logo
logo
zdjęcie

Dr Tomasz M. Korczyński

Buddyzm religią pokoju? Nie na Sri Lance

Niedziela, 24 sierpnia 2014 (21:18)

Wojna domowa na Sri Lance, która wybuchła w 1983 roku i zakończyła się dopiero w 2009 roku jeszcze przez długie lata będzie żywa w świadomości całego społeczeństwa. Syngalezi, którzy są wyznania buddyjskiego i stanowią 75 proc. populacji prowadzili wyniszczające operacje militarne przeciwko zbuntowanym Tamilom, wyznającym z kolei hinduizm,  którzy stanowią ok. 20 proc. populacji. Ginęli głównie cywile. Maleńka i uboga wspólnota chrześcijańska doświadczała przemocy od obydwu stron konfliktu. Dziś, po zakończeniu krwawej wojny, która kosztowała życie, według różnych szacunków nawet 100 tys. istnień ludzkich, nadal mają ciężko. Przede wszystkim ze strony faworyzowanej większości.

Członkowie buddyjskiej grupy fanatyków „Ravana Balaya” zażądali od ewangelikalnych chrześcijan w Polonnaruwa (północna część Sri Lanki), aby nie gromadzili się więcej na swoich nabożeństwach. W ciągu kilku ostatnich dni fanatycy wdarli się na dwadzieścia nabożeństw i zażądali od pastorów natychmiastowego zaprzestania dalszej działalności na ich terenach. Generalny sekretarz buddyjskiej grupy, Ittekande Saddhatissa Thero oznajmił, że w wyniku licznych skarg ze strony buddystów i hinduistów musiał wydać taki rozkaz. Zgodnie z jego wiedzą, chrześcijańscy misjonarze obdarowują hinduistów i buddystów prezentami i płacą im, żeby się nawrócili na chrześcijaństwo. Większej niedorzeczności dawno nie słyszałem. Chrześcijanie byli i są obywatelami drugiej kategorii na Sri Lance. Przede wszystkim w porównaniu z większością buddyjską, ponieważ buddyzm jest tu religią państwową.

Ale nawet mniejszość hinduistyczna, pomimo wojny domowej, która wykrwawiała kraj przez długie dekady, miała wyższy status niż wyznawcy Chrystusa. A tutaj nagle okazuje się, że wyznawcy Chrystusa stali się bogatymi mecenasami, którzy obsypują darami ubogich buddystów. Każdy pretekst do niszczenia chrześcijaństwa jest dobry. Hinduistów bronią Indie, z którymi Syngalezi się liczą, ponadto reżim chroniący swoich buddystycznych obywateli nie chce nawrotu wojny domowej. Za chrześcijanami nikt się nie wstawi, więc można się nad nimi bezkarnie pastwić i wytwarzać wspomniane nonsensy.

W każdym razie lokalni chrześcijanie dementują te pomówienia. Liderzy wspólnot i poszczególnych Kościołów donoszą natomiast o stałym nękaniu, życiu w strachu i terrorze. Na początku lipca agresywni mnisi buddyjscy z tłumem fanatyków wtargnęli na nabożeństwo w dystrykcie Ratnapura, przerwali modlitwę i skonfiskowali Pismo Święte. Wierni obawiają się, że gotowość do przemocy jaką wykazują buddyści, może oddziaływać negatywnie na całą populację. Jest to szczególnie niebezpieczne w kontekście zapowiedzianej wizyty apostolskiej Ojca Świętego Franciszka w tym państwie w 2015 roku.

Według danych „Christian Evangelical Alliance”, od początku 2014 roku ok. 60 ewangelikalnych kościołów i centrów modlitwy zostało zaatakowanych przez buddyjskich ekstremistów. W roku 2013 odnotowano 120 ataków na chrześcijan. Agresja niestety wzrasta, dlatego idą złe czasy dla wyznawców Chrystusa na Sri Lance. Szkoda tylko, że na Zachodzie wciąż panuje mit buddyzmu jako religii pokoju. Na pewno nie dotyczy to Cejlonu.

Dr Tomasz M. Korczyński

NaszDziennik.pl