logo
logo

Zdjęcie: Bundesarchiv/ -

Niech Sowieci wreszcie uderzą

Środa, 17 września 2014 (02:16)

Kto i kiedy wywołał II wojnę światową? Wiadomo: Hitler, 1 września 1939 roku. A przecież kataklizm ten rozpętały dwie potęgi – Niemcy i Sowieci. Czy w podręcznikach nie powinno być jasno napisane, że rozpoczął się on od najazdu III Rzeszy i ZSRS na Polskę 1 i 17 września 1939 roku? Sowiecka dyplomacja zręcznie wykorzystała w 1939 roku niemiecką napaść na II Rzeczpospolitą, a Stalin opóźniał swoją inwazję tak długo, jak było to możliwe bez szkody dla ZSRS. A wszystko po to, by wystąpić – w przeciwieństwie do niemieckiego „agresora” – jako „wyzwoliciel”.

Zabieg się powiódł, czego dowodem niech będzie fakt, że ani na Zachodzie, ani nawet w Polsce nie obchodzi się oficjalnie rocznicy sowieckiej inwazji. Nikt na świecie nawet tej daty nie zna. Dobrze, jeżeli ktoś w ogóle słyszał o niemieckim uderzeniu na Polskę 1 września 1939 roku.

Jak za carycy Katarzyny

„Rozpad państwa polskiego” – tym argumentem posłużyły się już w XVIII wieku mocarstwa ościenne, pozbawiając I Rzeczpospolitą suwerenności. Podobnie było w 1939 roku. Polska zawsze przeszkadzała obu potęgom w ekspansji terytorialnej, musiały ją więc unicestwić rozbiorami, a później, w 1939 roku, wymazać ją z mapy, wchodząc ze sobą znów w tymczasowy sojusz.

15 września 1939 roku Niemcy zaproponowały Sowietom wydanie wspólnego komunikatu, z którego wyłaniać miał się przerażający obraz Polski – pustki administracyjnej i ekonomicznej rozwierającej się w miejscu „byłej” Rzeczypospolitej. „Wobec widocznego upadku Polski w dotychczasowym kształcie narodowościowym rząd Rzeszy i rząd ZSRS uważają za konieczne, aby położyć kres niedającym się utrzymać dotychczasowym stosunkom politycznym i gospodarczym na tych terenach. Uznają one za swoje wspólne zadanie przywrócenie porządku i spokoju w ich naturalnych strefach interesów i doprowadzenie tam do nowej regulacji [stosunków], mając na względzie ustalenie naturalnych granic i zdolnych do życia tworów gospodarczych” – tak brzmiał niemiecki projekt oświadczenia. Sowieci go odrzucili, chcąc uniknąć zarzutu o współdziałanie z hitlerowskim najeźdźcą. Udało im się dzięki skutecznej propagandzie uprawianej przez 75 lat przekonać świat, że II wojnę światową wywołał Hitler.

Ci, którym dane jeszcze było uczyć się historii Polski, usłyszą w słowach niedoszłego komunikatu echo dokumentu wydanego ponad półtora wieku wcześniej, gdy imperatorowa Katarzyna i pruski władca Fryderyk Hohenzollern uznali we wrześniu 1772 roku, że „wszystko zostało zniszczone, prawo, porządek, handel, a nawet rolnictwo”, i że nie mogą „zwlekać dłużej w zajęciu zdecydowanego stanowiska w tych krytycznych okolicznościach”. Ustalili zatem, że „należy działać niezwłocznie, by doprowadzić do pokoju i porządku w Polsce”, by zapobiec „ruinie i rozkładowi tego państwa”. Oba mocarstwa zgłosiły – jak w 1939 roku – „poważne pretensje do niektórych posiadłości Rzeczypospolitej, których nie mogą zaniedbać i zdać na los wydarzeń. Uzgodniły więc i postanowiły między sobą, by ujawnić ich zadawnione pretensje i ich słuszne prawa do tych części Rzeczypospolitej, które każdy z nich gotów jest udowodnić”.

Ramię w ramię

Do dziś nie wiadomo, czy w 1939 roku istniał dokument regulujący militarne współdziałanie Hitlera ze Stalinem. W tajnym protokole z 23 sierpnia nie wymieniono daty dziennej sowieckiej napaści, pozostajemy więc w sferze domysłów i wysnuwamy wnioski z faktów oraz ich kontekstu.

