NASZ DZIENNIK
Sobota-Niedziela, 17-18 lutego 2007 r., Nr 41 (2754)
Dział: Myśl jest bronią
prof. Jerzy Robert Nowak
Chcą nas ograbić!
Od dłuższego czasu publicyści opcji patriotycznej przestrzegali przed uleganiem naciskom "przedsiębiorstwa holokaust". Alarmowali, wskazując na potencjalne jakże katastrofalne skutki haraczu, jaki się chce wymusić na Polakach za mienie żydowskie. Haraczu, który obiektywny żydowski naukowiec z USA prof. Norman Finkelstein ocenił na aż mniej więcej 65 miliardów dolarów, a więc na potwornie dużą sumę, która może zrujnować i tak biedną Polskę, z takim trudem łatającą luki w budżecie, Polskę, w której nie starcza ani dla szpitali, ani dla nauczycieli, ani na emerytury tak często bardzo niskie, wręcz głodowe. Obawy publicystów opcji patriotycznej były konsekwentnie ośmieszane, minimalizowane lub zagłuszane przez środowiska zainteresowane cichymi zakulisowymi działaniami dla wsparcia antypolskich szantażystów żydowskich z USA. Pół roku temu doszło nawet do haniebnej nagonki na znanego publicystę Stanisława Michalkiewicza, który ośmielił się szczególnie ostro skrytykować pazerne plany "przedsiębiorstwa holokaust" wobec Polski. I oto nagle wybucha swego rodzaju bomba. Po długotrwałym usypianiu polskiego społeczeństwa co do rozmiarów zagrożeń ze strony żydowskich roszczeniowców nagle zderzamy się z otwartym, pełnym buty zademonstrowaniem tych roszczeń na łamach "Rzeczpospolitej" z 3-4 lutego 2007 r. przez przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów Israela Singera.
Nie wpuszczać szantażysty!
Dowiadujemy się, choć na razie tylko z "Rzeczpospolitej" ("Wyborcza" nader uparcie milczy w tej mało pochlebnej dla Żydów sprawie), że 27 lutego 2007 r. przyjedzie do Warszawy cała wataha żydowskich roszczeniowców. Przyjedzie do Polski aż 20 przywódców największych żydowskich organizacji tego typu z całego świata, a wśród nich wspomniany przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, Israel Singer. Przyjazd właśnie tego Singera urasta zaś do rangi nadzwyczajnego skandalu, przemilczanego w ogromnej części mediów. Przecież jest to ten sam Israel Singer, który ponad 10 lat temu - w 1996 r. - dopuścił się wobec Polski wyjątkowo bezczelnego szantażu. Zagroził wówczas, że "Polska będzie publicznie atakowana i upokarzana, jeśli nie poczyni kroków dla restytucji mienia żydowskiego".
Polski publicysta patriotyczny Stanisław Michalkiewicz nazwał cytowaną powyżej deklarację Singera jawnym "wypowiedzeniem wojny Polsce". Z oburzeniem zareagował na antypolskie pogróżki Singera nawet stale manifestujący swą żydowskość znany pisarz i publicysta Antoni Marianowicz, prezes ZAIKS-u. W książce o wydarzeniach roku 1996 "Polska, Żydzi i cykliści. Dziennik roku przestępnego" (Warszawa 1999, s. 86) napisał pod datą 23 kwietnia: "Jakiś działacz żydowski nazwiskiem Singer zagroził Polsce wzmożonym opluskwianiem, jeśli nie załatwi wszystkich żydowskich pretensji do własności prywatnej po myśli Singera. Jest to po prostu niesłychane: my w Polsce musimy się liczyć z prawem i czekać na odpowiednie ustawy, oni żądają wszystkiego natychmiast. I to często tacy, którzy żyli sobie wygodnie w Stanach, kiedy ich rodziny ginęły tutaj w Holocauście. Trudno wyobrazić sobie skuteczniejszy środek na porost antysemityzmu".
Zgodnie z pogróżkami Singera niektóre zagraniczne środowiska żydowskie posuwały się faktycznie do najskrajniejszych obrzydliwości w upokarzaniu Polski i Polaków, oskarżając nas wciąż o współudział w mordowaniu Żydów w czasie wojny, a częstokroć nawet robiąc z nas jedynych sprawców ich gehenny. Szczególnym narzędziem w tych kampaniach oszczerstw okazał się fałszerz zza oceanu Jan Tomasz Gross. Głównym zabiegiem Grossa i podobnych mu oszczerców było staranne przerabianie Polaków z ofiar na rzekomych "katów" tak, żeby łatwiej było później wyduszać horrendalne odszkodowania.
Przyjazd I. Singera do Warszawy będzie szczególnie ważnym testem na poczucie godności narodowej polskich władz i całego polskiego społeczeństwa. Publicznie pytam, zwracając się do przedstawicieli rządu, Sejmu i Senatu RP, polskiego MSZ, czy wolno wpuszczać do Polski kogoś, kto powinien być potraktowany jako persona non grata za swe nikczemne pogróżki wobec Polski. Israel Singer, który zapowiadał: "Będziemy upokarzać Polskę!", nie powinien w żadnym razie mieć prawa wjazdu do naszego kraju, dopóki nie przeprosi, uroczyście nie przeprosi Polaków!
Pogróżki Singera wobec Polski trzeba uznać za tym bardziej oburzające w zestawieniu z faktem, że właśnie nasz kraj przez kilka stuleci był jedynym schronieniem dla Żydów prześladowanych w pozostałych krajach Europy. Wśród Żydów zachowała się opowieść, że używana przez nich nazwa Polski - Polin - pochodzi od hebrajskich słów poh lin, co oznacza "tu spoczniesz". Słynny rabin krakowski, jeden z najwybitniejszych myślicieli żydowskich XVI wieku, Mojżesz Issereles (1525-1572), pisał o Polsce: "Jeśliby Bóg nie dał nam tego kraju jako schronienia, los Izraela byłby rzeczywiście nie do zniesienia".
W cytowanym numerze "Rzeczpospolitej" z 3-4 lutego 2007 r. znajdujemy rozmowę Jędrzeja Bieleckiego z Israelem Singerem pt.: "Ci, którzy przeżyli Holokaust, nie mogą już czekać". Singer wypowiedział się w niej za maksymalnymi odszkodowaniami dla Żydów, stwierdzając m.in.: "Co do wysokości odszkodowań najważniejsze są odczucia tych, którzy uratowali się z Holokaustu (...) Nikt, kto stracił cały dom, nie chce teraz dostać tylko kawałka dachu, paru okien i drzwi. Chce cały dom!".
Wszystko to mówi Singer, jak gdyby Polska nie była w ogóle skrupulatnie niszczona przez okupantów hitlerowskich, jak gdyby nie zniszczono tak wielkiej części polskiego majątku narodowego, jak gdyby nie zniszczono doszczętnie stolicy Polski i nie musiano jej ponownie odbudowywać. Mówi to w sytuacji, gdy Żydzi dostali od Niemiec ponad 100 miliardów dolarów odszkodowań, jak przypominał prof. N. Finkelstein. W sytuacji gdy zabrakło odpowiednich odszkodowań dla Polaków - dostaliśmy tylko nędzne garści marek na odszkodowania dla przymusowych robotników, i nic więcej. Singer mówi to wszystko, nie zważając na sytuację pierwszych lat powojennych, gdy Żydzi mogli w Polsce bardzo szybko odzyskiwać mienie dzięki życzliwości władz (Minc, Berman, Hanemann, Sommerstein i inni) i najczęściej szybko je spieniężali i wyjeżdżali. W sytuacji gdy paręset tysięcy Żydów, przybyłych głównie ze Związku Sowieckiego, błyskawicznie wyposażano w oddawane im bezpłatnie mieszkania.
Spisek "przedsiębiorstwa holokaust"
Jak już wspomniałem, artykuł w "Rzeczpospolitej" z 3-4 lutego 2007 r. aż nadto potwierdzał wypowiadane przez lata przestrogi patriotycznych polskich publicystów. Dodajmy, że również poza Polską pojawiły się sprzeciwy wobec prób narzucenia nam niszczącego haraczu przez wpływowe środowiska amerykańskich Żydów.
Przypomnijmy niezwykle znaczącą rolę odegraną w obnażaniu istoty antypolskich szantażów w tej sprawie przez słynnego żydowskiego naukowca z USA prof. Normana Finkelsteina. W swej książce "Przedsiębiorstwo Holokaust" (wyd. w USA w 2000 r., a w Polsce w 2001 r.) prof. Finkelstein jednoznacznie napiętnował żydowskie naciski na Polskę, zmierzające do wyłudzenia od nas ogromnych odszkodowań dla Żydów. Oskarżając tzw. przedsiębiorstwo holokaust, prof. Finkelstein stwierdził, że nie reprezentuje ono ani "tych, którzy zostali zamordowani, ani ocalałych Żydów, ani ich spadkobierców. Jest to najzwyklejsze wyłudzanie: zakamuflowane pod sztandarem żydowskiego cierpienia". (N. Finkelstein: "Przedsiębiorstwo Holokaust", Warszawa 2001, s. 200). Finkelstein przypomniał, że "przedsiębiorstwo holokaust" wysuwa roszczenia wobec setek tysięcy parceli w Polsce, których wartość szacuje się na kilkadziesiąt miliardów dolarów (tamże, s. 199). Piętnując "astronomiczne żądania" wysuwane wobec Polski prof. Finkelstein zaakcentował, iż: "Tak naprawdę zaś mamy tu do czynienia ze zwykłym chuligaństwem 'przedsiębiorstwa holokaust'" (tamże, s. 200).
Profesor Finkelstein bardzo ostro napiętnował również rolę odegraną przez J.T. Grossa w uzasadnianiu żydowskich roszczeń wobec Polski, stwierdzając: "Z błogosławieństwem Grossa, 'Sąsiedzi' stali się kolejnym orężem 'przedsiębiorstwa holokaust' w jego dążeniu do ograbienia Polski" (tamże, s. 198). W wywiadzie udzielonym Krzysztofowi Darewiczowi z "Rzeczpospolitej" (nr 98 z 2000 r.) prof. N. Finkelstein napiętnował próby organizacji żydowskich, zmierzające do wyłudzenia od Polaków gigantycznych odszkodowań, stwierdzając m.in.: "Oczywiście, jest w Polsce niewielka społeczność żydowska i bez żadnych wątpliwości ludziom tym należy się zwrot części dawnego mienia żydowskich gmin, synagog, cmentarzy, szkół. Ale czy każdej synagogi, szkoły czy szpitala? Czy kilku tysiącom ludzi potrzebna jest infrastruktura, która kiedyś służyła kilku milionom polskich Żydów? (...) Ogromna większość byłych właścicieli i tak już nie żyje, jakim prawem więc WJC [Światowy Kongres Żydów - przyp. JRN] i adwokaci mówią o kilkudziesięciu miliardach dolarów, skoro ocalała garstka? Polskie władze nie powinny podejmować negocjacji z szantażystami. Zwłaszcza że oni w dużym stopniu blefują i czekają, jaka będzie reakcja. Gdy raz się ustąpi, to wcześniej czy później pojawią się kolejne roszczenia. Niemcy już wcześniej zapłaciły Żydom ponad 100 mld dolarów i teraz znów musiały zapłacić. Jeśli Polska pójdzie na ustępstwa, to jestem pewien, że za jakiś czas, gdy Polska stanie się zamożniejsza, WJC ponownie zjawi się z wyciągniętą ręką".
Dodajmy, że wg Finkelsteina przeważająca część sum wypłaconych Żydom w ramach odszkodowań przez Niemców nie trafiła w ogóle do rąk ofiar holokaustu i ich spadkobierców. Trafiła ona do spryciarzy z organizacji żydowskich robiących dziś biznes na holokauście. Profesor Finkelstein niejednokrotnie ostrzegał, że podobnie stałoby się i z ewentualnymi odszkodowaniami wymuszonymi na Polsce. W wywiadzie udzielonym Janowi M. Fijorowi prof. Finkelstein oskarżył Światowy Kongres Żydów (WJC) o uzurpację reprezentowania ofiar holokaustu. Stwierdził, że "znakomita większość ofiar holokaustu nie zamierza ani doprowadzać Polski do gospodarczej ruiny, ani tym bardziej pozbawiać polskie dzieci przedszkoli, szkół czy parków. Bo do tego sprowadzałaby się restytucja naszego mienia". Profesor Finkelstein zaakcentował, że stroną atakującą Polskę "jest grupa wyjątkowo przebiegłych ludzi, którzy wykorzystując bezprecedensową tragedię narodu, naginają prawo do własnych celów. Po swojej stronie mają skorumpowane media, najlepszych adwokatów, sądy, przekupnych polityków. To szczwane lisy". Według prof. Finkelsteina również niektóre opiniotwórcze tytuły jak "New York Times" i "Washington Post" "są częścią spisku, który ja nazwałem holokaustowym biznesem ("Holokaust Industry"), a który na tragedii Żydów robi dzisiaj ogromne pieniądze".
Piętnując ówczesnego przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów Edgara Bronfmana, prof. Finkelstein zalecił Polakom następujące przeciwdziałanie: "Z chwilą, gdy 'banda Bronfmana' ruszy do ataku, Polacy powinni zebrać grupę kilkudziesięciu życzliwych Polsce Żydów, ofiar holokaustu, którzy podpiszą się pod całostronicowym ogłoszeniem w 'New York Times', iż rezygnują z jakichkolwiek roszczeń majątkowych wobec Polski. Takich ludzi nie brakuje, sam pomogę w ich znalezieniu, sam się pod tym ogłoszeniem podpiszę. W Izraelu mieszka wielu polskich Żydów, duża ich część myśli tak jak ja (...). Takich ludzi trzeba zmobilizować do walki z łotrami spod znaku WJC. Pokazanie światu, że roszczenia WJC są bezzasadne, że nawet ofiary się ich zrzekają, że Kongres Żydów jest uzurpatorem, że działa bez upoważnienia ze strony ofiar - to ich obezwładni. Innego wyjścia dla Polski nie ma. Traktowanie ich jako partnerów i rozpoczęcie dialogu będzie równoznaczne z przegraną (...). Chciałbym, aby Polacy wiedzieli, że porządni, prawdziwi Żydzi nie chcą Polski rujnować, nie chcą mieć także nic wspólnego z grupą szantażystów i awanturników".
W kontekście tych uwag prof. Normana Finkelsteina warto przypomnieć o ciągle zbyt mało nagłaśnianych w Polsce postaciach propolskich Żydów w różnych krajach świata (np. Stanisława Aronsona, byłego żołnierza AK, i Artura Wagemana w Izraelu, Samuela Dombrowskiego w Niemczech), którzy niejednokrotnie występowali przeciw antypolskim oszczerstwom niektórych środowisk żydowskich wobec Polski.
Niestety, żaden z kolejnych polskich rządów nie przyjął jakże zasługujących na uwagę porad naszego żydowskiego przyjaciela zza oceanu. Nikt nie pomyślał nawet o tym, żeby zaprosić prof. N. Finkelsteina do Polski. A przecież - jak to niejednokrotnie już publicznie sugerowałem - prof. N. Finkelsteina należało uroczyście zaprosić na otwartą sesję polskiego Sejmu czy Senatu, aby wystąpił ze swym tak jednoznacznym potępieniem nikczemnych antypolskich roszczeniowców z "bandy Bronfmana". Miałoby to bardzo znaczący międzynarodowy wydźwięk. Inna jakże istotna sprawa. Wielokrotnie występowałem z sugestią, aby prof. Finkelsteina, zdecydowanego obrońcę polskich narodowych interesów (który nas dużo lepiej bronił niż kolejne polskie rządy!) uhonorować jakże zasłużonym w tym przypadku tytułem doktora honoris causa UW czy UJ.
Niestety, polskie władze wyraźnie nie myślały o obronie polskich interesów narodowych i nie posłuchały tak ważnych dla nas ostrzeżeń i zaleceń rzetelnego żydowskiego naukowca zza oceanu. Mogliśmy zaobserwować już wcześniej, bo od 1996 roku, jak czołowi politycy i kolejne rządy polskie faktycznie wspierali żydowskie roszczenia lub w najlepszym razie okazywali wobec nich godną potępienia bierność, zamiast się im zdecydowanie przeciwstawić. W efekcie przygotowania do ograbienia Polski mogły nabierać tym większego impetu. Przyjrzyjmy się bliżej kolejnym etapom tych przygotowań, swego rodzaju artyleryjskim ostrzeliwaniom w mediach i paszkwilanckim publikacjom książkowym, tak aby "odpowiednio" oczyścić przedpole do momentu decydującego ataku żydowskich roszczeniowców.
Wsparcie w Polsce (!) dla antypolskich roszczeń
Zaledwie w kilka miesięcy po wystąpieniu I. Singera z polakożerczym szantażem żydowscy roszczeniowcy zyskali doskonałe wsparcie ze strony tak niechętnego prawdziwym polskim interesom narodowym postkomunistycznego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Już w lipcu 1996 r. podczas spotkania z przedstawicielami organizacji żydowskich w Nowym Jorku Kwaśniewski przyobiecał szybki zwrot mienia Żydom. Wkrótce potem Kwaśniewski zdecydowanie odrzucił ostry protest prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala przeciw polskiej uległości wobec Żydów. Z kolei sekretarz stanu Marek Siwiec, występując na konferencji prasowej w imieniu prezydenta Kwaśniewskiego, stwierdził, że: "Polska i społeczeństwo polskie powinny przeprosić za to, co było niegodziwe w historii Polaków i Żydów po II wojnie światowej". Tego typu wystąpienia oficjalne ze strony czołowych polityków postkomunistycznych były przyjmowane przez roszczeniowców żydowskich jak plaster miodu na serce. Tym bardziej nasilała się ich antypolska buta. Jaskrawym tego wyrazem było wystąpienie w 1999 r. grupy amerykańskich Żydów z pozwem sądowym przeciw Polsce. Adwokaci żydowscy ze Stanów Zjednoczonych obciążyli Polskę i Polaków oskarżeniami o współudział z Hitlerem w zbrodniach na Żydach i o kontynuowanie antyżydowskich czystek etnicznych i rasowych po wojnie.
Oskarżenia te były tak nikczemne i absurdalne, że nawet naczelny redaktor zdominowanej przez Żydów "Gazety Wyborczej" Adam Michnik uznał za celowe publiczne odcięcie się od wspomnianych antypolskich oskarżeń. Michnika najwyraźniej zdenerwowała ta część żydowskiego pozwu z USA, która uderzała we władze komunistyczne, w powojenny, zdominowany przez Żydów rząd, z którym związani byli jego rodzice: ojciec Ozjasz Szechter - były członek Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, i matka - autorka kłamliwych komunistycznych podręczników do historii. Nawet odcinając się od antypolskiego pozwu, Michnik dopuścił się pewnego rodzaju manipulacji, przedstawiając pozew jako rzekomy odosobniony wybryk grup adwokatów żydowskich. W rzeczywistości chodziło o wzbierającą falę żydowskich roszczeń antypolskich, która miała przybrać szczególnie na sile w ostatnich kilku latach. Jej głównym wyrazicielem stał się tak fetowany parę lat temu przez Michnika Jan Tomasz Gross z jego książką "Strach", która dokładnie powtórzyła i "twórczo rozwinęła" wszystkie najobrzydliwsze oszczerstwa z żydowskiego pozwu z 1997 roku. Na tym tle tym bardziej znamienne jest dzisiejsze milczenie Michnika na temat kalumnii Grossa. Odciąć się od "swego" Grossa nie może i nie chce. Ewentualne poparcie Michnika oszczerczych tez Grossa groziłoby obnażeniem całej obłudy Michnikowego potępienia dla pozwu adwokatów żydowskich z 1999 roku.
Szczególnie nijaka, wręcz żałosna, była reakcja władz polskich na antypolski pozew zza oceanu. Zabrakło jakiejkolwiek stanowczej odpowiedzi ze strony premiera Jerzego Buzka, nie mówiąc o czołowej postaci żydowskiego lobby w Polsce, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka. A przecież na takie oszczerstwa należało stanowczo walnąć pięścią w stół. Porównywanie nas z hitlerowcami, pisanie w ten sposób o Polsce, o kraju, który poniósł największe zniszczenia w czasie wojny i stracił miliony obywateli, mężczyzn, kobiet, dzieci, zamordowanych przez Niemców, było oszczerstwem kwalifikującym się do sądu. W rozmowie z p. red. Małgorzatą Rutkowską z "Naszego Dziennika" pt. "Rachunek niezaspokojonych krzywd" (nr z 21-22 sierpnia 1999 r.) powiedziałem m.in.: "Dziwię się ogromnej bierności rządu premiera Buzka; jego oświadczenie o 'niezbyt dyplomatycznym języku' pozwu jest kompromitujące. Czekam na oświadczenie ministra Geremka i innych postaci życia publicznego, od przywódcy AWS Krzaklewskiego po marszałka Sejmu Płażyńskiego. Ta sprawa jest zbyt istotna dla dobrego imienia Polski (...) Mamy dług wobec przeszłych pokoleń Polski, które ciężko zapłaciły za obronę naszej suwerenności. Ci, którzy nami rządzą, powinni być godni tamtych wielkich Polaków i umieć wystąpić w obronie dobrego imienia Polski. Dawniej za to płacono życiem, a dziś trzeba tylko, albo aż tak wiele, powiedzieć publicznie prawdę".
Niestety, nie doczekałem się publicznego wystąpienia z potępieniem antypolskiego pozwu ani ze strony Geremka, ani Krzaklewskiego, ani Płażyńskiego. Warto dziś także pamiętać o tamtych jakże niegodnych zaniechaniach obrony prawdy o Polsce!
W cytowanej rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ostrzegałem również: "Obawiam się bowiem, że prędzej czy później dojdzie do otwartego zamanifestowania tego, co już działa po cichu - sojuszu antypolonizmów. Sojuszu antypolskiej części środowisk żydowskich, niemieckich, rosyjskich. Najgroźniejszy dla nas może być sojusz bardzo wpływowych środowisk żydowskich i niemieckich". I oto dziś z goryczą obserwuję, jak bardzo spełniły się moje ostrzeżenia sprzed ośmiu lat. Obserwujemy wyraźne współgranie w czasie roszczeń niemieckich i żydowskich. Oba typy roszczeń bazują na wspólnym kłamstwie - dążeniu do przedstawienia Polaków doby wojny jako katów, a nie ofiary, jakimi rzeczywiście byliśmy. Do tego doszły ostatnio nagle roszczenia niektórych wpływowych środowisk ukraińskich o odszkodowania za Akcję "Wisła", co można było z góry przewidzieć już dawno w momencie, gdy wystąpili w tej sprawie różni "przepraszacze".
Od Grossa do Schnepfa
Kolejny etap w nasileniu działań antypolskich roszczeniowców stanowiły publikacje Jana Tomasza Grossa: "Upiorna dekada" (1991 r.) i "Sąsiedzi" (2001 r.). Jako pierwszy ostrzegł przed niebezpiecznymi manipulacjami J.T. Grossa prof. Iwo C. Pogonowski w tekście atakującym nikczemne kłamstwa "Upiornej dekady" na łamach krakowskich "Arcanów". Profesor Pogonowski stwierdził tam bez ogródek, że działając dla wymuszenia ogromnego haraczu od Polaków, w publikacjach typu książki Grossa "stwarza się mity o udziale Narodu Polskiego w zagładzie Żydów, łatwiej jest ściągać odszkodowania od winnych niż od współofiar". Zdaniem prof. Pogonowskiego: "Propaganda Grossa pomaga ekstremistycznym ugrupowaniom żydowskim w ich próbach wymuszania od rządu polskiego haraczu za zbrodnie dokonane w Polsce przez Niemców, Sowietów i kryminalistów".
Już w 2001 roku doszło do prawdziwej kulminacji antypolskich ataków w związku z tak mocno nagłaśnianą przez potężne kosmopolityczne lobby w Polsce książką "Sąsiedzi" J.T. Grossa. Książka została wykorzystana przez wszystkie środowiska antypolskie w świecie, od USA po Niemcy i Rosję, dla prawdziwej intensyfikacji kampanii oszczerstw antypolskich. W samych Niemczech w krótkim czasie ukazało się kilkaset tekstów o Jedwabnem, powtarzających wciąż jak rytualną mantrę twierdzenie - i oto wreszcie okazało się, że Polacy nie byli ofiarami, lecz katami! Kolejnym decydującym impulsem do ataków przeciw Polsce i wzmocnienia szantaży roszczeniowców miała stać się wydana w czerwcu zeszłego roku książka J.T. Grossa "Strach". Nie muszę już przypominać Czytelnikom "Naszego Dziennika", jak podły był zamieszczony w niej zestaw kalumnii antypolskich.
Zdecydowane wystąpienie grupy krajowych i polonijnych historyków i publicystów przeciw książce Grossa, skrupulatne miażdżące zdemaskowanie jej łgarstw zablokowało próby rozwinięcia nowej antypolskiej kampanii w samej Polsce. Wystąpienie Grossa z wykładem 4 lipca 2006 r. w Krakowie, po którym uciekł przed dyskusją, okazało się swego rodzaju łabędzim śpiewem hochsztaplera zza oceanu w Polsce. Jakże znamienny był fakt, że "Gazeta Wyborcza", która do końca czerwca zeszłego roku w ciągu jednego zaledwie półrocza zaatakowała mnie aż 18 razy, nagle umilkła i przez kolejne 8 miesięcy ani razu nie próbowała zaatakować mnie za 21 antygrossowych tekstów w "Naszym Dzienniku" i książkę "Nowe kłamstwa Grossa". Uznano, że Gross jest już tak skompromitowany, że lepiej gruntowniej przemilczeć całą sprawę na zasadzie "w domu powieszonego nie mówi się o stryczku!".
A jednak znalazł się ktoś, kto próbował, i to maksymalnie szeroko, nagłaśniać oszczerstwa J.T. Grossa, tyle że w małonakładowym żydowskim czasopiśmie "Słowo Żydowskie", redagowanym przez swojego ojca - Marek Safjan. Jako prezes Trybunału Konstytucyjnego (choć ten Trybunał nie miał nic wspólnego ze sprawą książki Grossa) M. Safjan wystąpił z otwartym nagłośnieniem najbardziej niebezpiecznej dla Polski tezy Grossa. Chodziło o głoszony przez adwokatów w Nowym Jorku oszczerczy pogląd, iż rzekomo Żydzi w Polsce w pierwszych latach powojennych nie mieli żadnych szans na odzyskanie mienia i nie mogli liczyć na żadną pomoc władz w tym względzie. Czytelnicy "Naszego Dziennika" znają już dobrze te manipulacje M. Safjana z mego tekstu "Jak kłamie prof. Safjan". Jedno jest pewne - to, co zrobił swoim tekstem w "Słowie Żydowskim" z września 2006 r. prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. M. Safjan, było jednoznacznym wsparciem antypolskich roszczeń nowojorskich adwokatów żydowskich i ogólnie "przedsiębiorstwa holokaust". Za to działanie prof. Safjan sam kwalifikuje się do tego, by stanąć przed Trybunałem Konstytucyjnym!
W zeszłorocznych krajowych, jakże niegodnych przygotowaniach do wsparcia roszczeń żydowskich wobec Polski poczesną rolę odegrał Ryszard Schnepf, pełniący przez kilka miesięcy ministerialne stanowisko jako doradca do spraw polityki zagranicznej premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Schnepf był przez wiele lat polskim ambasadorem w krajach Ameryki Południowej i wtedy wyróżnił się niegodziwymi, jakże oszczerczymi atakami na przywódcę Polaków na tamtym kontynencie Jana Kobylańskiego. (Dziś te niegodziwe ataki kontynuuje za pieniądze wszystkich polskich podatników Dorota Wysocka-Schnepf w wildsteinowskiej telewizji publicznej! Jak długo będzie to robić bezkarnie?!). O roli Schnepfa w dziwnie ukrywanych przed polskim społeczeństwem pertraktacjach z "przedsiębiorstwem holokaust" pisał znany publicysta nurtu patriotycznego Stanisław Michalkiewicz. Wspominał w tym kontekście o premierze K. Marcinkiewiczu, który nie mógł nie wiedzieć o zakulisowych działaniach R. Schnepfa w całej sprawie.
Szeroko opisał zatajane przed Polakami negocjacje Schnepfa z żydowskimi roszczeniowcami (w oparciu o internetową stronę WJC, tj. Światowego Kongresu Żydów) Tomasz Sommer, zastępca redaktora naczelnego "Najwyższego Czasu". Ustalenia Sommera przywołuję za przedrukowanym w kanadyjskim polonijnym "Głosie Polskim" (nr z 6 czerwca 2006) jego artykułem "Dla kogo robił Schnepf?". Według tego tekstu, na stronie internetowej WJC pisano, że Schnepf przed swoim zdymisjonowaniem (za pochlebną wypowiedź o inicjatywie budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu) prowadził negocjacje z Żydowską Komisją Roszczeniową w sprawie odszkodowań za mienie żydowskie. Na stronie internetowej WJC wyrażano obawy wiceprezesa Komisji Roszczeniowej Gideona Taylora, że odejście Schnepfa może doprowadzić do spowolnienia tempa negocjacji w sprawie rekompensat dla Żydów. Stąd Taylor apelował do polskiego rządu o szybsze wprowadzenie odpowiedniego ustawodawstwa we wspomnianej sprawie.
Na stronie WJC podano informację, że ojciec Schnepfa "był głową polskiej społeczności żydowskiej w czasach komunizmu". Tomasz Sommer skomentował tę informację słowami: "Wynika z tego, że Schnepf też jest co najmniej rodzinnie zaangażowany w ten temat i stąd jego skłonność do uległości w tej sprawie i w ogóle zapał do jej prowadzenia. Krótko mówiąc, komunikat WJC wprost sugeruje, że Schnepf był zaangażowany w negocjacje z przyczyn osobistych, a właściwie - po prostu rasowych".
Warto przypomnieć jakże godne uwagi kwestie podniesione pod koniec tekstu red. T. Sommera w całej jakże istotnej, a zatajanej przed Narodem sprawie:
"W świetle powyższych faktów trzeba postawić następujące pytania, na które musi wreszcie jasno odpowiedzieć polski rząd:
1. Jaki jest rzeczywisty stan zaangażowania negocjacji z przemysłem holokaustowym? Jakie i kiedy odszkodowania grożą Polsce i kto miałby je wypłacić?
2. Jaki jest skład polskiej komisji zajmującej się tymi negocjacjami i czy jego członkowie mają związki z mniejszością żydowską?
3. Czy w polskich strukturach odpowiedzialnych za politykę zagraniczną istnieją jakieś organy kontrolne, które uniemożliwiałyby poszczególnym dyplomatom działania powodowane jakimiś własnymi osobistymi usytowaniami?
Pytania te publicznie kierujemy do rzecznika polskiego rządu".
O ile wiem, rzecznik rządu K. Marcinkiewicza nie zdobył się na publiczne ustosunkowanie do pytań postawionych przez red. Tomasza Sommera!
Antypolski punkt widzenia
Kolejnym szczególnie szkodliwym działaniem na szkodę interesów Polski była wydana kilka tygodni temu w języku angielskim przez polskie MSZ i Polski Instytut Spraw Międzynarodowych publikacja pt. "Difficult Postwar Years. Polish Voices In Debate Over Jan T. Gross's Book Fear". Książka ta stanowiła dokonaną z całym cynizmem próbę zaprzepaszczenia szans publicznego obalenia na forum międzynarodowym godzących w Polskę kłamstw Grossa. Jeśliby autorowi MSZ-owskiej publikacji leżała rzeczywiście na sercu obrona polskich interesów narodowych, to za najważniejszy jej cel uznałby przedstawienie artykułów obalających najbardziej niebezpieczne dla Polski i Polaków oszczerstwa Grossa w sprawie mienia żydowskiego. Chodziłoby o te kłamstwa, które wspierają materialne roszczenia przedstawicieli "przedsiębiorstwa holokaust". Prawdziwie rzetelny i obiektywny autor wyboru tekstów z MSZ przedstawiłby artykuły polskie pokazujące - wbrew kłamstwom Grossa - że w pierwszych latach powojennych doszło do bardzo wielu zwrotów mienia żydowskiego. Pokazałby, że zwroty te dokonywane były bardzo często z nader silnym wsparciem polskich sądów. A częstokroć z poparciem komunistycznych władz i milicji. Podjąłem już tę sprawę szczególnie szeroko kilka miesięcy temu na łamach "Naszego Dziennika". Jednoznacznie opisywali tę kwestię, prostując oszczerstwa Grossa, również polonijni autorzy: profesor John Radziłowski z USA i mecenas Ryszard Tyndorf z Kanady. Zamieścili swe teksty już w lipcowym numerze "Biuletynu IPN" z 2006 r., a więc wyraźnie przed datą zamknięcia selekcji tekstów do publikacji MSZ (15 sierpnia 2006 r.).
W publikacji MSZ nie tylko doszło do pominięcia wszystkich wyżej wspomnianych tekstów, ale na 142 stronach tekstu w ogóle zabrakło jakiejkolwiek najmniejszej wzmianki o tak licznych zwrotach mienia żydowskiego w Polsce dla jego byłych żydowskich obywateli. W tylko jednym jedynym miejscu (na s. 17) podano bardzo mętną i nieścisłą informację A. Żbikowskiego, że w sprawach sądowych w Polsce powojennej zajmowano się raczej ustaleniem stanu posiadania niż żądaniami w sprawie zwrotu mienia. Tym częściej za to mogliśmy przeczytać w książce MSZ o tym, jak Polacy skorzystali na rabunku mienia żydowskiego (s. 11, 19, 24, 40, 96, 133, 135, 137), że Polacy nie chcieli za nic oddawać tego mienia (s. 19, 40, 136). Autor MSZ-owskiego wyboru najwyraźniej zadbał o to, aby zagraniczni czytelnicy wyrobili sobie "odpowiednią" opinię o antysemickiej krwiożerczości Polaków z oficjalnej polskiej publikacji. Aż na 35 stronach tego wyboru możemy przeczytać o mordowaniu Żydów przez Polaków. "Dowiadujemy się" więc, że Polacy mordowali Żydów w czasie wojny (s. 11, 17, 61, 91, 92, 99, 116) i potem znów po wojnie (s. 16, 18, 20, 24, 27, 40, 49, 51, 52, 56, 57, 59, 75, 79, 93, 94, 95, 101, 102, 103, 108, 119, 121, 133, 135, 136, 141). Aby w pełni pokazać antyżydowską "krwiożerczość Polaków", dokonujący wyboru "selekcjoner" z MSZ zatroszczył się również o zamieszczenie artykułów pokazujących wcześniejsze rzekome mordy na Żydach. I tak np. na s. 109-110 z tekstu P. Wróbla zagraniczni czytelnicy będą mogli się dowiedzieć o rzekomej fali antyżydowskich pogromów w Polsce lat 1918-1919. Z kolei w tekście A. Całej (s. 51) możemy przeczytać obrzydliwe oszczerstwa o rzekomym zamordowaniu ponad 200 osób ze środowisk żydowskich w ponad stu "pogromach" w Polsce w latach 1935-1937.
Anonimowy autor wstępu do publikacji MSZ kłamliwie stwierdził, jakoby książka ta miała przedstawić "polski punkt widzenia". To stwierdzenie jest wyjątkowo bezczelnym wyrazem obłudy. W skierowanej za granicę publikacji MSZ z wielką starannością wyrażano nie polski, lecz antypolski punkt widzenia!
Krytyki "haniebnej" publikacji MSZ
Moje bardzo ostre oceny antypolskiej publikacji MSZ zyskały zdecydowane poparcie szeregu bardzo dobrze wprowadzonych we wspomnianą problematykę polskich znawców przedmiotu, począwszy od prof. dr. hab. Bogusława Wolniewicza, który jednoznacznie określił publikację polskiego MSZ jako "antypolską dywersję". 1 lutego 2007 r. "Nasz Dziennik" opublikował skierowany do p. minister spraw zagranicznych Anny Fotygi list europosłów Urszuli Krupy i Witolda Tomczaka, ostro piętnujący fakt, że "MSZ podpisało się pod antypolskimi fałszami". Europosłowie pytali: "Czy doprawdy jesteśmy skazani na to, aby Polska była oczerniana na forum międzynarodowym przy współudziale najwyższych urzędów Państwa Polskiego?".
Najnowsza "Niedziela" (numer z 18 lutego 2007 r.) zamieszcza bardzo ostre oświadczenie trzech senatorów RP: Czesława Ryszki, Ryszarda Bendera i Adama Bieli "w sprawie antypolskiej książki J.T. Grossa", skierowane do p. minister A. Fotygi. Sygnatariusze oświadczenia stanowczo piętnują godzącą w polskie interesy narodowe anglojęzyczną publikację MSZ. Zarzucają "anonimowemu selekcjonerowi" tekstów do tej publikacji, iż "chciał za wszelką cenę zafałszować przebieg polskiej debaty wokół książki Grossa, a zarazem dać mu maksymalne wsparcie za granicą przez swoją iście antypolską selekcję". Sygnujący list senatorowie RP stwierdzają bez ogródek, iż: "Przygotowanie tak okaleczonego na szkodę Polski wyboru przez polskie MSZ było w tej sytuacji niebywale szczodrym prezentem dla niektórych nienawidzących Polaków środowisk żydowskich w USA". Bardzo ważne znaczenie ma fakt, że 3 lutego 2007 r. do minister A. Fotygi została skierowana interpelacja poselska Gabrieli Masłowskiej, opublikowana w "Naszym Dzienniku" 15 lutego 2007 roku. Posłanka nader ostro piętnuje omawianą wyżej publikację MSZ, stwierdzając m.in., iż stanowi ona "superselekcję poglądów kaleczących wizerunek Polski i Polaków, fałszujących historię stosunków polsko-żydowskich". Jak pisze posłanka Gabriela Masłowska: "Jest skandalem, aby oficjalna polska publikacja, wydana i przetłumaczona przez MSZ, przedstawiająca rzekomo 'polski punkt widzenia' dostarczała argumentów na rzecz oskarżeń Polaków o antysemityzm".
Kto w MSZ jest odpowiedzialny za wydanie tej haniebnej publikacji, która przynosi szkody Polsce? Czy MSZ podjęło działania mające na celu wstrzymanie i wycofanie egzemplarzy z obiegu i z zagranicy? Czy osoby odpowiedzialne i ponoszące winę zostały ukarane?
Z bardzo ostrą krytyką antypolskiej publikacji MSZ wystąpiło Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski z siedzibą w Rzeszowie, piętnując książkę "wzmacniającą działania polakożerców". Stowarzyszenie zażądało przeznaczenia jej na przemiał, akcentując, że osoby odpowiedzialne za jej publikację winny być obciążone kosztami jej druku i zniszczenia całego nakładu. 12 lutego 2007 r. do p. minister Anny Fotygi został skierowany protest krakowskiego klubu "Myśl dla Polski", sygnowany m.in. przez prof. dr. hab. Rafała Brodę, ks. prof. dr. hab. Tadeusza Ślipkę i dr. hab. Jerzego Koniora. Autorzy tego tekstu stwierdzali m.in., że: "W gruncie rzeczy osoby, które w ramach MSZ podjęły się tak drastycznie antypolskich działań, jak wydanie wspomnianej wyżej książki przeznaczonej dla anglojęzycznej opinii publicznej, dopuściły się dywersji wobec Polski i powinny ponieść odpowiedzialność; w szczególności muszą one zostać zidentyfikowane i zdecydowanie usunięte z MSZ i jego otoczenia".
Wnioski z tych wszystkich oświadczeń są aż nadto jednoznaczne. MSZ winno łączyć Polaków, nie jątrzyć; walczyć z antypolonizmem, zamiast go wspierać; nie kłamać, lecz bronić prawdy o Polsce. Ci, którzy próbują nadać MSZ przeciwstawny model, powinni być natychmiast usunięci z tego resortu!
Bonzowie z MSZ liczą na to, że sprawa skandalicznej antypolskiej publikacji powoli się wyciszy. Nie dopuśćmy do tego. Mam nadzieję, że p. minister A. Fotyga doprowadzi do jak najszybszego ukarania przedstawicieli antypolskiego lobby w MSZ. MSZ musi wreszcie zostać w pełni odzyskane w imię autentycznej obrony polskich interesów w świecie!
www.naszdziennik.pl