logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Wybory albo dymisja

Piątek, 20 czerwca 2014 (02:00)

Afera podsłuchowa z udziałem najważniejszych osób w państwie może skutkować wcześniejszymi wyborami parlamentarnymi.

Premier postraszył wczoraj wszystkich swoich dotychczasowych zwolenników i te ugrupowania polityczne, którym przyspieszone wybory nie są na rękę, że skrócenie kadencji Sejmu jest możliwe, jeśli nie zostanie wypracowany „model współpracy” rządu, mediów, prokuratury i parlamentu. Uruchomiono służby specjalne. Do redakcji tygodnika, który ujawnił niewygodne dla rządzących nagrania rozmów, wtargnęła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, usiłując przejąć nośniki danych, gdzie nagrania miały się znajdować.

To, które jeszcze ze „sprawek” ekipy Donalda Tuska mogły zostać nagrane, spędza sen z powiek premierowi. Ujawnione dotychczas nagrania z udziałem obecnych, czy już byłych, członków rządu Donalda Tuska nie skutkowały nawet żadnymi dymisjami w rządzie. Sprawą byłego ministra transportu Sławomira Nowaka próbującego interweniować w sprawie kontroli podatkowej u swojej żony zajęła się prokuratura. Rozmowę ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką, m.in. negocjujących warunki wsparcia banku centralnego dla rządu Tuska, by wspólnie nie dopuścić albo utrudnić Prawu i Sprawiedliwości przejęcie po wyborach władzy, próbowano natomiast bagatelizować opowieściami, że co najwyżej jej forma była niestosowna – gdyż panowie przeklinali – a tak w ogóle nie był to żaden podejrzany „deal”, lecz wykład ekonomisty dla historyka, rozmowa dwóch ludzi zatroskanych losem kraju, a większość zdań, które padły, to były wyrwane z kontekstu „skróty myślowe”.

Poważnym problemem dla ekipy Tuska zdaje się jednak to, co jeszcze mogło zostać nagrane. – Mamy poważny problem. W jakimś sensie wszyscy mają poważny problem. Nie możemy odwlekać w czasie poważnej rozmowy na temat tego, co się stało i co się może stać w najbliższym czasie – orzekł wczoraj premier Donald Tusk. Dużo prostszym rozwiązaniem niż przyznanie, co takiego członkowie rządu czy koalicji rządzącej mają na sumieniu, byłoby przejęcie przez aparat państwowy i w ten sposób poznanie wszystkich zarejestrowanych nagrań. Akcja prokuratury oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która w środę wdarła się do siedziby publikującego nagrania tygodnika „Wprost”, zmierzająca do przejęcia nośników danych, m.in. dysków komputerów, zakończyła się niepowodzeniem. Premier Donald Tusk zaapelował wczoraj o jak najszybsze ujawnienie wszystkich materiałów pochodzących z podsłuchu, a także ujawnienie, kto stał za podsłuchiwaniem najważniejszych osób w państwie.

Jednocześnie, wręcz wzywając do opamiętania, postraszył wizją wcześniejszych wyborów zarówno redakcje czerpiące materialne korzyści z rządów Platformy, jak i te ugrupowania polityczne, które ochoczo domagają się skrócenia kadencji Sejmu, a których po wyborach może już w parlamencie nie być, przestrzegając przed eskalowaniem nastrojów. Po wyborach bowiem „nie wiadomo, kto może przejąć władzę”.

– Cenę polityczną za te zdarzenia zapłaci rząd i ja, a nie prokuratura. Nie mam tutaj żadnej wątpliwości. Nie wykluczam, że tą ceną będzie surowa ocena niektórych obywateli w wyborach, które odbędą się za kilka czy kilkanaście tygodni, jeśli okaże się, że ta wewnętrzna blokada polityczna jest nie do odblokowania – mówił premier. Wezwał także do wypracowania modelu współpracy.

– Jeśli się okaże, że instytucje życia publicznego: media, prokuratura, rząd, parlament, nie są w stanie ustalić, zgodnie z regułami demokracji i z regułami prawa takiego modelu współpracy, że pozwoli nam ujawnić wszystko, co w tej sprawie jest do ujawnienia, i pozwoli nam ochronić takie prawa, jak prawo do wolności słowa, to być może jedynym rozstrzygnięciem będą wcześniejsze wybory. Jeśli ten kryzys zaufania jest tak głęboki, to Sejm podejmie decyzję – powiedział premier. 

W podobnym tonie wypowiedział się Bronisław Komorowski. Według prezydenta, jeśli „pojawiają się sytuacje szczególnie trudne”, to przede wszystkim należy „mobilizować normalne władze państwa polskiego do działania”. – A jeśli to się okazuje niemożliwe do spełnienia, to wtedy trzeba odwoływać się do mechanizmu demokratycznych wyborów – stwierdził. Żeby doszło do samorozwiązania Sejmu, za wnioskiem w tej sprawie musiałoby zagłosować dwie trzecie posłów, co oznacza, że na takie rozwiązanie musiałaby się zgodzić przynajmniej część parlamentarzystów Platformy.

ABW w redakcji

Donald Tusk zapowiedział, iż w przyszłym tygodniu „oceni działania” oraz podejmie „stosowne decyzje” w sprawie jednego z bohaterów afery podsłuchowej, szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza, który dziś działa de facto we własnej sprawie. Stanie się to już po publikacji przez tygodnik kolejnej porcji nagrań, jeśli służbom specjalnym nie uda się zablokować ich ujawnienia.

Sam premier do dymisji podawać się nie zamierza. W środę redakcja tygodnika – powołując się na tajemnicę dziennikarską – odmówiła wydania nośników danych, na których miałyby się znajdować nagrania rozmów stawiających w niekorzystnym świetle rządzących.

Po zarządzeniu przez prokuratora przeszukania, wskutek oporu dziennikarzy, funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaprzestali działań.

Prokuratura poinformowała, że odstąpiono od czynności „wobec eskalacji konfliktu i zagrożenia bezpieczeństwa prokuratorów i funkcjonariuszy ABW”.

Od akcji ABW odżegnywał się premier, przekonując, że to sprawa niezależnej od rządu prokuratury. Tusk wyjaśniał, że rozmawiał telefonicznie z prokuratorem generalnym, z szefem ABW oraz z ministrem sprawiedliwości, by wyjaśnić, czy „działanie wobec redakcji »Wprost« jest absolutną koniecznością”. Szef rządu poinformował, że ocena zdarzeń w siedzibie gazety, zasadność i zgodność z prawem tego postępowania zostanie przygotowana przez ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego.

Prokurator generalny Andrzej Seremet stwierdził wczoraj, że powiadomił premiera Donalda Tuska o prawidłowości działań prokuratury w tej sprawie. Zapewnił, że prokuratorzy nie kierują się intencjami zmierzającymi do ograniczenia wolności prasy czy też do ujawnienia tajemnicy dziennikarskiej.

– Ujawnienie nagrań oznaczało, że zostali nagrani w sposób nielegalny. Złożono stosowne wnioski o to, żeby ścigać sprawcę przestępstwa. Jak się składa taki wniosek, to prokuratura jest zobowiązana podejmować określone czynności – mówił Seremet podczas konferencji prasowej.

Wyjaśniał, iż agenci ABW na polecenie prokuratora przybyli do redakcji tygodnika, by uzyskać dowody w postaci oryginalnych nośników nagrań, lecz spotkali się z odmową. Następnie wrócili w liczbie 4 prokuratorów i 8 funkcjonariuszy, by w celu uzyskania dowodów dokonać przeszukania redakcji. Na polecenie jednego z prokuratorów agent ABW siłą próbował, nieskutecznie, odebrać laptop redaktorowi naczelnemu „Wprost” – wtedy doszło do „zamieszania”, po którym zaprzestano czynności – tłumaczył.

– Znajdujemy się w czymś, co można określić mianem klinczu. […] Proszę o to, aby pójść po rozum do głowy i aby z tego klinczu wyjść i pomóc prokuraturze, a nie blokować postępowanie – stwierdził Seremet. W ocenie prokuratora generalnego, przejęcie tego typu dowodów przez prokuraturę nie uniemożliwiałoby publikacji materiału przez redakcję.

Wyjaśnień od rządu w sprawie akcji ABW żąda opozycja.
Prezes PiS ocenił, iż mamy do czynienia z akcją skierowaną przeciwko wolności słowa.

– Jeżeli ktoś używa służb specjalnych, używa prokuratury do tego, żeby z tym walczyć, to pokazuje twarz kogoś, kto nie mieści się już w ramach demokracji […]. Dlatego chciałem wezwać wszystkie siły demokratyczne w Polsce, zarówno te, które są zorganizowane w partie polityczne, jak i te, które są reprezentowane przez różne redakcje, do wspólnej akcji przeciwko tej władzy, przeciwko tego rodzaju działaniom. Musimy obronić wolność słowa w Polsce. Musimy obronić polską demokrację – stwierdził Jarosław Kaczyński.

Na nagraniu ujawnionej rozmowy ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką słyszymy m.in., jak szef MSW sonduje prezesa NBP – apolityczny według Konstytucji organ – czy ten byłby w stanie pomóc partii rządzącej w sytuacji wysokich notowań Prawa i Sprawiedliwości i „zagrożenia” przejęcia władzy przez tę partię i odpowiednio wcześniej przed wyborami, przez działania NBP, wpłynąć na to, by rządzący mieli więcej pieniędzy do wydania.

Prezes NBP stawia swoje warunki: żąda „głowy” ministra finansów Jacka Rostowskiego i uwzględnienia jego uwag w nowelizacji ustawy o NBP. Nagranie ujawnia także specyficzne podejście szefa MSW do przedsiębiorców. Słyszymy m.in., jak prezes NBP skarży się na trudne negocjacje z właścicielem Mennicy Polskiej, który – stwierdził Belka – „już uważa, żeśmy go okradli”.

– To może trzeba mu powiedzieć, jak można go bardziej okraść. Może zrozumie – doradza technikę negocjacji Sienkiewicz. Roztacza przy tym także inne możliwości. – […] Zrobiłem taki konkurs w sprawie ścigania przestępczości zorganizowanej, gdzie mamy zapięte CBŚ, UKS, wywiad skarbowy, z warsztatami, szkoleniami itd. Mam wrażenie, że za jakiś czas to będzie bardzo przyzwoite narzędzie także do naszych gier z takimi tłustymi misiami, którzy uważali, że są kompletnie bezkarni. A byli bezkarni, dlatego że sam CBŚ wobec takiego Jakubasa to mógł mu nagwizdać, sam UKS to mógł mu nagwizdać i wywiad skarbowy też mógł mu nagwizdać. Wszystko razem złożone do kupy to już zupełnie inna, zupełnie inna bajka – mówił Sienkiewicz. Prokuratura poinformowała w środę, że w sprawie nagrania rozmowy szefa MSW z prezesem NBP postawiono dwa zarzuty Łukaszowi N., pracownikowi restauracji, gdzie odbyła się rozmowa. Za podsłuch grozi grzywna, ograniczenie wolności bądź jej pozbawienie do lat dwóch.

Artur Kowalski

Nasz Dziennik