logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Potrzeba sprawnego dowodzenia siłami Sojuszu

Niedziela, 12 listopada 2017 (20:07)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jakie są szanse na to, że jedno z centrów dowództw operacyjnych NATO zostanie zlokalizowane na terenie Polski?

– Żeby tak się stało, to wcześniej muszą na to wyrazić zgodę wszystkie państwa członkowskie, a więc także Niemcy, które dbają bardzo o to, aby nie irytować Moskwy, a umieszczenie dowództwa operacyjnego NATO w Polsce bez wątpienia Rosję zdenerwuje. W Sojuszu Północnoatlantyckim obowiązuje zasada podejmowania decyzji w tzw. konsensusie, co oznacza, że sprzeciw jednego państwa przesądza i sprawia, że danej decyzji nie można podjąć. W NATO, zwykle zanim zapadnie jakaś decyzja, przeprowadzane są różne konsultacje i uzgodnienia stanowisk tak, aby konsensus był możliwy. Z czasów, gdy uczestniczyłem w posiedzeniach różnych gremiów natowskich, wiem, że Amerykanie są mistrzami w załatwianiu takich spraw. W tej sytuacji musiałoby bardzo zależeć Stanom Zjednoczonym, aby wspomniane dowództwo operacyjne NATO pojawiło się nad Wisłą. Jeśli więc Amerykanie będą bardzo chcieli, to dowództwo natowskie będzie w Polsce.

Co brane jest pod uwagę przy podejmowaniu tego typu decyzji?

– Teoretycznie powinny decydować względy natury operacyjnej, w tym przypadku potrzeby sprawnego dowodzenia siłami NATO w rejonie tak zwanej flanki wschodniej. Jednak nie tylko takie względy będą brane pod uwagę, ważne też będą punkty widzenia na tę kwestię poszczególnych państw należących do Sojuszu. 

Obecność takiego dowództwa operacyjnego co znaczyłoby dla Polski?

– Dla nas oznaczałoby to bardzo wiele. Będzie to dowód, że NATO rzeczywiście podejmie się obrony naszego terytorium. Ważna też będzie ewentualna lokalizacja takiego dowództwa. Pamiętajmy, że ciągle pojawiają się wątpliwości, gdzie w Polsce znajdować się będzie linia natowskiej obrony: na Bugu, na Wiśle czy może dopiero na Odrze. Na przykład dyslokacja naszych dywizji sugeruje, że będziemy bronić się na Odrze.

Trzeba było agresji Rosji na Ukrainę, żeby NATO zaczęło wracać do budowy na nowo dawnych struktur dowodzenia rozmontowanych w latach 90. ubiegłego stulecia, w okresie zimnej wojny?

– Bez wątpienia agresywna i ofensywna polityka Rosji, w tym zwłaszcza użycie przez Kreml wojska, skłoniło Sojusz Północnoatlantycki do podjęcia tych działań. Nie można jednak powiedzieć, że stało się to szybko, bowiem wojna Rosji z Gruzją miała miejsce w sierpniu 2008 roku, a szczyt NATO w Warszawie i podjęte tam decyzje to lipiec 2016 roku. Osiem lat to nieco za długi czas reakcji jak na sojusz wojskowy.  

Zmieniające się NATO będzie w stanie odeprzeć czy też przeciwstawić się ewentualnym agresywnym zachowaniom ze strony Rosji?

– Tego nie wiemy. Potrzebne są przecież nie tylko rakiety, samoloty, czołgi, okręty, czym NATO dysponuje w wystarczających ilościach, ale też niezbędna jest wola stanowczego działania, zdecydowanej odpowiedzi na poczynania agresora, a z tym może być już dużo gorzej.

Na ile procesy zachodzące ostatnio w NATO to pokłosie szczytu w Warszawie, a na ile efekt ofensywnych rosyjsko-białoruskich ćwiczeń Zapad-2017? 

– Z pewnością zdecydowały o tym oba te wydarzenia. Natomiast z całą pewnością manewry białorusko-rosyjskie Zapad-2017, czyli Zachód-2017, które poniekąd stanowiły też element wojny psychologicznej, uświadomiły Zachodowi, że żarty się skończyły. Nie jest żadną tajemnicą, że Rosja od jakiegoś czasu przy pomocy sił zbrojnych realizuje istotne cele swojej polityki zagranicznej. Mimo zapewnień Mińska i Moskwy, że scenariusz tych ćwiczeń był czysto obronny, wywołują one duże zaniepokojenie wśród sąsiadów Białorusi, zwłaszcza na Ukrainie, która już raz padła ofiarą rosyjskiej agresji. Skoro więc Rosja prowadzi intensywne ćwiczenia, i to w bezpośrednim sąsiedztwie granic NATO, świadczy o tym, że jest żywo zainteresowana kierunkiem zachodnim, a to musi budzić obawy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl