Opowieści dobrej treści

Środa Popielcowa

Anna Bałaban

– Tylko wróćcie, proszę was bardzo, gdzieś koło czwartej na ciepłą herbatę – powiedziała na odchodne mama, poprawiając dzieciom szaliki. – Na pewno będziemy – odparło zgodnie rodzeństwo. –Ludwiku, ty masz zegarek, pamiętaj o tym. Dzisiaj Popielec, na szóstą idziemy do kościoła – przypomniała. – Ma się rozumieć! – zasalutował zadziornie chłopiec. Drzwi się zamknęły, a dzieci jak torpeda zbiegły ze schodów. Cały ranek z nieba leciały przecudne gwiazdeczki, pokrywając bialutką kołderką zszarzałe chodniki, nagie drzewa, posmutniałe od braku słońca łąki, pola i parki.
– Ależ bajkowo! – podskoczyła z radości Krysia, biegnąc w stronę upatrzonej górki. – Tam ulepimy bałwana! – zawołała i co sił w nogach pognała przed siebie. – Pac!
– Ludwik dosięgnął siostrę śniegową kulką. – Zaczekaj na mnie! – śmiał się zadowolony z celnego rzutu.
– O ty, łobuzie! – krzyknęła
skonsternowana Krysia i zapomniawszy o celu, schyliła się, by ulepić śnieżkę. Nad jej głową świsnęła kolejna śnieżka. Do zabawy dołączyła Monika, dziewczynka, która niedawno wprowadziła się do sąsiedniej klatki. Radosnym okrzykom nie było końca. Wreszcie dzieci padły zziajane na śniegu.
– Ale była pyszna zabawa – cieszyła się Monika. – Jak to: „była”? – zdziwiła się Krysia. Co prędzej wstała z ziemi i strzepując śnieg z ortalionowego kombinezonu, powiedziała: – Idziemy z Ludwikiem lepić bałwana. Mamy nawet marchewkę, żeby przyprawić mu fachowy nos! Idziesz z nami? – zapytała Monikę tonem niecierpiącym sprzeciwu. – No pewnie! – ucieszyła się nowa sąsiadka. Krysia poczuła w sobie ducha przywódcy. – To my, ponieważ jesteśmy dziewczynkami, ulepimy dwie mniejsze kule, a Ludwik zajmie się tą najgigantyczniejszą – zakomenderowała, po czym wszyscy w skupieniu zabrali się do pracy.
Po kilku minutach dziewczynki stwierdziły, że łatwiej i przyjemniej im będzie wspólnie toczyć jedną kulę. Przyjemniej, bo przecież można przy tym porozmawiać! – Wiesz, musimy się uwijać z tą robotą, bo o czwartej obiecaliśmy mamie wrócić do domu. Wieczorem idziemy do kościoła, bo dzisiaj jest Popielec – relacjonowała Krysia. – Ciekawe, skąd w ogóle wzięła się ta nazwa: „Popielec” – zastanowiła się Monika. Chcąc zaimponować koleżance, Krysia postanowiła wyjaśnić jej, co i jak z tym Popielcem. – No więc Popielec – zaczęła – wiąże się z królem Popielem. Pamiętasz go? – zapytała, chcąc zyskać czas do namysłu. – Tak jakby – odparła Monika, dolepiając do kuli garść śniegu. – Król Popiel był straszliwym królem, a jeszcze straszniejsza była jego żona Gerda. Nie liczyli się ze swoimi poddanymi, choć wmawiali im, że wszystko, co robią, jest dla ich dobra. Nie podobały się ich rządy radzie starszych, którą tworzyli stryjowie króla Popiela. Król chciał więc ich uciszyć, no i ich zgładził – ciągnęła Krysia. – To straszne… – przeraziła się Monika. – Też tak uważam – potwierdziła z powagą Krysia. – A co było potem? – chciała wiedzieć koleżanka. – No, potem to ni stąd, ni zowąd pojawiły się myszy, miliony myszy, miliardy! I one zaczęły gonić straszliwego monarchę. Potem to trochę zapomniałam, ale jak król z królową zaczęli uciekać przez jezioro, to myszy wygryzły dziurę w ich łodzi i oni się utopili – zawiesiła głos Krysia.
– A co to ma wspólnego z Popielcem? – wróciła do początkowego pytania Monika. – Jak to co? No jak się ktoś utopi, to się go nazywa topielcem. Popiel został topielcem i odtąd przyjęło się go nazywać Popielcem, a jego żonę – Popielcową. Dzisiaj zdaje się mija 1825. rocznica tego wydarzenia i dlatego ją świętujemy – zawyrokowała naukowo Krysia. – Siostra, co ty za głupoty opowiadasz?! – włączył się do rozmowy rozbawiony Ludwik.
Krysia w jednej chwili straciła wszystkie rumieńce. Przecież Monika dopiero co zaczęła ją podziwiać za posiadaną wiedzę, a tu Ludwik chce to wszystko zniszczyć i zburzyć jej autorytet. – Nie słuchaj jej, Monika – zaśmiał się serdecznie Ludwik. – Krysia ma bardzo bujną wyobraźnię. I sam się nieraz zastanawiam, skąd jej się biorą te wszystkie pomysły. Niejednokrotnie ciekawe! – chciał załagodzić nieco napiętą sytuację Ludwik. Krysia naburmuszyła się jak muchomor sromotnikowy, skrzyżowała ręce i zaczepnym tonem powiedziała: – To wyjaśnij nam, skoro jesteś taki mądry, skąd się wzięła nazwa Popielec. – Mówiliśmy dziś o tym na katechezie, więc żadnej mojej mądrości w tym nie ma – zaczął. – „Popielec” pochodzi od słowa „popiół”, od obrzędu posypania głów popiołem. – A rzeczywiście – przypomniała sobie Monika – ksiądz chodzi z popiołem i robi nim znaczki na czole. – Albo na głowie – wtrąciła Krysia – w ubiegłym roku miałam całe popielate włosy od tego popiołu. Wyglądałam jak babcia Antosia. – A co to za popiół, skąd on jest? – zaciekawiła się Monika. – Ksiądz nam mówił, że przed Mszą św. pali się palmy wielkanocne z poprzedniego roku i to stąd pochodzi ten popiół. Oczywiście kapłan go święci – wytłumaczył chłopiec. – Coś takiego!… – zdziwiła się Krysia. – Ja myślałam, że to taki pierwszy lepszy popiół z pieca, jak się węgiel spali. – No nie, to bardzo ważne, że to akurat gałązki poświęcone w Niedzielę Palmową służą do tego celu, a nie cokolwiek innego. One przypominają o ostatecznym zwycięstwie Jezusa Chrystusa nad śmiercią. – Hm, a po co w ogóle ten popiół? – zagadnęła Krysia. – Pamiętacie, jakie słowa wypowiada ksiądz, kiedy znaczy nam czoła tym popiołem? – odpowiedział pytaniem Ludwik.
Po chwili ciszy Monika wydukała: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. – Mhm – potwierdził chłopiec. – A mnie się wydawało, że tam coś o prochu było – wtrąciła Krysia. – Masz rację, bo czasem ksiądz w tym momencie mówi: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – No ale po co on takie rzeczy mówi? – drążyła Krysia, przysiadając bezwiednie na „brzuchu” bałwana utoczonym przez Ludwika. – Żeby przypomnieć nam o naszej przemijalności, powiedzieć, że tu, na ziemi, jesteśmy tylko chwilkę i dlatego powinniśmy cały czas pamiętać o tym, żeby być dobrym i stale się nawracać – odparł chłopiec.
– Ale ty jesteś mądry… – z zachwytem powiedziała Monika. – No co ty? – zarumienił się chłopiec. – Ja tylko powtarzam, co mówił nam dzisiaj ksiądz. Ludwik był wyraźnie zakłopotany i pewnie nie wiedziałby, jak się zachować, gdyby nie tata. – Hej, hej, dzieciaki! Szukam was od kwadransa. Stanął wam zegarek? Mama się zaczęła o was niepokoić, bo już po czwartej – wyjaśnił zdyszany tata. – Ojej, całkiem zapomnieliśmy! – przyznał ze skruchą Ludwik. – Widzę. Śnieg was tak przyprószył, że wyglądacie jak bałwanki – zaśmiał się tata. – To co? Wracamy? – zaproponował. – No pewnie, tylko pokażemy ci naszego bałwana! – powiedziała Krysia. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że przecież tak się zajęli rozmową, że o lepieniu bałwana całkiem zapomnieli. – To znaczy tak naprawdę to nie pokażemy, bo wiesz, tatusiu, ten bałwan tak się ociągał i taki był jakiś niegrzeczny, że nie zdążyliśmy go doprowadzić do porządku – roześmiała się Krysia i rzuciła się tacie na szyję. Tata spojrzał wyrozumiale na całą trójkę i wszyscy raźnym krokiem ruszyli w stronę domu.