logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: CLEMENS BILAN / PAP/EPA

Pozycja Merkel wyraźnie słabnie

Środa, 22 listopada 2017 (19:55)

Z prof. Karolem Karskim, członkiem Prezydium Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Zgada się Pan z tezą, że ostatni tweet Donalda Tuska mógł być zasłoną dymną i miał za zadanie odwrócić uwagę od bezkrólewia oraz kryzysu na politycznej scenie w Niemczech?

– Dyskutować i wysuwać takie czy inne tezy zawsze można. Jednak pytanie brzmi: Czy wartość jednego tweeta – niezależnie od jego treści, nawet jeśli jego autorem jest aktualnie sprawujący funkcję szefa Rady Europejskiej Donald Tusk – jest na tyle duża, żeby aż tyle zaprzątać sobie nim głowę? W mojej ocenie nie.

Tusk sam sobie to wszystko wymyślił?

– Ogólna ocena jest taka, że o trzeciej nad ranem takich rzeczy się nie pisze z głowy czy potrzeby serca, bo bardziej odpowiednie do tego typu „twórczości” są godziny w ciągu dnia. Może ktoś Tuskowi tego gotowca podesłał…? Tak czy inaczej – nawet taka wersja wydarzeń wcale nie zwalnia Donalda Tuska z odpowiedzialności za powielanie tego typu nieprawdziwych informacji o swojej Ojczyźnie.

Wracając jeszcze do wątku niemieckiego, który wydaje się tu istotny, pojawiły się tezy, że rozmowy w sprawie utworzenia rządu w Niemczech zostały zerwane przez liberalną FDP po to, żeby dać czas Rosjanom na dokończenie projektu Nord Stream 2. Z kolei tzw. koalicja jamajska chciała zablokować ten projekt…

– Trzeba podkreślić, że koalicja „jamajska” nazywana tak od kolorów partyjnych tworzących ją formacji politycznych, identycznych z kolorystyką flagi Jamajki, czyli CDU/CSU, Liberałowie z FDP i „Zieloni” byłaby dość egzotyczna. Tak czy inaczej wygląda na to, że jest duża trudność w skonstruowaniu większości rządowej w Niemczech, a bez liberałów z FDP, którzy właśnie zerwali rozmowy, koalicja mniejszościowa miałaby mniejsze przebicie na gruncie krajowym, ale też na arenie międzynarodowej. Co by jednak nie powiedzieć, to ten utrzymujący się stan klinczu, z całą pewnością nie może trwać w nieskończoność. Niemcy mieli na gwiazdkę otrzymać nowy rząd, a na razie na wewnętrznej politycznej scenie trwa zwarcie. Jeśli ten pat będzie się utrzymywał na dłuższą metę, to u naszego zachodniego sąsiada – najprawdopodobniej w lutym przyszłego roku – dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Czym – Pana zdaniem – są spowodowane problemy z utworzeniem rządu w Niemczech?

– Z całą pewnością utrzymywanie się przez dość długi czas rządu przejściowego, który nie jest oparty na wyniku wyborów parlamentarnych, jest pewnym odejściem od zasad demokracji parlamentarnej, stąd racjonalne jest to, że taki stan powinien trwać możliwie jak najkrócej. Tymczasem wybory odbyły się 24 września i mija dwa miesiące, a rządu jak nie było, tak nie ma. Co więcej, negocjacje zostały zerwane, a widmo przedterminowych wyborów staje się coraz bardziej realne. Natomiast, w czym to pomoże, czy też zaszkodzi i komu, to jest dalsza kwestia. Symptomatyczne jest jednak to, że zaraz po wrześniowych wyborach parlamentarnych w Niemczech kanclerz Angela Merkel zarządziła, że do listopada żadne rozmowy na temat koalicji nie będą się toczyły.

Czemu miała służyć ta zwłoka…?    

– Nie sądzę, żeby chodziło tu o uspokojenie emocji po kampanii i samych wyborach parlamentarnych. Być może są jakieś inne powody, które zadecydowały o tej zwłoce. Z całą pewnością nie jest standardowa taka sytuacja, kiedy bezpośrednio po wyborach z ust czołowego polityka niemieckiego pada stwierdzenie w rodzaju: a teraz będziemy rządzili nie w oparciu o koalicję wyłonioną przy urnach, tylko poczekamy kilka miesięcy i wtedy będziemy rozmawiać o sformowaniu nowego rządu. Możliwe, że kanclerz Merkel chciała dać swoim potencjalnym koalicjantom mniej czasu na negocjacje i podjęcie decyzji. Tyle tylko że, jak widać, do tej pory nie osiągnęła pozytywnego dla siebie rezultatu.

Czy Angela Merkel, której notowania spadają, ryzykowałaby zwłokę w formowaniu rządu, przedterminowe wybory i utratę stanowiska, czego też nie można wykluczyć?

– Kolejne wybory parlamentarne – w tak krótkim czasie – z całą pewnością oznaczałyby dalszy spadek poparcia dla dużych niemieckich partii, a wzrost notowań dla sił skrajnych, nacjonalistycznych formacji politycznych. Pytanie brzmi: Czy ten spadek byłby na tyle znaczący, że uniemożliwiałby powstanie logicznej koalicji rządzącej? Historia niemiecka, także ta przedwojenna, pokazuje, że wtedy, kiedy bezpośrednio po wyborach dochodzi do kolejnych i następnych wyborów parlamentarnych, to zyskują skrajne siły. W tej sytuacji pozycja Angeli Merkel wyraźnie słabnie.  

Czy w związku z tym Merkel nie powinna sama zrezygnować ze stanowiska i usunąć się w cień?

– Pozostawmy ten problem do rozstrzygnięcia Niemcom. Tak jak my nie chcemy, żeby ktoś mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy, a tym bardziej decydował, jak ma wyglądać polska scena polityczna, tak samo jest w przypadku Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi z pewnością sami sobie ułożą figury na wewnętrznej politycznej szachownicy, natomiast jak to zrobią i jakie będą tego konsekwencje, także w wymiarze polityki zagranicznej, przekonamy się za jakiś czas. Najbliższe tygodnie pokażą, czy powstanie nowy niemiecki rząd złożony z największych sił politycznych, czy może prezydent Frank Walter Steinmeier będzie zmuszony rozwiązać niemiecki parlament i rozpisać nowe wybory do Bundestagu. Niezadowolenie wyborców może się skupić na CDU, która w jesiennych wyborach uzyskała największe blisko 33-procentowe poparcie, i na szefowej tego ugrupowania Angeli Merkel. Z kolei na tym politycznym klinczu zyskać mogą populiści ze skrajnie prawicowego AfD. Jest jeszcze jedno wyjście. Mianowicie, że Angeli Merkel – mimo wszystko – uda się porozumieć z socjaldemokratami SPD Martina Schulza, które po wrześniowych wyborach, mimo iż uzyskało 20,5 proc. poparcia, zapowiedziało opozycję wobec rządu obecnej kanclerz.    

Na ile kryzys niemiecki mógł być wywołany przez Moskwę?

– Nie ulega wątpliwości, że rząd przejściowy w Niemczech nie będzie tak skuteczny jak władza posiadająca pełny mandat społeczny. To może się odbić także na pozycji tego kraju na arenie międzynarodowej. Czy za obecnym kryzysem może stać siła trzecia, to trudno stwierdzić. Oczywiście Rosjanie od lat są znani z działań destabilizacyjnych w różnych obszarach. Na razie nie mamy jednak wystarczającej wiedzy, żeby formułować ostateczne i zbyt daleko idące wnioski oraz doszukiwać się aż tak głębokich zależności.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl