logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Ewa Sądej/ Nasz Dziennik

To racjonalny krok

Czwartek, 28 stycznia 2016 (04:10)

Z Markiem Lewandowskim, rzecznikiem prasowym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy zdaniem NSZZ „Solidarność” progresywna stawka podatkowa od obrotów hipermarketów proponowana przez rząd Prawa i Sprawiedliwości to dobry pomysł?

– Tu mamy problem, bowiem zazwyczaj nasi eksperci zajmują się analizą i oceną już gotowych, konkretnych rozwiązań, tu natomiast mamy do czynienia z projektem. Zresztą sprawa jest wciąż świeża i trudno ocenić ten projekt merytorycznie, a jeśli już, to bardziej na wyczucie. Wydaje się, że jest to racjonalne rozwiązanie, bo dotychczas mieliśmy do czynienia – z jednej strony – z bardzo uprzywilejowaną pozycją dużych sieci handlowych szczególnie zagranicznych, które były preferowane na polskim rynku, a z drugiej strony z całym segmentem drobnego handlu. Ten rodzimy handel, do którego się przyzwyczailiśmy i bez którego trudno sobie wyobrazić normalne funkcjonowanie, jest niestety dyskryminowany przez duże sieci, które narzucają ceny, mają większą siłę przebicia u dostawców, które mówiąc wprost, zdominowały polski rynek i stanowią – co tu dużo mówić – nieuczciwą konkurencję dla drobniejszych punktów handlowych. W tej sytuacji progresywna stawka podatkowa z jednej strony wydaje się wyrównywać szanse, a z drugiej strony spełnia funkcję ochronną dla drobnego rodzimego handlu, bez którego nie da się normalnie funkcjonować. Na pierwszy rzut oka ta propozycja wydaje się racjonalnym rozwiązaniem, ale tak jak wspomniałem – dopóki nasi eksperci nie pochylą się nad tym projektem – nasza ocena nie jest pełna i ostateczna.    

To fakt, że póki co opieramy się na komunikacie resortu finansów i z pewnością warto poczekać na projekt ustawy, ale tak czy inaczej – na ile realne jest to, że hipermarkety przerzucą ciężar opodatkowania na dostawców i konsumentów?

– Proszę zwrócić uwagę, że te wielkie sieci handlowe już to robią. Przede wszystkim wyprowadzając swoje dochody zagranicę. Np. palety nie kupują u nas w Polsce za powiedzmy ok. 70 złotych, ale kupują je zagranicą od zaprzyjaźnionych firm za ok. 70 euro. Tym samym pieniądze, które mogłyby zostać w Polsce, poprzez takie zakupy są transferowane, wyprowadzane zagranicę. To jeden ze sposobów wyprowadzania przez te sieci handlowe swoich zysków, nie płacąc podatku. I co ciekawe, nie łamią w ten sposób prawa, bo nikt im tego zakazać nie może, skoro prawo na to pozwala. Dotykamy tu kwestii mądrości aparatu państwowego, który powinien takie sytuacje przewidywać i odpowiednio się przed tego typu działaniami zabezpieczać. Krok w kierunku opodatkowania, gdzie punktem odniesienia będą obroty, wydaje się racjonalny.

Czy nie obawia się Pan, że sieci handlowe znajdą furtkę, żeby obejść restrykcyjne dla nich przepisy podatkowe?

– Czy sieci handlowe nie znajdą innego sposobu na omijanie tego podatku, tego nie wiem, wiem natomiast, że sytuacja, z którą mieliśmy dotychczas do czynienia, była niedopuszczalna. Tak naprawdę mieliśmy sytuację, która de facto szkodziła zdrowej konkurencji i racjonalnej gospodarce i to wymagało zmiany i uporządkowania.

A jeśli chodzi o przerzucenie kosztów na klientów…?

– Konkurencja na rynku jest ogromna, również wartość handlu jest w miarę policzalna, gospodarka się rozkręca, pensje Polaków rosną, również bezrobocie spada. To wszystko sprawia, że z jednej strony mamy rynek pracownika i klienta, a z drugiej ogromną konkurencję na rynku. W tej sytuacji nie widzę zagrożenia, a Polacy, mając wybór, będą kupować tam, gdzie jest taniej. Hipermarkety czy sklepy wielkopowierzchniowe będą musiały konkurować, walczyć o klienta i z tej perspektywy jest to dobra sytuacja.

Jak „Solidarność” ocenia pomysł, aby w soboty i niedziele sieci hipermarketów płaciły wyższe stawki podatkowe sięgające 1,9 proc.?  

