logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Oddając życie, wywalczyli wolność Ojczyzny

Niedziela, 16 lipca 2017 (19:07)

Z dr. Mariuszem Bechtą, historykiem, badaczem podziemia narodowego i antykomunistycznego na Podlasiu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Dzisiaj we Włodawie pożegnaliśmy ppor. Leona Taraszkiewicza. Kogo pożegnaliśmy w osobie „Jastrzębia”?

– Bez wątpienia w osobie Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” pożegnaliśmy jednego z najdzielniejszych dowódców polowych Powstania Antykomunistycznego w Polsce w latach 1944–1953, który po wkroczeniu Armii Czerwonej nie poszedł na współpracę z komunistyczną władzą. Aresztowany uciekł w marcu 1945 r. z transportu na wschód, a następnie nawiązał kontakt, wchodząc do oddziału partyzanckiego Tadeusza Bychawskiego ps. „Sęp”. Po tym jak dowódca w czerwcu 1945 r. zginął w zasadzce, Leon Taraszkiewicz objął dowództwo nad oddziałem. Rozmach działań partyzanckich prowadzonych przez Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” i jego brata Edwarda – „Żelaznego” stawia obu tych bohaterów w panteonie „Wyklętych”. Ars moriendi – sztuka umierania utuliła obu braci krwi na ołtarzu Ojczyzny. Z dzisiejszej perspektywy śmiało można powiedzieć, że to postaci ikoniczne, przywracające – nam, współcześnie żyjącym – nieco przyblakłe cnoty rycerskie, tak cenne zwłaszcza w dobie samobójczego relatywizowania wszystkiego, co w porewolucyjnej Europie jeszcze nie zostało splugawione.   

Dla „Jastrzębia” i jego podkomendnych II wojna światowa nie zakończyła się w 1945 r., ale trwała znacznie dłużej…

Owszem, jedną okupację – niemiecką – zastąpiła druga na nadbużańskim brzegu, na tzw. linii Curzona. Przy czym rewolucja bolszewicka była o wiele groźniejsza od okupacji niemieckiej, skoro tak skutecznie wydrążyła z nas żywotne soki cywilizacji łacińskiej. Jednak zderzyła się ona wiosną 1945 r. z odruchem samoobronny ludzi gotowych się poświęcać za bliźnich w imię utrzymania niezawisłości państwowej Polski. Z determinacją, najdłużej i najliczniej z sowieckim okupantem walczyli żołnierze formacji wywodzących się z przedwojennego Obozu Narodowego. To właśnie oficerowie i szeregowi żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego z oddaniem starali się nie dopuścić do narzucenia Polsce po 1944 r. Pax Sovietica, który uczynił z nas duchowych karłów. Czas powstać z kolan i odrzucić postkolonialną mentalność…, to motto przyświecało bohaterom naszej – polskiej wolności. I pomimo iż militarnie czy politycznie przegrali konfrontację z reżimem komunistycznym na początku lat 50., to ostatecznie – po śmierci – odnieśli symboliczne zwycięstwo.     

Długo trzeba było czekać na przywrócenie dobrego imienia i w ogóle na ekshumację szczątków Leona Taraszkiewicza i godny pochówek. Dlaczego aż tak długo?

Dobrze, że uroczystości pogrzebowe miały religijno-patriotyczny charakter. Jest to też okazja, aby przypomnieć postać Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, zwłaszcza młodemu pokoleniu. Po latach totalitaryzmu komunistycznego, który mordował patriotów, grzebiąc ich w dołach śmierci – tym samym usiłując ich wymazać ze zbiorowej narodowej pamięci, dziś Ojczyzna naprawia winy wobec swoich obywateli. Zgadza się, że trwało to długo, bo ćwierć wieku zajęła nam rekonstrukcja kodu historycznego w III RP. Jedno jest pewne, żarna totalitaryzmów niemieckiego i sowieckiego przetrzebiły nam autentyczne elity kulturalne, społeczne itp. Zapał garstki entuzjastów podziemia zbrojnego w latach 90. ubiegłego stulecia uruchomił spontaniczny proces poszukiwania źródeł naszej wolności.

W swojej książce „Pogrom czy odwet? Akcja zbrojna Zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« w Parczewie 5 lutego 1946 r.” opisuje Pan odbicie Parczewa z rąk komunistów, tym samym przywraca dobre imię Leonowi Taraszkiewiczowi i jego podkomendnym oskarżanym o atak skierowany przeciw ludności żydowskiej. Ale tak nie było…?

Wydana w 2014 r. moja monografia o Leonie Taraszkiewiczu „Jastrzębiu” i jego podkomendnych była próbą – zdaje się, że uwieńczoną jednostkowym sukcesem – sprowadzenia gorącego sporu o „antysemityzm” podziemia powojennego z poziomu pomówień na poziom faktów. Na plan pierwszy wysunąłem źródła archiwalne, które umożliwiają zrozumieć istotę (owe drugie dno) „pogromu” na lojalistach reżimu komunistycznego, w tym również pochodzenia żydowskiego, zamiast brnięcia w ideologiczny (polityczno-poprawnościowy) gorset admiratorów postmodernistycznych egzorcyzmów Jana Tomasza Grossa ze Stanów Zjednoczonych. Dziś wiemy, że 5 lutego 1946 r. oddział Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość przeprowadził  w kilkutysięcznym miasteczku Parczew brawurową – poprzedzoną wywiadem i działaniami rozpoznawczymi – akcję wymierzoną w syndykat zbrodni złożony z funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa i paramilitarną straż żydowską terroryzujących ten zakątek podlaskiej prowincji. Intencje polskich partyzantów nie sprowadzały się – jak starano się im to imputować – do chęci zaboru mienia bezbronnych sąsiadów. Natomiast jej główny cel był polityczny i zrealizowany metodami wojskowymi…

Nie byłoby możliwe pochowanie „Jastrzębia” z honorami, gdyby nie działalność IPN-u, który spotyka się z krytyką ze strony tzw. totalnej opozycji…

Zgodnie z intencjami ustawodawcy, Instytut jest konsekwentnie lodołamaczem skamielin niepamięci wśród rodaków osaczanych i poddawanych presji przez wpływowy segment mediów elektronicznych i ich zaplecza ideologicznego. To ogromna odpowiedzialność spoczywająca na instytucji często wciąganej w wir cyklonu bieżących sporów politycznych zatomizowanego społeczeństwa. Jednak negatywne emocje nie przesłaniają – jak mniemam – unoszenia się IPN ponad tymi emocjami, skoro naszą misją jest przechowywać – bez uszczerbku – imponderabilia, a więc tego, co nieuchwytne dla tych wszystkich, którzy przyjdą po nas.

„Żołnierze Wyklęci” – bohaterowie polskiej wolności – wracają do łask. To dobry wzór dla polskiej młodzieży, ale czy nie jest to tylko moda?

Pozytywne wzorce bohaterskie postawy uczą bardziej i docierają głębiej do ludzkiej świadomości niż uczone książki. Dobrze, że z grobów niepamięci wydobywani są kolejni bohaterowie polskiej wolności, którzy mimo przeciwności i represji nie dali się złamać, pozostając do końca wierni Ojczyźnie. O ile ten społeczny fenomen nie przekroczy granicy dobrego smaku i nie przyjmie postaci jarmarcznej budy z kiczowatymi gadżetami, to można z optymizmem patrzeć w przyszłość. Cnota heroizmu to szansa na podniesienie się z kolan polskiego społeczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl