Strach czyni więźniem. Nadzieja to wolność

Pocztówka znad morza

Filip Frąckowiak

Polacy wypoczywający w Sopocie i okolicach mają niepowtarzalną okazję obejrzeć ponad sto arcydzieł malarstwa polskiego z przełomu XIX i XX wieku. W nadmorskim kurorcie przez wakacyjne miesiące do połowy września są eksponowane najwybitniejsze i ukradzione Polsce obrazy jej artystów. Pochodzą one z ukraińskiej Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki. Polecam wizytę w Państwowej Galerii Sztuki tuż przy molo. Jako syn wypędzonego w 1945 r. ze Lwowa Józefa Szaniawskiego, członek Towarzystwa Miłośników Lwowa i w ogóle jako zainteresowany sztuką nie mogłem tam nie wejść. Znalazłem tam prawdziwe skarby: Matejko, Siemiradzki, Fałat, Malczewski, Juliusz Kossak, Wojciech Kossak, Canaletto, Józef Mehoffer. Trudno zliczyć i opisać. Wśród obrazów takie dzieła jak „Jezus i Samarytanka” Wojciecha Siemiradzkiego, „Spotkanie Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I pod Schwechat” Artura Grottgera. Chciałoby się o wszystkim opowiedzieć, ale nie ma na to miejsca. Jeśli są Państwo w innym mieście, to warto wydać pieniądze na bilet do Sopotu, bo później nie zobaczą Państwo tych dzieł w Polsce.

Budzi oburzenie fakt, że w żadnym z katalogów, plakatów czy informacji prasowych nie jest napisane, skąd te polskie nazwiska wzięły się w Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki. Już sama jej dzisiejsza nazwa wywołuje podejrzenia. Powstała 20 lat przed odzyskaniem niepodległości, w drugim co do wielkości polskim mieście, wspaniałym centrum kultury – Lwowie. Miejska Galeria Sztuki była ze wszech miar polska. Tworzyło ją malarstwo polskie, była pomysłem polskich mecenasów sztuki i z pieniędzy tychże mecenasów były finansowane jej najważniejsze zbiory aż do 1939 roku. Później ocalały dzięki ukrywaniu ich przez Polaków i polskich księży. Dziś polski prezydent dziękuje ukraińskiemu prezydentowi za pomoc w zorganizowaniu wystawy z Narodowej Lwowskiej Galerii Sztuki. Galeria lwowska w sowieckim albumie chwalona była tak: „Dział polski należy w niej do najważniejszych. Liczy około dwóch tysięcy płócien, co pozwala na poznanie wielu istotnych zjawisk zachodzących w sztuce polskiej w ciągu kilkuset lat”. II wojna światowa okazała się łaskawa dla tego zbioru. Po jej zakończeniu niewiele ze wspaniałych dzieł udało się wyrwać ukraińskim Sowietom. Przyjechała między innymi „Panorama Racławicka”. W ramach propagandowej akcji trafiła do Wrocławia, na tzw. Ziemie Odzyskane. Proszę jechać do Sopotu i zobaczyć wspaniałe dziedzictwo kultury polskiej, o które nikt już dla nas i naszych dzieci nie zawalczy.

Dzień wcześniej trafiłem do Gdańska na koncert z cyklu „Solidarity of Arts”. Sierpniowa data i solidarność w nazwie nie są przypadkowe. O ile dobrze pamiętam, gdzieś na plakatach majaczył też slogan: „Przestrzeń wolności”. Korzystając z okazji, że wstęp był wolny, poszedłem posłuchać i zobaczyć, jak hołd „Solidarności” oddają światowi artyści. Niestety, nie miało to nic wspólnego z ideałami polskiego Sierpnia. Nic wspólnego z prawami człowieka, o które walczyli bohaterowie „Solidarności”, także ci anonimowi. Władze miasta i organizator wykorzystali hasła kojarzone z tym pięknym polskim zrywem, ale impreza była zupełnie o czymś innym. Nawet jeśli chylę czoło przed kunsztem ekstrawaganckich twórców, to nie mogę nie zapytać, czemu to służy. Przecież nie pamięci o „Solidarności” i polskim wkładzie w upadek komunizmu. Przez takie rozwadnianie historii na świecie zapomina się o tym cennym polskim dziele wolnościowym. Jestem przekonany, że tak samo rozwodnione będzie promowane przez Platformę Obywatelską Europejskie Centrum Solidarności, budowane na terenie upadłej już Stoczni Gdańskiej.

O tę pamięć możemy jeszcze zawalczyć dla nas i naszych dzieci. Ponieważ brakuje w Polsce kulturalnych imprez na masową skalę, organizowanych przez polskich artystów i przedstawiających Polskę, warto skupić się na tym w przyszłości i dotrzeć do ludzi np. w wakacyjnych kurortach.

Autor jest dyrektorem Izby Pamięci Pułkownika Kuklińskiego.