zdjecie

(FOT. M. BOCHENEK)

Gender – nowe słowo, stare lewactwo

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr

Pragnąc zrozumieć ideologię gender, trzeba odbyć krótki kurs historii marksizmu-leninizmu. I nie można tego traktować jako pomyłki piszącego te słowa. Bez marksizmu nie zrozumiemy genderyzmu.

Marksizm – reaktywacja

Warto przypomnieć, że choć punktem wyjścia dla Marksa była analiza sytuacji Niemiec w XIX wieku, to stawiał on sobie ideały o wiele większe. Twierdził wprost, że „emancypacja Niemca jest emancypacją człowieka”. Co najbardziej ogranicza Niemca w szczególności, a człowieka w ogólności? Klasyk nie miał wątpliwości, że tym złowieszczym czynnikiem zniewolenia człowieka jest religia – swoisty produkt ludzkiej świadomości, „samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który siebie bądź jeszcze nie odnalazł, bądź już znowu zagubił”.

Marks nie poprzestawał na rzucaniu haseł. Dążył do konsekwentnego ukazania i usunięcia korzeni zła, czyli koncepcji Boga. Pierwszym działaniem marksizmu była zatem eliminacja Boga, orzeczenie Jego nieistnienia. Skoro zaś pozbyto się Boga, to człowiek mógł przypisać sobie odebrane Bogu atrybuty. Stawały się one atrybutami człowieka. A pierwszym z nich jest atrybut stwórcy. Człowiek przestał w tej jednej chwili orzeczenia marksowskiego być stworzeniem, a odtąd stwarzał siebie sam.

„Wprost przeciwnie niż w filozofii niemieckiej, zstępującej z nieba na ziemię, my wstępujemy tu z ziemi do nieba. To znaczy, bierzemy za punkt wyjścia nie to, co ludzie mówią, imaginują sobie czy wyobrażają (…); bierzemy tu za punkt wyjścia ludzi rzeczywiście działających i z ich rzeczywistego procesu życiowego wyprowadzamy też rozwój ideologicznych refleksów i cech tego procesu życiowego. (…) Moralność, religia, metafizyka i wszystkie inne rodzaje ideologii oraz odpowiadające im formy świadomości tracą już przeto pozory samodzielności” (K. Marks, F. Engels. Ideologia niemiecka).

Człowiek został zatem wyzwolony od Boga, a zarazem pozbawiony moralności, religii, metafizyki. Problemem pozostała jednak natura człowieka. Marks miał za złe znanemu krytykowi chrześcijaństwa – Feuerbachowi, iż jego krytyka religii usunęła Boga, ale nie usunęła konsekwencji religijnego obrazu świata i człowieka.

Dopóki pojawia się mówienie o naturze człowieka, o prawie naturalnym, o naturalnej instytucji małżeństwa czy rodziny, to znaczy, że opisuje się człowieka nadal w kategoriach abstrakcyjnych i ahistorycznych. Faktycznym elementem walki z naturą stała się destrukcja natury społecznej i rodzinnej człowieka. Najkrócej i najzwięźlej – skoro nie ma Boga, nie ma też małżeństwa, które było ustanowione z Jego zamysłu. Tą kwestią zajął się wnikliwie Fryderyk Engels: „Tak więc małżeństwo pojedynczej pary bynajmniej nie wkracza do historii jako pojednanie między mężczyzną i kobietą, a tym mniej jako najwyższa forma małżeństwa. Przeciwnie. Zjawia się ono jako ujarzmienie jednej płci przez drugą, jako proklamowanie nieznanej dotychczas w dziejach pierwotnych wrogości płci. (F. Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa. W związku z badaniami Lewisa H. Morgana).

Gender – wagon w pociągu rewolucji

Marksistowski opis rzeczywistości małżeństwa i rodziny stał się znakomitym narzędziem w radykalnym feminizmie, który zawiązał się mniej więcej w latach 70. XX wieku. Do ruchu feministycznego radykałowie wnieśli stereotyp kobiety jako prototypu „klasy uciskanej”, a za narzędzia ucisku uznali małżeństwo i „obowiązkowy heteroseksualizm”.

Celem rewolucji feministycznej w tym okresie stało się już nie tylko usunięcie przywilejów mężczyzn, lecz wyeliminowanie różnicy między płciami. Dlatego w równym stopniu nowy feminizm godził zarówno w mężczyzn, jak i w kobiety podejmujące macierzyństwo.

Wtedy też pojawiła się mocna artykulacja marksowskiej tezy, iż role, jakie odgrywają kobieta i mężczyzna, zależą od kultury i historii. Istotnie, trzeba pamiętać, że w antropologii marksowskiej, człowiek jest pochodną materii i jej ruchu, jak również pochodną stosunków społeczno-ekonomicznych. Stąd jednak konsekwentny wniosek, że efektem tych dogmatów materializmu dialektycznego i materializmu historycznego jest nie tylko kwestia ról i zadań społecznych. Jest to kwestia produkcji tego, co tradycyjnie nazywane było „naturą społeczną” człowieka. Dlatego też radykalny feminizm, a za nim ideologia gender podkreślają, że np. w sercu kobiety nie ma naturalnych uczuć macierzyńskich, pojawiają się one dopiero na pewnym etapie historii. Skoro zaś się pojawiają, mogą też zanikać. I nie ma w tym nic zaskakującego.

W tym miejscu rodzi się postulat nowej rewolucji kulturalnej, która zniesie wszelką odmienność, wszelkie różnice, konstytuujące rodzinę. Nie można już tolerować rodziny budowanej na instytucji heteroseksualnego małżeństwa. Takie małżeństwo wyznacza wszak sztywny gorset ról i funkcji społecznych. Wyznacza zarazem kierunki ucisku kobiet. Istotą ucisku kobiet jest macierzyństwo i wychowywanie dzieci. Dziecko staje się zatem ostatecznym potwierdzeniem podrzędnego statusu kobiety, jest niejako symbolem jej ucisku i wyzysku. Wszystko zatem, co godzi w dziecko, w samo jego istnienie, nabiera charakteru wyzwoleńczego.

Z czym zatem należy wiązać gender od strony programowej? Aborcja na żądanie, antykoncepcja, całkowita wolność seksualna, zatrudnienie kobiet i przetrzymywanie dzieci we wspomaganych przez państwo żłobkach są warunkami koniecznymi do wyzwolenia kobiet. Jedna z czołowych propagatorek ideologii, Nancy Chodorow, w swojej książce „The Reproduction of Mothering” zauważa, że dopóki kobiety będą pełnić funkcje wychowawczo-opiekuńcze, dzieci będą rosnąć, postrzegając ludzkość podzieloną na dwie różne i – według niej – oczywiście nierówne klasy.

Dlatego też radykalny feminizm i genderyzm domaga się tego, aby dzieci żyły bez rodziny. Absolutnie zakazana staje się w tej perspektywie rodzina biologiczna. Jej odrzucenie czy wręcz unicestwienie sprawi, że ludzkość będzie mogła wreszcie powrócić do swej naturalnej, wielopostaciowej i perwersyjnej seksualności.

Ruch promarksistowski

Nietrudno dostrzec, że elementy lewactwa, wskazane pobieżnie wyżej, znajdują się u podstaw jednej z partii zasiadających w Sejmie. Może nawet nie jednej… Spory sejmowe najnowszej kadencji rozpoczęły się od walki o krzyż, o zniesienie znaku obecności Boga w przestrzeni publicznej. Tak jak to postulował stary Marks. Najpierw detronizacja Boga, potem intronizacja… No właśnie, kogo? Człowieka? Przecież nie ma czegoś takiego jak człowiek, pojęty abstrakcyjnie, czegoś takiego jak natura ludzka?

Nie ma Boga, nie ma moralności, religii, kultury. Określają człowieka stosunki społeczne i ekonomiczne, określa człowieka materia, „płeć mózgu”, geny, które – jak powiada socjobiologia – „trzymają nasz umysł na smyczy”. Wszystko to jednak jest poniżejludzkie. I tak, po raz kolejny, jak pisali o tym kiedyś księża profesorowie Tadeusz Styczeń i Andrzej Szostek, w tego typu projekcie człowiek zaczyna służyć zwierzęciu w sobie – projekt ubóstwienia staje się ubestwieniem człowieka.

Autor jest wykładowcą na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.