Pewne ślady wskazujące na to, że dokonano ustaleń natury wojskowej, mówią same za siebie. Już 1 września 1939 roku szef sztabu Luftwaffe poprosił ludowego komisarza telegrafów i telefonów o udostępnienie do nawigacji lotniczej rozgłośni radiowej w Mińsku. Zależało mu na tym, by w eter często wysyłane były słowa „Mińsk” oraz – w wolnych chwilach – ciągły sygnał z wplecionym hasłem „Richard Wilhelm 1.0”. Sowieci zgodzili się tego samego dnia na pierwszy postulat, co do drugiego mieli wątpliwości. Wiemy zatem, że niemieckie siły zbrojne zgłaszały tego rodzaju oczekiwania, że czuły się uprawnione do stawiania swoich żądań. A czyniły to przecież nie za sprawą samodzielnej decyzji szefa Luftwaffe. „Nie można wykluczyć, że wśród dokumentów jeszcze nieujawnionych są i takie, które stanowiły podstawę współdziałania w sferze czysto wojskowej” – pisał Jerzy Łojek (pod pseudonimem Leopold Jerzewski) w książce „Agresja 17 września 1939 roku” z 1990 roku. Nie ma większego znaczenia fakt, że Łojek opinię tę wyraził wiele lat temu, bowiem od tamtej pory stan wiedzy w tej kwestii się nie zmienił. Podobne wnioski wysnuwa Andrzej Knorowski: „Na podstawie faktów można postawić tezę, że taki dokument – o charakterze bardzo ogólnym – został sporządzony i podpisany przez obie strony” – pisze w pracy „Paragrafy niezgody” z 2002 roku.

Stalin każe Hitlerowi czekać

Uderzywszy na Polskę, Niemcy nie mogli doczekać się we wrześniu 1939 roku wkroczenia sojuszniczej Armii Czerwonej od wschodu. Stalin, ponaglany nieustannie przez ministra spraw zagranicznych III Rzeszy Joachima Ribbentropa za pośrednictwem ambasadora w Moskwie Friedricha-Wernera von Schulenburga, odwlekał inwazję na Polskę, wynajdując wciąż nowe wymówki przed wypełnieniem zobowiązań podjętych w tajnym protokole do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Ale rząd Niemiec był uparty i coraz bardziej niespokojny.

Napięcie rosło, monity Berlina stawały się coraz bardziej naglące. Niemcy chcieli za wszelką cenę mieć wspólnika, który zdjąłby z nich odium winy za napaść, a jego udział pozwoliłby przedstawić ich agresję jako „ratowanie ludności”.

Osobami dramatu były z jednej strony minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop i jego ambasador w Moskwie Friedrich-Werner von Schulenburg, a z drugiej – ludowy komisarz spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow.

Już 3 września Ribbentrop zleca Schulenburgowi, by ten natychmiast dowiedział się od Mołotowa, „kiedy Związek Sowiecki uzna za konieczne, żeby rosyjskie siły zbrojne zostały użyte do działań przeciwko polskim siłom zbrojnym w rosyjskiej strefie interesów w celu wejścia w posiadanie tego terytorium”. „Dla nas byłoby to nie tylko odciążenie, lecz także działanie w duchu moskiewskich porozumień leżące w sowieckim interesie” – każe podkreślić w rozmowach.

„Zbytni pośpiech może zaszkodzić sprawie”

Ponieważ Mołotow odpowiada 9 września, że „moment ten jeszcze nie nadszedł”, i podkreśla: „Wydaje się nam, że zbytni pośpiech może zaszkodzić sprawie i przyczynić się do zjednoczenia przeciwników”, Niemcy przypuszczają szturm dyplomatyczny na Moskwę. „Musimy i będziemy bić armię polską tam, gdzie ją spotkamy – pisze Ribbentrop tego samego dnia do swego ambasadora w Moskwie – Operacje wojskowe czynią szybsze postępy, niż oczekiwaliśmy. Armia polska – według wszelkich oznak – znajduje się w stanie rozkładu. Ze względu na te okoliczności zalecam pośpiech w podjęciu przez Pana ponownie rozmów z Mołotowem o wojskowych zamierzeniach rządu sowieckiego. Możliwe, że wezwanie sowieckiego attaché wojskowego do Moskwy wskazuje na to, że przygotowuje się tam decyzje. Dlatego proszę, aby Pan […] zagadnął Mołotowa na ten temat i o wynikach rozmowy powiadomił telefonicznie”.

