logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / Nasz Dziennik

Europa już nie przez pryzmat Niemiec

Poniedziałek, 20 marca 2017 (05:23)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami pierwsze spotkanie kanclerz Angeli Merkel z prezydentem Donaldem Trumpem. Dodajmy: dość chłodne spotkanie. 

– W polityce obrażanie się na innych, co więcej, w dłuższym wymiarze czasowym, nie ma sensu. Uważam, że prezydent Donald Trump podszedł do spotkania z kanclerz Angelą Merkel w sposób biznesowy, mając na względzie interes Stanów Zjednoczonych. Z kolei Niemcy chcą utrzymać status quo dotychczasowych relacji, przede wszystkim jednak chcą otwarcia Stanów Zjednoczonych na współpracę gospodarczą przy jednoczesnym uchylaniu się Niemców od konsekwencji współfinansowania kosztów zapewnienia bezpieczeństwa światowego. I jak się wydaje, w tym obszarze nastąpił największy zgrzyt między Trumpem i Merkel.  

Prezydent Trump stwierdził, że polityka handlowa musi być sprawiedliwa, tym samym odniósł się do zamrożonych obecnie negocjacji w sprawie porozumienia o wspólnej strefie wolnego handlu (TTIP)...

– Amerykańscy analitycy gospodarczy przeprowadzili kalkulację skutków dotychczasowych zapisów umowy o wspólnej strefie wolnego handlu (TTIP) i prawdopodobnie jest ona asymetryczna na korzyść Niemiec. Z jednej strony mamy do czynienia z ogromnym rynkiem amerykańskim, a z drugiej strony mamy rynek europejski, gdzie dominuje protekcjonizm poszczególnych państw w zakresie handlu, w tym w zakresie dostępu do sieci zbytu, które są w rękach czy pod kontrolą kilku największych firm europejskich. Najprawdopodobniej prezydent Trump zorientował się, że nie będzie to korzystne rozwiązanie dla Stanów Zjednoczonych.   

Widać jednak, że kanclerz Merkel nie rezygnuje z TTIP…

– Owszem, nie ustępuje. Proszę zwrócić uwagę, że projekt Unii Europejskiej – w zamierzeniach niemieckich – polegał na poszerzeniu rynku wewnętrznego, głównie Niemiec, które są największym beneficjentem tego pomysłu. Warto też pamiętać, że cała gospodarka Niemiec opiera się na eksporcie, który obejmuje dwie trzecie całej produkcji tego państwa. I w momencie ograniczenia światowego eksportu niemieckie PKB w drastyczny sposób zmalałoby. Dla Niemiec, które coraz bardziej zaczynają dotykać problemy gospodarcze, najważniejsza jest wymiana handlowa, a nie kwestie bezpieczeństwa czy polityczne.    

Czy zatem Amerykę i Niemcy więcej dziś łączy czy dzieli?

– Na ten czas wydaje się, że oba państwa więcej dzieli, niż łączy. Angela Merkel funkcjonuje w polityce europejskiej od lat, co więcej, jest najważniejszym politykiem tego formatu, natomiast Donald Trump jako przedsiębiorca z poziomu gospodarki dopiero wchodzi do wielkiej międzynarodowej polityki. Tak czy inaczej Trump nie uznaje pozycji Merkel, co więcej, nie traktuje jej jako istotnego autorytetu dla siebie. Stany Zjednoczone ze swoim olbrzymim rynkiem, kilkakrotnie większym od rynku niemieckiego, postrzegają Niemcy w sposób biznesowy jako partnera mniejszej wagi. Z kolei Angela Merkel, przyzwyczajona do tego, że to ona rozgrywa czy rozdaje karty w Europie oraz w relacjach między Europą a Stanami Zjednoczonymi, nie bardzo chce się z tym pogodzić. Tymczasem na przekór Angeli Merkel administracja amerykańska po Brexicie widzi inny niż Niemcy podmiot – Wielką Brytanię, z którym będą zawierać bilateralne umowy. Dzisiaj Stany Zjednoczone nie postrzegają już Europy poprzez pryzmat Niemiec, wprost przeciwnie – mają już inny wariant relacji z Europą.    

Amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson po spotkaniu z Siergiejem Ławrowem podczas szczytu G20 stwierdził, że Waszyngton nie wyklucza współpracy z Moskwą na wspólnych obszarach, jednak Moskwa musi najpierw wywiązać się z zobowiązań w sprawie konfliktu na Ukrainie. Jak Pan to ocenia?

– Moim zdaniem, są nieoficjalne porozumienia, o których świat nie wie, między administracją amerykańską a Rosją w sprawie konfliktu na Ukrainie i z całą pewnością nie chodzi tu o Krym, ale o Donbas. Być może retoryka Stanów Zjednoczonych jest związana z tym, że oskarżano Trumpa i jego administrację o bardzo daleko idącą prorosyjskość. Nie można też wykluczyć, że Rosjanie umówili się z Amerykanami, że przyjmą „na klatę” bardzo ostre ataki ze strony administracji amerykańskiej, żeby pokazać, iż nowa administracja amerykańska wcale nie jest taka prorosyjska. Tak czy inaczej jest to tylko gra polityczna na potrzeby amerykańskiej i światowej opinii publicznej, natomiast rozmowy toczą się na innym poziomie i idą perspektywicznie do przodu. Nie można wykluczyć, że Stany Zjednoczone pokazują swoją antyrosyjskość, ale tak naprawdę zabiegają o to, żeby przyciągnąć Rosję na swoją stronę w rywalizacji z Chinami. Tymczasem najprawdopodobniej Rosja będzie możliwie jak najdłużej grała w równym stopniu z Chinami i ze Stanami Zjednoczonymi. Wydaje się, że jest to bardziej zaawansowany etap polityki, który ma dalekosiężne cele. Natomiast przed społeczeństwem – taktycznie – ma zostać pokazany zupełnie inny obraz niż faktyczne istnieje w relacjach rosyjsko-amerykańskich.

Czy to oznacza, że kolejna amerykańska administracja dogaduje się z Moskwą ponad naszymi głowami?    

– Niestety od dłuższego czasu taka sytuacja jest już pewną obowiązującą normą. Trzeba też brać pod uwagę, że Amerykanie rozmawiają tylko z potęgami, co więcej, nie zawiązują sojuszy, które nie byłyby dla nich korzystne. Polityka, czy to amerykańska, chińska, rosyjska – czyli polityka mocarstw – nigdy nie jest polityką charytatywną, nastawioną na bezinteresowną pomoc komukolwiek. To jest tak, jak to było już kiedyś w przypadku Wielkiej Brytanii – polityka interesów. Stany Zjednoczone, angażując się, muszą mieć z tego korzyści. I jeżeli Amerykanie mają jakiś głębszy interes z Rosją, to z całą pewnością się dogadują. Może nie ponad naszymi głowami, ale dogadują się nad głowami kilku państw, w których toczy się konflikt, a te rozmowy dotyczą tego, jak taki konflikt zakończyć, i oczywiście dzielą się strefami wpływów.

Przejdźmy jeszcze na grunt europejski, mianowicie pierwsi żołnierze z 5. batalionu piechoty The Rifles z Wielkiej Brytanii są już w Estonii. Czy to ostudzi zapędy Putina?

– Tak naprawdę mamy do czynienia z teatrem. Związki taktyczne, które przesuwają się bezpośrednio pod rosyjską granicę, nie mają żadnego znaczenia militarnego, a jedynie znaczenie wizerunkowe. Bataliony brytyjskie, które docierają na odległość 20, 30 czy 50 km od granicy z Rosją, są natychmiast namierzone i wystarczy jedna salwa rosyjskich rakiet taktycznych, żeby zmieść je z powierzchni ziemi. Stąd pod względem militarnym ta obecność w postaci sił batalionu czy brygady nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Natomiast jeżeli chcemy mówić poważnie o związkach taktycznych, to musimy je liczyć w tysiącach, w dziesiątkach tysięcy. Proszę zwrócić uwagę na to, że Rosjanie na swoim terytorium mają zorganizowane jednostki w wielkości dywizji, których liczebność należy liczyć w setkach tysięcy. Amerykanie czy Brytyjczycy, żeby wejść do równorzędnej walki, muszą z całego świata ściągnąć swoje jednostki. Przypomnę tylko, że Amerykanie mają rozsianych na całym świecie kilkaset baz, z których w razie potrzeby, żeby móc realnie przystąpić do działań zbrojnych, muszą ściągnąć lotnictwo, wojska pancerne itd. To jest kwestia miesiąca czy nawet dwóch miesięcy, żeby na scenę wojenną ściągnąć siły równoważne rosyjskim, które Moskwa ma na miejscu, pod ręką. Dlatego powtórzę, że siły wielkości batalionu czy brygady jest to bardziej kwestia wizerunkowa, ale nie ma żadnego znaczenia ściśle militarnego.   

Sekretarz Rex Tillerson, goszcząc w Korei Południowej, stwierdził, że „strategiczna cierpliwość” wobec Korei Północnej się wyczerpała. Co to znaczy?

– To oznacza, że najprawdopodobniej Stany Zjednoczone doprowadzą do sytuacji, że w momencie, kiedy Koreańczycy kolejny raz wystrzelą ćwiczebnie rakiety, to zostaną one strącone. Rozpościerając parasol, Amerykanie pokażą Korei Północnej, że ich cierpliwość się skończyła. Oczywiście przeciwko działaniom Stanów Zjednoczonych i powstaniu na terenie Korei Południowej dużych zgrupowań systemów antyrakietowych protestują Chiny. Pekin obawia się, że w drugiej kolejności mogą być one skierowane przeciwko Chinom. Jednak w momencie, kiedy reżim Kim Dzong Una zacznie wystrzeliwać swoje rakiety czy pociski ćwiczebne w pobliżu granic morskich Japonii, to będą one strącane prze Amerykanów. Stany Zjednoczone poprzez swoje bazy morskie, bazy lądowe doprowadzą do tak szczelnego objęcia parasolem antyrakietowym Korei Północnej i to może być problem. I tu – mam na myśli Koreę Północną – wyłania się kolejny obszar interesów między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Sądzę, że tutaj Amerykanie mogą z Rosjanami wiele rzeczy przehandlować na Bliskim Wschodzie czy w Europie w zamian np. za dominację Stanów Zjednoczonych na Półwyspie Koreańskim.   

A co na to Chińczycy…?

– I tutaj wyłania się problem, bowiem dopóki Rosjanie grają razem z Chińczykami, to z całą pewnością nie jest to na rękę Amerykanom. Niewykluczone zatem, że Stany Zjednoczone będą się starały podkupić Rosjan, żeby ci stali się przynajmniej neutralni w całym tym konflikcie.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl