Biuro Ochrony Rządu zablokowało przed warszawiakami pomnik Polegli-Niepokonani. Rewidowano dzieci, harcerzy, powstańców i wieńce. Ochroniarze prezydenta przepędzili nawet poczet sztandarowy Narodowych Sił Zbrojnych.
Radni PiS chcą wyjaśnień, kto zdecydował, by podczas uroczystości na cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli uniemożliwić uczestnikom ceremonii podejście do pomnika Polegli-Niepokonani. Jak co roku na cmentarz Powstańców Warszawy przyszło wielu ludzi. Mieli wiązanki kwiatów, znicze, plakietki z powstańczymi emblematami, biało-czerwone chorągiewki i opaski, trudno było im ukryć wzruszenie.
Po wejściu na cmentarz zderzyli się jednak z metalowymi barierkami odgradzającymi większość terenu i przesadną kontrolą, nawet wieńców, które przechwytywali funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu i odkładali pod pomnik. Zszokowani warszawiacy komentowali, że czegoś takiego wcześniej nigdy nie widzieli. Dostęp do pomnika Polegli-Niepokonani zawsze był swobodny, można było złożyć kwiaty, zapalić znicze i spokojnie, w zadumie pomodlić się.
Ale w tym roku ludzie nawet nie zostali wpuszczeni za barierki. Wszyscy – zarówno dzieci, rodziny, jak i kombatanci w podeszłym wieku – musieli stać z dala od pomnika.
„Z wielką przykrością i zażenowaniem informujemy Państwa, że w dniu wczorajszym doszło w Warszawie do niezwykle przykrej dla nas sytuacji. Po zakończeniu uroczystości rocznicowych na Powązkach Wojskowych poczet sztandarowy Zarządu Głównego Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wraz z reprezentacją Zarządu Głównego udał się na cmentarz Powstańców Warszawy na Woli. Niestety pocztu sztandarowego wystawianego przez umundurowaną Grupę Rekonstrukcji Historycznych NSZ oraz Sekretarza Zarządu Głównego ZŻ NSZ nie wpuszczono na całkowicie odgrodzony teren cmentarza, na którym odbywały się uroczystości. W podobnej sytuacji znalazło się wielu Kombatantów i osób, które przyszły na groby pochowanych tam Powstańców –członków swoich rodzin” – pisze Zarząd Główny NSZ.
Trudno ustalić, jaki był klucz wydawania kart wstępu do „strefy zamkniętej”, do której bez większego problemu wpuszczano partyjnych działaczy, miejskich urzędników czy ludzi w średnim wieku, którym z całą pewnością nie można przypisać kombatanctwa.
„Byliśmy też świadkami niezwykle skrupulatnych kontroli dokonywanych przez funkcjonariuszy BOR, przeprowadzano kontrole osobiste. Kombatantów, harcerzy, dzieci, a nawet księży. Sprawdzano też dokładnie wnoszone wieńce i kwiaty. Pozostał nam wielki żal, niesmak i złość” – piszą kombatanci.
Złość warszawiaków potęgował fakt, że na wielkim, odgrodzonym przez BOR terenie przez prawie całą uroczystość stały setki pustych krzeseł, których nikomu nie pozwolono zająć.
– Z początku miało być tak, że tylko jedna strefa, tzw. VIP, miała być pod ochroną. Do wejścia do niej miały obowiązywać zaproszenia. Na miejscu okazało się jednak, że większość terenu cmentarza jest osłonięta barierkami. Dopiero po naszej interwencji wpuszczono ludzi na część tych krzeseł. Większość stała jednak za barierkami – relacjonuje Piotr Milowański (PiS), radny dzielnicy Warszawa-Wola.
Milowański sam rozdawał własne zaproszenia ludziom stojącym za barierkami, w tym m.in. siostrom zakonnym z klasztoru na Karolkowej, które co roku uczestniczą w uroczystościach na cmentarzu.
– Były zszokowane tym, że nie chcą ich wpuścić za barierki. Gdybym nie przekazał im swojego zaproszenia, nie zostałyby dopuszczone do pomnika i nie mogłyby złożyć kwiatów – dodaje radny.
Cała sytuacja wyglądała na wyreżyserowaną. Gdy tylko pojawił się prezydent, nagle ni stąd, ni zowąd zaczęto wpuszczać przez bramki część osób, nie poddając ich już żadnej kontroli.
– Prezydent Komorowski złożył kwiaty przy mogile, potem przeszedł się wśród ludzi, doszedł do miejsca, w którym była bramka. Porozmawiał trochę z ludźmi, potem z funkcjonariuszami BOR i chwilę później zdecydowano się na otwarcie bramek i zaczęto powoli wpuszczać ludzi na krzesła, które do tej pory stały puste. Wtedy funkcjonariusze BOR już nie sprawdzali nikogo – podkreśla Milowański.
W jego ocenie, funkcjonariusze BOR wpuszczali przypadkowe osoby nawet w miejsca położone bezpośrednio przy sektorze VIP w grupach 12-20 osobowych.
– Borowcy przesuwali ich, mówiąc „O, idźcie tam, idźcie tam”. A była to strefa, w której był sam prezydent. Ta strefa nie była w żaden sposób chroniona. A z drugiej strony nie wpuszczano na teren – nawet w dalszej odległości – innych osób, by te również mogły obejrzeć uroczystość. Ludzie stali po bokach, gdzieś między drzewami, nie mogąc złożyć kwiatów pod pomnikiem. Dopiero gdy wszyscy już opuścili ten teren, szeroko otwarto bramki i ludzie mogli podejść pod pomnik – relacjonuje radny PiS.
Jak tłumaczy płk rez. Andrzej Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007, zabezpieczenie miejsc czasowego pobytu uzależnione jest od wcześniejszych ustaleń.
– O tym, czy mają być barierki, czy nie, decyduje ze względów bezpieczeństwa BOR. Ale barierki mogą być też zamontowane na prośbę kancelarii premiera lub prezydenta. To zależy od ustaleń organizacyjnych – wyjaśnia.
W jego ocenie, funkcjonariusze BOR, którzy wpuścili ludzi w pobliże sektora VIP, nie powinni rezygnować ze sprawdzeń.
– Jeżeli prezydent życzył sobie, żeby wszyscy ludzie weszli do sektora, to czynności sprawdzające powinny być podjęte znacznie wcześniej. A te osoby powinny być poinformowane, że ze względów bezpieczeństwa muszą być na miejscu ze znacznym wyprzedzeniem.
Zdaniem Pawlikowskiego, osoby trzecie (dotyczy to także głowy państwa), niezaangażowane osobiście w proces zabezpieczenia, nie mają prawa ingerować w działania służb. – Zapewniam, że służby izraelskie czy amerykańskie nie pozwoliłyby sobie na to. Obowiązują procedury, których należy bezwzględnie przestrzegać – kwituje Pawlikowski.
„Nasz Dziennik” zwrócił się do BOR z pytaniem, kto kazał na cmentarzu na Woli zamontować barierki, dlaczego były ustawione tak daleko od pomnika i dlaczego bez kontroli wpuszczano ludzi na puste krzesła. Na odpowiedź czekamy.
Barierki były też zresztą w innych miejscach, chociażby na placu Krasińskich czy na Wojskowych Powązkach, gdzie ludziom nie pozwolono zbliżyć się pod pomnik Gloria Victis. – Będziemy domagać się wyjaśnień. Interesuje nas, kto tak naprawdę organizował uroczystości na Woli i kto zdecydował, by ludzie do samego końca nie byli wpuszczani pod pomnik. A później bez żadnej kontroli wpuszczano wszystkich – zapowiada radny Piotr Milowański.
Witani tylko posłowie PO
Tydzień przed uroczystościami na Woli radni PiS dowiedzieli się, że nie będą mogli złożyć wieńca w oficjalnej delegacji.
– Dzielnica twierdziła, że w tej sprawie kontaktuje się z miastem, miasto, że organizatorem uroczystości jest Kancelaria Prezydenta, więc nie ma wpływu na procedury i na to, co dokładnie będzie się na tych uroczystościach działo. Po tygodniu zabiegów ostatecznie ustalono, że klub radnych PiS może złożyć wieniec, ale tylko jeden przedstawiciel klubu zostanie wyczytany przy składaniu wieńca. Mimo że delegacja była trzyosobowa – opowiada Milowański.
Podobnie było przy pomniku Mokotów Walczący – 1944. Organizatorzy przywitali tylko posłów Platformy Obywatelskiej, wymieniając z nazwiska i imienia m.in. Jarosława Gowina. O posłach Prawa i Sprawiedliwości czy Solidarnej Polski zapomniano, choć składali wieńce pod pomnikiem.
– W imieniu Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość złożyłem wieniec pod pomnikiem Mokotów Walczący – 1944 w parku im. gen. G. Orlicz-Dreszera na Mokotowie. Ale nikt z uczestników uroczystości oficjalnie się o tym nie dowiedział. Przemilczano posłów PiS i Solidarnej Polski, jakby ich nie było. Poprzez strach i brak szacunku dla ludzi władza PO nie tylko obniżyła rangę uroczystości, ale pokazała, że postanowiła je dla siebie zawłaszczyć. I otrzymała tylko oficjalne oklaski – twierdzi poseł Artur Górski (PiS).
Sami kombatanci mówią, że żaden z powstańców nie chciał towarzyszyć Donaldowi Tuskowi przy składaniu wieńca pod pomnikiem Gloria Victis. Z braku chętnych przy jego boku musiał stać Władysław Bartoszewski.