Mowa tu o wezwaniu 7 września do Moskwy generała lejtnanta Maksima Purkajewa, który pojawił się w Berlinie już 2 września rano. Przybył tam przez Szwecję wraz z całą misją wojskową, a fakt ten przemawia za hipotezą, że jakieś ustalenia dotyczące współpracy wojskowej w rozbiorze Polski poczyniono – wszak misje wojskowe nie przybywają ni stąd, ni zowąd, bez wcześniejszych uzgodnień. O samym Purkajewie pisał ambasador von Schulenburg do MSZ w Berlinie 4 września: „W kwestii kompetencji oficerów sowieckich przybyłych do Berlina Mołotow oświadczył, że attaché wojskowy Purkajew jest człowiekiem znaczącym i bardzo doświadczonym pod względem wojskowym. Został on […] wprowadzony w ogólne zagadnienia dotyczące ustaleń niemiecko-sowieckich”. Schulenburg zaznacza przy tym, że Mołotow prosi, aby „wszystkie ważniejsze sprawy – podobnie jak dotąd – załatwiać tylko z nim”.

Uwaga ta, świadcząca, że delikatne kwestie pozostawiano do rozstrzygnięcia na najwyższym szczeblu, może stanowić jeszcze jedną przesłankę wyjaśniającą brak dokumentów, które – jeżeli powstawały na poziomie przywódców obu państw lub szefów MSZ – mogą znajdować się w Moskwie pod kluczem. Rosjanie nie chwalą się swoją współpracą z Hitlerem, zgodnie z obowiązującą wciąż wykładnią Stalina, że II wojna światowa to „wielikaja otieczestwiennaja wojna”, rozpoczęta uderzeniem Rzeszy na Sowiety w 1941 roku.

„My tylko pomagamy”

Owego gorącego 9 września niemiecki ambasador przekazuje do Berlina dobre wieści: Mołotow oświadczył mu o godz. 15.00, że „sowieckie działania wojskowe rozpoczną się jeszcze w tych dniach”. Wreszcie późnym wieczorem donosi Ribbentropowi: „Na podstawie danych [pochodzących z kręgów] Armii Czerwonej mnożą się zewnętrzne oznaki, wskazujące jednoznacznie, że zanosi się na sowieckie wystąpienie militarne; powoływanie dużej liczby rezerwistów do 45 lat, szczególnie z wykształceniem technicznym i lekarzy, nagłe zniknięcie środków żywności pierwszej potrzeby, przygotowywanie budynków szkolnych na szpitale, ograniczenie wydawania benzyny i inne”.

Mija niecała doba i oto 10 września Schulenburg słyszy od samego Mołotowa, że „rząd sowiecki został całkowicie zaskoczony nieoczekiwanie szybkimi niemieckimi sukcesami wojskowymi. […] Armia Czerwona na podstawie naszych pierwszych komunikatów liczyła na jeszcze kilka tygodni, które teraz skurczyły się do niewielu dni. Sowieccy wojskowi znaleźli się w związku z tym w ciężkim położeniu, ponieważ w tutejszych warunkach potrzebowaliby jeszcze około 2-3 tygodni”. „Nacisnąłem Mołotowa – donosi swojemu szefowi – aby […] określił, w jakim stopniu rozstrzygnięta będzie szybkość działania Armii Czerwonej”.

I w tym momencie Sowieci ujawniają swoje intencje: „Mołotow oznajmił, że rząd sowiecki zamierzał dalsze posuwanie się wojsk niemieckich przyjąć jako powód do oświadczenia, że Polska rozpadła się, w następstwie czego Związek Sowiecki zmuszony został przyjść z pomocą Ukraińcom i Białorusinom ’zagrożonym przez Niemców’. Te argumenty pozwolą uzasadnić interwencję Związku Sowieckiego, jednocześnie umożliwią uniknięcie zarzutu, że Związek Sowiecki występuje jako agresor”.

Takie postawienie sprawy uraziło Niemców – sojusznik najwyraźniej zamierza odżegnać się od niemieckiej operacji militarnej, a to uniemożliwi Berlinowi prowadzenie kłamliwej propagandy, według której Polskę należało podzielić – propagandy wykorzystującej argumenty te same co podczas I rozbioru Polski.

„Najpierw zajmijcie Warszawę”

W kolejnych dniach wydarzenia nabierają tempa. 13 września Ribbentrop nakazuje swojemu ambasadorowi, by powiadomił stronę sowiecką, że „gdy tylko ustali się dokładny wynik zbliżającej się teraz do swego kresu wielkiej bitwy o Polskę, będziemy w stanie udzielić Armii Czerwonej informacji, o którą prosiła, dotyczącą licznych jednostek armii polskiej”.

Pobrzmiewa w tej obietnicy szantaż: „Powiemy wam, co wiemy, jeżeli wreszcie uderzycie”. Sowieci rozumieją ten język – następnego dnia Schulenburg otrzymuje odpowiedź od Mołotowa: „Gotowość Armii Czerwonej została osiągnięta wcześniej, niż oczekiwano. Dlatego akcja sowiecka może nastąpić wcześniej, niż przyjmował podczas ostatniego spotkania [10 sierpnia]”. Zarazem jednak pojawia się powtórnie sygnał o zamiarach zdystansowania się ZSRS od Niemców: „Dla politycznej podbudowy sowieckiego wkroczenia najwyższą wartość miałoby wejście do akcji dopiero wtedy, gdyby stolica Polski – Warszawa – padła”. Dlatego Mołotow prosi, aby „w najbliższym terminie zakomunikować, kiedy można liczyć na zajęcie Warszawy”.

15 września strona niemiecka znów naciska na Mołotowa, by wyznaczył „dzień i godzinę, kiedy jego wojska podejmą ofensywę”. Ale Ribbentrop wciąż upiera się przy wspólnym komunikacie, podkreślającym równoległe działanie obu stron. I uzasadnia, że treść komunikatu planowanego przez Sowiety „byłaby niezgodna z wzajemnie wyrażonym życzeniem ustalenia przyjacielskich stosunków między oboma państwami, które przed światem wystąpiłyby jako przeciwnicy”.

Gdy następnego dnia Schulenburg informuje Ribbentropa, że „wojskowa interwencja Związku Sowieckiego nastąpi lada dzień, może nawet jutro lub pojutrze”, musi dołożyć łyżkę dziegciu: „Mołotow dodał, że wspólny komunikat nie będzie konieczny. Rząd sowiecki zamierza swoje wkroczenie uzasadnić następująco: Państwo polskie rozpadło się i przestało istnieć […]. Wszelkie zawarte z Polską układy są nieważne […]. Związek Sowiecki poczuwa się do obowiązku, aby wkroczyć w imię ochrony swych ukraińskich i białoruskich braci oraz zapewnić tej nieszczęsnej ludności możliwość spokojnej pracy. Mołotow prosił […] aby ze względu na ciężkie położenie rządu sowieckiego […] nie czynić przeszkód. Związek Sowiecki nie widzi, niestety, innego pretekstu, ponieważ dotychczas Związek Sowiecki nie troszczył się o położenie swoich mniejszości w Polsce i musi w jakiś sposób usprawiedliwić wobec zagranicy swoją interwencję”.

Sowiecka wersja historii wygrywa

I wreszcie nadchodzi 17 września, a Schulenburg słyszy o godzinie 2.00 w nocy od Stalina, że „Armia Czerwona dziś rano o godzinie 6.00 przekroczy granicę sowiecką na całej długości od Połocka do Kamieńca Podolskiego”.

Uzgodniony wreszcie wspólny komunikat, opublikowany 18 września, nie zdołał zatrzeć wymowy sowieckiego, opublikowanego 17 września – chociaż w tym wspólnym była mowa i o tym, że „działania wojsk nie zakładają jakiegokolwiek celu sprzecznego z interesami Niemiec czy Związku Sowieckiego”, i o tym, że „zadanie tych wojsk polega na tym, aby przywrócić w Polsce porządek i pokój, naruszone przez rozpad państwa polskiego i pomóc ludności Polski w przebudowie warunków jej bytu państwowego”.

Moskiewska machina propagandowa pracowała dalej na pełnych obrotach, ziemie zajęte na mocy „wolnych wyborów” zostały włączone do ZSRS – a świat ogłuchł. I słuchu do dzisiaj nie odzyskał.

Dość wspomnieć „misję pokojową” Federacji Rosyjskiej, która właśnie „zaprowadza porządek” na wschodniej Ukrainie przy żałosnych i bezradnych protestach mocarstw oraz milczącej zgodzie Niemiec. Chociaż Berlin doskonale rozumie, co oznaczają zapewnienia Rosjan, że na zajętym przez nich terytorium „nikt nie zostanie rozstrzelany bezpodstawnie”…

Anna Zechenter, IPN Kraków

Aktualizacja 17 września 2014 (14:01)

Nasz Dziennik