym” synonimem tego diagnostyczno-terapeutycznego postępowania.

Narzędzie depopulacyjne

Sarkastycznie rzecz ujmując, z takiego globalnego stopnia „antykoncepcji”, jaki niesie mentalność in vitro, zadowolona jest na pewno fundacja Billa Gatesa, w pocie czoła pracująca nad mikrochipem do długoterminowej kontroli płodności i faktycznej kontroli populacji. Tu leży klucz do problemu. Z punktu widzenia pojedynczej klientki chodzi o jak największą szansę na urodzenie dziecka. Być może z perspektywy danej „kliniki” in vitro również, ale z drugiej strony, tak aby wykorzystać limit dofinansowania – „do trzech cykli sztuka”. Tylko oferując „konkurencyjne” (w stosunku do innych ośrodków) wskaźniki, przyciągnie ona kolejne pacjentki.

W szerszej perspektywie socjologicznej problem funkcjonowania „klinik” in vitro wygląda jednak zupełnie inaczej. Metody sztucznego rozrodu przedstawiane są jako ostatnia deska ratunku i w mentalności społeczeństw (tych zlaicyzowanych i nieodpornych na proponowane wynaturzenia) wytwarza się przekonanie, że zabiegi można powtarzać bezkarnie w nieskończoność, aż do skutku, że in vitro to naturalna (sic!) droga. Tymczasem w skali globalnej mentalność warunkująca te dalsze działania prokreacyjne wpisuje się w kontrolę populacji. Wynaturzone zmedykalizowanie prokreacji i wysoki stopień zawodności metod sztucznego rozrodu trzyma społeczeństwo w założonych więzach biotechnologii. Człowiek, zarówno ten poczynany, jak i samo małżeństwo zostają odarci z godności, ale to nie stanowi problemu dla inżynierii społecznej traktującej ludzi w kategoriach weterynarii. Przy podaniu zarodka kobiecie przez technika może być obecny „partner” klientki – reklamuje swoją ludzką twarz jedna z „klinik” in vitro. Szydercza parodia małżeństwa!

Wyświechtane slogany

To oczywiście jeden aspekt in vitro. Programowanie cech fenotypowych (jak np. płeć, kolor włosów, inteligencja, wzrost, a nawet przenoszenie chorób – na perwersyjne życzenie rodziców, jak w znanym przypadku z głuchotą), surogactwo (macierzyństwo zastępcze), dawstwo komórek rozrodczych i tworzenie dzieci na zamówienie, czyli współczesne niewolnictwo, selekcja eugeniczna, śmierć lub zamrażanie setek tysięcy embrionów stanowią kolejne ciemne strony manipulacji in vitro stwarzającej zło nie do naprawienia.

Standardy postępowania światowego przemysłu rozrodowego przejmują ośrodki in vitro w Polsce. Pod frazesami o „radości z własnego potomstwa” (oby jeszcze ono było własne w przypadku zapłodnienia z udziałem obcych komórek rozrodczych!) i „trosce o trendy demograficzne” kryją chęć zysku zdobytego poprzez gwałcenie prawa naturalnego. Konsekwencje zdrowotne tej manipulacji mogą być straszne. Stąd bierze się obecna zmowa milczenia odnośnie do faktu, że chore dziecko z wrodzonymi wadami rozwojowymi, którego zabicia odmówił prof. Bogdan Chazan, poczęło się z zapłodnienia in vitro.

Oprócz wiedzy na temat zwiększonego ryzyka wad wrodzonych czy potencjalne klientki znają również statystyki, jak wygląda skuteczność proponowanych zabiegów? Nie jest tak, że każdej uda się nawet za trzecim podejściem. Desperacja może utrudniać obiektywny osąd. Zarabianie na łudzeniu pacjentek uderza w zasady deontologii, a odpowiedzialność za proponowanie nieetycznych zabiegów spada na lekarza.

W wielu przypadkach (poza np. endometriozą) niepłodność to konsekwencja powikłań chorób przenoszonych drogą płciową, stosowania hormonalnych środków antykoncepcyjnych (lekarze ponoszą tu również winę, nie odmawiając ich przepisywania), wkładek/spiral wczesnoporonnych (na marginesie, świadomość, że to główny czynnik ryzyka promienicy miedniczno-brzusznej, jest bardzo niska).

Nieposłuszeństwo wobec Boga ma swoją cenę dla wszystkich, bez względu na czyjąś wiarę lub niewiarę. Żyjemy na tym samym świecie.

 

Dr hab. dr n. med. Andrzej Lewandowicz

Autor jest lekarzem specjalistą chorób wewnętrznych i doktorem habilitowanym nauk chemicznych.

Nasz Dziennik