– Zapis o wyższym opodatkowaniu handlu w weekendy to niejako odpowiedź na postulat NSZZ „S”, który niezmiennie od lat domaga się zakazu handlu w niedziele i święta – przynajmniej tam, gdzie nie jest to konieczne. Do tej pory, za poprzedniej koalicji PO – PSL i obowiązującej wówczas arytmetyce sejmowej nie mogliśmy nawet marzyć o tym, żeby być wysłuchani, a nawet żeby podjąć z ówczesnym rządem racjonalne rozmowy. Teraz taka możliwość zaczyna się otwierać i według mnie nie ma znaczenia czy ustawodawca wprowadzi administracyjny zakaz handlu w niedziele i święta czy też na tyle utrudni czy spowoduje, że będzie on nieopłacalny i przedsiębiorcy sami będą od tego odchodzić. Ważny jest skutek. Propozycja brzmi zachęcająco, zobaczymy, jaki kształt ostatecznie przybierze. Uważam, że przy obecnej dobrej koniunkturze jest odpowiedni czas, żeby tego typu zmiany wprowadzać i nawet jeśli pojawią się jakieś perturbacje, to będą one jedynie stanem przejściowym, a rynek sobie poradzi i sam to ureguluje.

Co ten podatek może oznaczać dla pracowników sieci hipermarketów?

– Wygląda na to, że również pracownicy będą mieli większe możliwości skutecznej obrony przed przerzucaniem kosztów podniesienia podatków hipermarketom, a więc przed obniżaniem zarobków czy wręcz przed zwolnieniami, którymi już straszy branża handlowa. Powtórzę jeszcze raz: to dobry czas na tego typu zmiany i przed nami – myślę – na tyle długa perspektywa lepszej koniunktury, że te przeobrażenia mają szanse się utrwalić i już na stałe zagościć w naszej gospodarce.

Pracodawcy już grożą, że będą musieli zwolnić część pracowników. Czy nie jest to trochę naciągane, przecież zamknięcie hipermarketów w niedzielę wiąże się z oszczędnościami np. w kosztach utrzymania oświetlenia, ogrzewania, klimatyzacji itp., a obroty niekoniecznie muszą być mniejsze, bo to, co klient ma kupić w niedzielę, równie dobrze kupi w tygodniu?

– Pracodawcy niemal do perfekcji opanowali szantaż, że jeśli cokolwiek się zmieni na ich niekorzyść, to grozi to katastrofą. Przypomnę, że te same głosy były już wcześniej, kiedy ustanawiano dzień wolny w uroczystość Trzech Króli. Kolejny dzień wolny miał spowodować ogromne straty w gospodarce, co miało skutkować zwolnieniami. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Podobne larum pojawiło się ze strony pracodawców w kontekście płacy minimalnej, że jeśli będzie rosła zbyt szybko, to grozi to katastrofą, zwolnieniami szczególnie tych, których te płace minimalne dotyczą. Również tu nic takiego się nie stało, a wręcz przeciwnie. Warto też spojrzeć na doświadczenia węgierskie, gdzie wprowadzono podobny zakaz handlu w dni świąteczne. Okazuje się, że obroty w handlu wzrosły na Węgrzech o 16 proc. To wszystko pokazuje, że argumenty, obawy i straszenie trafiają jak kulą w płot. Wreszcie to, o czym Pan wspomniał, a mianowicie my jako gospodarstwa rodzinne mamy określone dochody i pieniądze do wydania, musimy zakupić określoną ilość dóbr, ale nie jesteśmy jeszcze zbyt majętni, dlatego większość pieniędzy, które posiadamy, przeznaczamy na koszty utrzymania: czynsz, media i przede wszystkim żywność. Nie ma zatem zagrożenia, że jeśli sklepy nie będą czynne w niedziele, to tych pieniędzy nie wydamy. Powielanie takich argumentów przez sieci handlowe czy środowiska, które im sprzyjają, jest po prostu bzdurne. Owszem w okresie przejściowym my, klienci, będziemy się musieli przeorganizować, wyrobić w sobie pewne nawyki, dotyczy to także handlu. Zmniejszenie dni handlowych nie wpłynie negatywnie na zyski handlowców.

Takie zakazy obowiązują w wielu krajach i jakoś nikt się nie rozrywa szat…

– Owszem, w całej starej Unii Europejskiej i w połowie nowych członków Wspólnoty takie zakazy obowiązują i tam się w niedziele nie handluje. Dotyczy to m.in. takich państw jak Niemcy, Francja, Włochy czy Szwajcaria i czy gospodarki tych krajów mają się źle…?

No tak, tylko że już pojawiają się głosy obrońców „uciśnionych”, że ta progresywna stawka opodatkowania – zwłaszcza ta wyższa – uderzy w zagraniczne sieci hipermarketów i jak twierdzi Nowoczesna.pl, może to stanowić naruszenie prawa unijnego i może budzić wątpliwości Komisji Europejskiej…

– Różnica między NSZZ „S” a tzw. Nowoczesną.pl, bo nowoczesne to ugrupowanie jest tylko z nazwy, polega na tym, że my w sposób bardzo powściągliwy oceniamy te propozycje, których szczegółów jeszcze nie znamy, a ugrupowanie Ryszarda Petru posługuje się daleko idącymi stwierdzeniami, tak jakby znali cały projekt. W tej chwili w Sejmie pojawiła się propozycja nowelizacji ustawy o związkach zawodowych, którą otrzymaliśmy do zaopiniowania. Tam są takie rzeczy, które wskazują jednoznacznie, że politycy Nowoczesnej.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem, co więcej – nie znają materii, którą się zajmują. Ta opinia się za chwilę pojawi, ale fakt, o którym mówię, pokazuje, że mamy do czynienia nie z opiniowaniem rzeczywistości, ale z lobbowaniem na rzecz interesów określonych grup interesów. Politycy Nowoczesnej.pl zachowują się tu jak prawdziwi lobbyści występujący w interesie określonych grup, które mają w Polsce biznes do zrobienia. Biorąc to pod uwagę, na miejscu wyborców czy mediów wyciągałbym z tego wnioski.     

Podsumowując naszą rozmowę, czy nie jest tak, że najpierw nierozważnie pozwoliliśmy rozpanoszyć się zagranicznym sieciom hipermarketów u nas w Polsce, a teraz mamy problem z opanowaniem tej fali, co więcej, z dyktatem samych zainteresowanych, którym grunt zaczyna się walić pod nogami?

 – Jestem zwolennikiem tezy, że każdy funkcjonuje w obrębie warunków, jakie się mu stworzy. Trudno mieć zatem zastrzeżenia do zagranicznych sieci hipermarketów czy w ogóle obcego biznesu, który na preferencyjnych warunkach lokuje swoje firmy w Polsce, skoro takie warunki zostały im stworzone. Problem dotyczy tych, którzy takie warunki stworzyli, a zwłaszcza poprzedniej władzy, która na przestrzeni ośmiu lat sprawowania władzy w Polsce skutecznie zadbała nie o polski kapitał, ale o zagraniczny. Wystarczy tylko wspomnieć przetarg na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii i wybór francuskiego caracala, pendolino czy w ogóle sposób, w jaki rozstrzygano różnego rodzaju przetargi. Doprowadzono naszą gospodarkę do stanu, kiedy w zasadzie nie mamy polskich marek. Nie produkujemy samochodów, tylko montujemy je dla kogoś innego, nie produkujemy elektroniki, tylko wytwarzamy ją dla zachodnich koncernów, nie produkujemy sprzętu AGD i nie jesteśmy największym producentem tego sprzętu w Europie – jak mamił polskie społeczeństwo były wicepremier Janusz Piechociński, ale jesteśmy największą montownią sprzętu AGD. I jeśli właściciele tych firm uznają, że pora przenieść się gdzie indziej, to zostanie po nich tylko biała plama. Przykładem zakłady elektroniczne Sharp w Ostaszewie pod Toruniem, które zwinęły interes i przeniosły się z Polski gdzie indziej. Z takim modelem gospodarki musimy skończyć.

A co w zamian, ponadto nie da się tego zmienić z dnia na dzień?

– To prawda, jest to proces, który należy rozpocząć. Przede wszystkim polska gospodarka musi być bardziej innowacyjna i oparta na własnych markach. Należałoby powrócić do tematu polskich stoczni, które Platforma zlikwidowała, musimy myśleć o polskich markach zbrojeniowych i tu na całe szczęście płyną dobre sygnały. Jeśli natomiast ściągamy do nas czy wspieramy zagraniczny biznes, to musimy robić to tak jak w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy kupowaliśmy sprzęt, to technologia u nas zostawała. Trudno mieć pretensje do takiego czy innego koncernu, że tak postępuje, skoro mu na to pozwalamy. Ale to jest zarzut do poprzedniej władzy i do tych, którzy takie warunki obcym firmom stworzyli i kto wie, czy nie mieli z tego jakiegoś biznesu.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl