logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

„Dzieci, wstawajcie – wojna!”

Niedziela, 1 września 2013 (09:23)

Z Anną Grzywacz, gdynianką wychowaną na Oksywiu, rozmawia Anna Kołakowska

 

Jak zapamiętała Pani ostatnie dni przed wybuchem wojny?

– 1 września miałam rozpocząć naukę w drugiej klasie szkoły podstawowej. Wakacje spędziliśmy u dziadków w Sosnowcu, ale w sierpniu tata słał nam telegram za telegramem: „Wracajcie natychmiast”. Wróciliśmy, a w naszym domu w pralni mieściła się już kuchnia dla żołnierzy, na podwórku przed blokiem wykopana została studnia i wszędzie było pełno polskiego wojska. Wszyscy dookoła mówili, że będzie wojna, ale my, dzieci, nie wiedziałyśmy, co to miałoby znaczyć. Nasza mądra i zapobiegliwa mama gromadziła żywność, piekła suchary i składała je do woreczków, szykowała piwnicę na schron.

Chodziła też na kursy sanitarne i szyła maski przeciwgazowe. Nas też przygotowywała na to, co miało nadejść – opowiadała nam o pierwszej wojnie światowej, którą przeżyła. Zbliżał się 1 września i wszystko już mieliśmy wyszykowane do szkoły: mundurki, tornistry, książki, i wszystko to, tak jak my, czekało na rozpoczęcie roku szkolnego. Pewnego dnia nad ranem mama nas obudziła i mówi: „Dzieci, dzieci, wstawajcie – wojna!”. My tacy oszołomieni, wyrwani ze snu zapytaliśmy: „Nie idziemy do szkoły?”, ale wszędzie dookoła słychać już było strzelaninę, wybuchy, ryk silników samolotów, wycie syren. Ubraliśmy się prędko i pobiegliśmy do piwnicy. W biegu chwyciłyśmy z siostrą nasze ukochane lalki, z którymi nie chciałyśmy się rozstać. Jak tylko syreny przestawały wyć, wracaliśmy do mieszkania, choć strzelanina nie ustawała. Z początku tych alarmów było mniej, a potem to już była taka strzelanina, że nie opuszczaliśmy piwnicy.

Gdynia broniła się przez dziewiętnaście dni. Jak wyglądało Wasze życie w piwnicy, gdy wokoło wszystko waliło się w gruzy?

– Wkrótce dołączyła do nas ciocia z dziećmi, która mieszkała w sąsiedztwie. Po południu przyszedł tata, który nie wrócił do domu po nocnej zmianie, bo cały dzień razem z innymi ludźmi zbierał rannych i grzebał poległych. W piwnicach zgromadzili się wszyscy mieszkańcy naszego bloku i jak tylko alarm był odwołany, mamy biegły na górę, żeby przygotować dla dzieci coś ciepłego do zjedzenia. Pomimo sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nikt nie krzyczał, nikt nie płakał, nie żalił się – nawet my, dzieci, nie płakałyśmy, choć byłyśmy bardzo wystraszone.

W piwnicy wszyscy dużo się modliliśmy, a modlitwa dodawała nam otuchy i wiary, że przeżyjemy. Moja młodsza sześcioletnia siostra, nawet przez sen, kiedy ciocia przestawała mówić zdrowaśki, wołała: „Ciocia, mów pacierz!”. Któregoś dnia pocisk uderzył w sąsiedni blok i spowodował pożar. Tata, tak jak inni, pomimo ostrzału pobiegł na ratunek jego mieszkańcom. Pamiętam, jak mama prosiła, żeby nie szedł, bo przecież ma dzieci, na co tata odparł, że tam też są dzieci. Wrócił do piwnicy dopiero, jak kula przebiła mu kask strażacki, a budynku uratować już i tak nie można było. Najważniejsze, że uratowali ludzi. Na naszym osiedlu stała tylko jedna armata, usytuowana na wzgórzu, nad jednostką wojskową. Obsługiwał ją m.in. brat naszej sąsiadki. Dopóki strzelała, wiedzieliśmy, że Niemcy jeszcze nie zdobyli wzgórza. Kiedy na trochę przestawała strzelać, baliśmy się, że nasi nie żyją. Jednej nocy działo ucichło na dobre, ale zaraz przybiegł brat sąsiadki, wziął od mojego ojca narzędzia i znów usłyszeliśmy podnoszący nas na duchu huk wystrzałów.

W nocy, w przeddzień kapitulacji Gdyni jakiś Niemiec wrzucił granat na parter naszego domu. Huk był straszny, wszędzie dookoła dym, zaduch, krzyk i płacz. Następnego dnia drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy: „Raus!”. Weszli Niemcy i kazali wychodzić wszystkim mężczyznom. Tata z mamą zdążyli uścisnąć sobie ręce, ale Niemiec przejechał im po złączonych dłoniach bagnetem. Potem, zawsze jak rodzice złączyli dłonie, mieli wspólną bliznę. Tatę i innych mężczyzn zabrali do niewoli, pozostały tylko kobiety i dzieci – straszny to był widok, ale nasze matki były bardzo dzielne.

Co zobaczyliście po wyjściu na zewnątrz?

– Gdy po dziewiętnastu dniach umęczeni wyszliśmy z piwnicy na dwór, oczom naszym ukazał się straszny widok. W miejscu pięknych domów, ogródków jordanowskich, parków, skwerów rozciągało się gruzowisko. Nasze wspaniałe osiedle było stawiane za wzór wcałej Europie, nie tylko z powodu jego estetyki, ale również dlatego, że pokazywało, jak bardzo państwo polskie potrafiło zadbać o tych, którzy budują Gdynię oraz port i przyczyniają się do rozwoju kraju. Na wzgórzu, z którego rozciągał się widok na Gdynię, zrobione były takie poziomy, a na nich stały ławeczki. Latem dorośli siadali na stoku tego wzgórza, rozmawiali i wspólnie śpiewali piosenki, patrząc na miasto. Teraz wszystko to legło w gruzach, podobnie jak nasze beztroskie życie.

Po tym, jak Niemcy zabrali ojca, całymi dniami od świtu do nocy siedzieliśmy na stoku wzgórza i z nadzieją wypatrywaliśmy jego powrotu. Aż nagle patrzymy – idzie! Z radością pobiegliśmy do mamy. Przez kilka dni grzebali poległych i porządkowali zgliszcza. Jak tylko ciała zostały pogrzebane, poszliśmy ze starszym ode mnie o rok bratem do okopów, żeby zebrać i zakopać broń. Mówiliśmy sobie, że przecież jeszcze przyda się dla naszego wojska i jak wrócą, to będą mieli. Znalezioną broń, amunicję, menażki oraz manierki wrzucaliśmy do okopów i zasypywaliśmy za pomocą saperki. Wpewnym momencie mój brat znalazł bagnet; wyjął go z pochwy, ale natychmiast wyrzucił, bo cały był we krwi. Uciekliśmy do domu i już tam nie wróciliśmy. Tak zakończyło się nasze ratowanie militariów.

Wasz bezpieczny, radosny świat przestał istnieć. Jak jako dzieci zachowywa- liście się w tej nowej, tragicznej rzeczywistości?

– Pewnego dnia, choć wszędzie było pełno niemieckiego wojska, Jurek założył harcerski mundur i poszedł paradować w nim po ulicach. Chciał „zastąpić” polskich żołnierzy. Pod bluzą ukrył finkę, ale na zewnątrz wystawał jej czubek, który wypatrzył jakiś Niemiec i natychmiast ją zabrał. Jurek był zrozpaczony, bo tę finkę dostał od syna admirała Unruga – Horacego. Chodzili razem do szkoły i któregoś dnia „Raczek” – tak chłopcy nazywali Horacego Unruga – zaprosił kilku kolegów, w tym mojego brata, do swojego domu na urodziny. Mama była tym bardzo zakłopotana i mówiła: „Boże, jak on, syn robotnika, pójdzie do domu admirała”. Bała się, że Jurek nie będzie wiedział, jak się zachować, więc ciągle tłumaczyła mu, co wypada, a co nie. Na szczęście naszą sąsiadką była guwernantka syna admirała, więc również ją mama poprosiła o pomoc. Na tych urodzinach każdy z chłopców dostał od jubilata prezent, a że Jurkowi do pełnego munduru harcerskiego brakowało finki, to „Raczek” dał mu właśnie finkę, na dodatek z wygrawerowaną dedykacją. Nie dość tego – brat przyniósł ofiarowane specjalnie dla jego sióstr dwie torby słodyczy.

Te beztroskie czasy już się jednak skończyły. Teraz ze smutkiem patrzyliśmy na naszych żołnierzy, których Niemcy prowadzili do niewoli. Szczególnie poruszył mnie widok jednego, który szedł cały obandażowany i nie mógł nawet unieść rąk, bo musiał trzymać bandaże. Zanim Niemcy wzięli ich do niewoli, kto mógł, oddawał im cywilne ubranie – mój tatuś też. Z kolei żołnierze rozdali ludności całą swoją żywność – wszystko, co mieli zgromadzone w magazynach.

Czy podzieliliście los tych gdynian, których Niemcy wyrzucili z domów i wysiedlili?

– Pewnego dnia, w połowie października, ojciec wrócił z pracy w porcie i powiedział, że jutro będą nas wysiedlać. Mama postanowiła nie czekać. Spakowała potrzebne rzeczy, jedzenie –tyle, ile mogliśmy udźwignąć – i poszliśmy na dworzec, aby pojechać do dziadków do Sosnowca. Niestety, tam zatrzymali nas Niemcy, zapakowali na ciężarówki i zawieźli na Garbówek do Domu Emigracyjnego. Następnego dnia zaczęli przywozić mnóstwo ludzi. Niektórych w piżamach, koszulach nocnych, kapciach, bez żadnego bagażu. Przez kilka dni przebywaliśmy w tym Domu Emigranta, arazem z nami bardzo wiele rodzin, ale mężczyźni byli osobno, a kobiety i dzieci osobno. Pomimo bardzo trudnych warunków ludzie dzielili się z sobą tym, comieli – i odzieżą, i jedzeniem, bo Niemcy dawali nam tylko czarną kawę. Wdzień mogliśmy się z tatą kontaktować, ale w nocy, po godzinie policyjnej na korytarzu siedział żołnierz z karabinem inie można było nawet wyjść do toalety. 26października załadowano nas do wagonów towarowych i rozpoczęło się wywożenie wysiedlonych do Generalnej Guberni.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Kołakowska

Nasz Dziennik