zdjecie

Szef ABW gen. Krzysztof Bondaryk (z prawej) przysłał posłom list z wyjaśnieniami, minister Jacek Cichocki w ogóle zignorował zaproszenie na posiedzenie zespołu parlamentarnego (A. KULESZA)

Gry operacyjne

Czy sprawa Brunona K. była prowokacją lub próbą wykorzystania mężczyzny do walki z opozycją? Zdaniem byłego oficera służb specjalnych, brak asystencji prokuratora przy akcji każe pytać o jej prawdziwy cel i charakter

Maciej Walaszczyk

O sprawie Brunona K. posłowie z Parlamentarnego Zespołu ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa postanowili mówić na posiedzeniu jawnym. Jak podkreślał jego szef poseł Krzysztof Szczerski (PiS), okoliczności ujawnienia i medialnego rezonowania sprawy każą głośno stawiać pytania dotyczące wątpliwości związanych z rzekomym zamachem na państwo. - Posłowie mają szereg wątpliwości i pytań w tej sprawie, szereg wątpliwości wyrażali także komentatorzy, dziennikarze i opinia publiczna - tłumaczył poseł. Wskazywał, że standardem demokratycznego państwa prawa nie jest polityczne żerowanie na tego rodzaju zagrożeniach. Stało się jednak inaczej, co pokazała słynna konferencja prasowa ABW i prokuratury oraz medialna kampania, jaka miała miejsce w tych dniach. Zdaniem Antoniego Macierewicza (PiS), próby wykorzystywania pracy oficerów do realizacji doraźnych celów politycznych demoralizują służby i osłabiają zdolności obronne państwa. - To pytania o czas, o zarzuty dla grupy przestępczej - bo zarzuty są tylko i wyłącznie dla Brunona K. - o samą konferencję prokuratury. Próba "sklejenia" sprawy Brunona K. z tzw. problemem mowy nienawiści, z prawicowym ekstremizmem implikuje do postawienia pytania, dlaczego, co i w jakim formalnym trybie się toczyło. Macierewicz mówił wprost, że należy zastanowić się nad sformułowaniem pytania o zorganizowanej prowokacji. Marek Suski (PiS) zwrócił uwagę, że prezentacja prokuratury podczas słynnej konferencji opowiedziała historię jednego z zatrzymanych w tej sprawie. Mężczyzna, podobnie jak on sam, pochodzi z Grójca.

- Maciej O. jest osobą, która kolekcjonuje starą broń, jest muzykiem, plastykiem. U niego m.in. znaleziono tę broń, o której mówiono. Panowie spotkali się na bazarze staroci, a ten odsprzedał Brunonowi K. to, co oferował. I tak powstała "grupa zbrojna" - relacjonował poseł. W jego ocenie, od samego początku starano się wygenerować atmosferę zagrożenia, które w rzeczywistości było zdecydowanie niższe. - Chciano wykreować "polskiego Breivika", pojawiły się informacje, że głosował na Kaczyńskiego. Nie wiem, czy nie była to akcja obliczona na wywołanie takiego celu - dodał Suski.

Co najważniejsze, wątpliwości mają profesjonaliści. Ekspertyzę w związku z tą sprawą przygotował na wniosek posłów z zespołu płk Andrzej Kowalski, wieloletni oficer służb specjalnych, m.in. Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Sprawę ocenił w kontekście własnego doświadczenia zawodowego i pragmatyki służb. Jego zdaniem, jedyną osobą, która posiada całą wiedzę o tej historii, jest zapewne wyłącznie oficer prowadzący. - Wątpię, by miał ją szef służby czy prokurator - podkreślał. Kowalski wyjaśniał, że ABW przeprowadziła operację specjalną, która - jak wiele na to wskazuje - nie mieści się ani w kanonach działania zachodnich agencji, gdzie całość tego rodzaju działań nadzoruje prokurator, ani sowieckich, gdzie przy użyciu prowokacji dowolnie sterowano działaniami służb w celu prowadzenia gry operacyjnej z finałem w prokuraturze. Problem w tym, że w polskim prawodawstwie nie ma operacji specjalnej, legalnej, w której oficerowie wchodziliby we współpracę z przestępcą. - Tego polski ustawodawca nie przewiduje - mówił oficer. Podkreślał, że przy tego typu działaniach musiałby nieustannie asystować prokurator, ze względu na konieczność zbierania dowodów. Chroni to funkcjonariuszy przed popełnieniem przez nich przestępstwa. - Co innego w służbach sowieckich, w których wydziały śledcze dawały pozory opieki organów prawa nad operacjami specjalnymi - wyjaśniał, podkreślając, że żadna prokuratura nie miała dostępu do tego rodzaju operacji specjalnych. W ocenie Kowalskiego, polskie służby są rozpięte między tymi dwoma modelami. Z jednej strony chcą wariantu zachodniego, ale z drugiej ciąży nad nimi odium departamentu śledczego MSW.

Pułkownik Kowalski podkreślał, że kolejne wypowiedzi prokuratury ujawniły dużo szczegółów śledztwa. Świadczą one o tym, że prokuratura przed 5 listopada żadnych materiałów operacyjnych nie widziała, a teraz je dopiero odkrywa. - Świadczy to o tym, że sprawa była prowadzona tylko na płaszczyźnie operacyjnej, bez konsultacji prawnej co do sposobu zdobywania dowodów, że dopiero teraz śledztwo jest prowadzone pod nadzorem prokuratury, która o jej szczegółach nic nie wiedziała - podkreślał oficer.

Nadzór prokuratury mógł polegać jedynie na wydawaniu zezwoleń (z kontrasygnatą sądu) na stosowanie podsłuchów, ale nie kontrolę i weryfikację podejmowanych działań.

Zdaniem płk. Kowalskiego, który ocenił również działanie samej Agencji, jeżeli wykorzystano agentów do zbierania dowodów, to jest to poważne nadużycie. Oficer odniósł się też do nadzoru nad sprawą. W jego ocenie, jeśli była to sprawa takiego kalibru, jak prezentowano, a więc bardzo wyjątkowa, to zasługiwała na szczególny nadzór centrali ABW nad operacją w Krakowie. Kowalski zadał kilka ciekawych pytań: co robili funkcjonariusze ABW, gdy Brunon K. wchodził z nimi w porozumienie, gdy wchodził w skład grupy zbrojnej, gdy ich zadaniował i czy byli z nim, gdy rozpracowywał okolice Sejmu? - No i pytanie najtrudniejsze, czy pomagali mu gromadzić materiały i urządzenia służące do detonacji? Jeśli tak, to czy popełniali przestępstwo razem z nim? Nie było tam jednak autorytetu prokuratury, więc jaki immunitet ich chronił? - pytał oficer. Wskazał też na ogromne pole do manipulacji figurantem. Przypomniał oceny, na które wskazywał juz "Nasz Dziennik", powołując się na specjalistów od pirotechniki, zdaniem których detonacja 4 ton materiałów wybuchowych (np. saletry amonowej) jest niemożliwa.

Na posiedzenie zespołu byli zaproszeni szef MSW Jacek Cichocki i szef ABW Krzysztof Bondaryk. Ostatecznie żaden nie przyszedł.