Pod sowiecką okupacją
Rok 1939. Czwarty rozbiór Polski. Sowieckie sołdaty okupowały naszą osadę, ale krótko, bo za nimi wkroczyło krwawe NKWD. Ono bez wyroku skazywało Polaków. Okazało się, że ja - siedmioletnia wówczas dziewczynka - także byłam wrogiem Związku Sowieckiego, chociaż nie wiedziałam, że jest takie państwo. Wkrótce jednak je poznałam, gdyż wraz z sześcioosobową rodziną i wieloma innymi osadnikami 10 lutego 1940 r. deportowano nas na Sybir. Mamę straciłam w 1938 roku. Jechałam więc z moją macochą. Osiedlono nas w Uksorze. Tam, jak okiem sięgnąć, wszędzie tajga. Na rozkaz władzy dzieci uczęszczały do szkoły. Dorośli zaś w 40-stopniowym mrozie rąbali las. Mróz dosięgał nas wszystkich. Nie omijały nas insekty i głód. Cierpienia fizyczne łatwiej było jednak znieść niż cierpienia duszy. Próbowano nas wychowywać bez Boga, w nienawiści do naszej Ojczyzny, a miłości do Związku Sowieckiego i wielkiego "ojca" Stalina. Szkoła niszczyła nas psychicznie. Pierwsze w szeregu stanęły nasze szyje z medalikami. Zrywano je nam, a my na drugi dzień wracaliśmy z innymi. Na każdym kroku nas upokarzano. Kazano nam na przykład śpiewać piosenkę o Andrieju, który nurkując, zaczepił krzyżykiem o skałę i się utopił. Opowiadanie o Polsce i modlitwie było surowo zakazane. My jednak robiliśmy swoje. Każdego wieczora modliliśmy się w znanej nam intencji. Na tym "niecnym" uczynku złapał nas komendant, który jak zwykle każdego wieczora świecił w okna lampką. Zabronił nam dalszych modlitw, grożąc, że jeśli go nie posłuchamy, to nasi rodzice poniosą tego konsekwencje. Udawało się nam jednak przedostawać do innego baraku. Mieszkała w nim pani Zakrzewska. Była nauczycielką i katechetką. U niej spotykaliśmy się konspiracyjnie w długie jesienne i zimowe noce. Dosięgła ją za to kara. Została skazana na kilka lat więzienia. W 1944 roku przesiedlono nas na Ukrainę. Tu warunki były dużo lepsze. Klimat umiarkowany, nie brakowało jedzenia - chociaż skromnego, a nie z pokrzywy, szczawiu i innych traw. Mój ojciec został powołany do wojska sowieckiego. Płakał, że zostawia nas samych i że takich będzie miał "towarzyszy". Po latach przyznał się bratu, że zdezerterował i odnalazł Wojsko Polskie. Po zakończeniu wojny przyznano mu gospodarstwo w okolicach Jeleniej Góry. Intensywnie zaczął nas szukać. Władza sowiecka niechętnie pozbywała się bezpłatnej siły roboczej. Dlatego w kraju byliśmy dopiero w marcu 1946 roku. Po wielu latach rządzenia niechcianej władzy doczekaliśmy się powstania Związku Sybiraków i każdego roku w maju spotykamy się na Jasnej Górze.
Łucja Czyrska, Zielona Góra

Troska o Ojczyznę
Ksiądz profesor Czesław Bartnik w swoim artykule "Co Skarga powiedziałby dziś posłom?" ("Nasz Dziennik" z 18-19 sierpnia) przedstawia dramatyczną sytuację naszej Ojczyzny i podkreśla, że "Polska istotnie za tych rządów chyli się ku upadkowi". To nie budzi żadnych wątpliwości u zatroskanych o losy Ojczyzny Polaków. Nie sposób jednak nie zadać sobie pytania, czemu tak się dzieje. Dlaczego w chrześcijańskim kraju, gdzie jest tylu ludzi ochrzczonych, dzieje się tyle zła, bezprawia? Czy nie jest przypadkiem tak, że wielu ludzi uważających się nawet za wierzących pozoruje swoją wiarę? Zobaczmy, ilu Polaków uczestniczy w wyborach. Głosuje tylko około 50 procent uprawnionych do głosowania. Czyli druga połowa w ogóle w wyborach nie uczestniczy, a tym samym nie udziela poparcia kandydatom, którzy opierają się na chrześcijańskich wartościach. Tym samym ci "bierni" wyborcy nie wypełniają swojego podstawowego chrześcijańskiego obowiązku: troski o bliskich, troski o Ojczyznę, a w końcu także o siebie. Czy to nie świadczy o obojętności w wierze? A może to jakiś brak świadomości, że taka bierność (brak udziału w wyborach) jest złem? Zdumiewa także odsetek tych, którzy poszli co prawda na wybory, ale zagłosowali na tych, którzy drwią z chrześcijańskich wartości i wyniszczają Naród. W czasach komunistycznych często odbywały się Msze św. za Ojczyznę. Odzyskaliśmy wolność. Szybko ją jednak rozmieniliśmy na drobne... Wydaje mi się, że są konieczne także teraz Msze św. właśnie w intencji Ojczyzny. Drogą ku ratowaniu Ojczyzny jest życie zgodne z wiarą. Jest solidarny, świadomy i powszechny udział wierzących w wyborach różnych szczebli i popieranie takich kandydatów, którzy kierują się naprawdę wartościami chrześcijańskimi. Tylko wtedy przywrócimy w Polsce godne warunki życia.
Jerzy Rolnicki, Szczecin

"Ojczyzny ktoś musi bronić..."
W Olewinie koło Olkusza, obok znajdującej się tam zabytkowej kapliczki, został w 1991 r. odsłonięty pomnik z nazwiskami czterech poległych i zamordowanych mieszkańców tej miejscowości w czasie drugiej wojny światowej. Na płycie pomnika wymienione jest również nazwisko Tomasza Kocjana, który zginął 73 lata temu jako uczestnik wojny obronnej Polski we wrześniu 1939 r., mając zaledwie 34 lata. Po otrzymaniu karty mobilizacyjnej, opuszczając rodzinny dom w Olewinie pod koniec sierpnia 1939 r., do żegnającej go z płaczem żony oraz dwóch małoletnich córek i syna powiedział: "Ojczyzny ktoś musi bronić...". Prawdopodobnie poległ w walce z Niemcami w okolicach Proszowic i tam jako anonimowy polski żołnierz jest pochowany w zbiorowej mogile.
Adam Cyra, Oświęcim

Na pożegnanie
Profesorze Józefie Szaniawski,
Pasjonacie nauki i historii,
Wielki Polaku - lwowianinie! Szedłeś przez życie
Z podniesioną głową,
Czuły na dobro, miłość i piękno,
W trosce o wolność Narodu i Ojczyzny,
O bezpieczeństwo, o szczęśliwe jutro. Twoją dewizą
Była szczerość i prawda,
Wartością słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna,
Całym sercem oddany tworzeniu jedności,
Jaka będzie Polska bez Ciebie? Odszedłeś
Jak żołnierz na polu chwały,
A tak kochałeś życie,
Twardo walczyłeś z przeciwnościami losu,
Wychodziłeś z nich zwycięzcą,
Czy musiałeś tak nagle odejść,
Kiedy Ojczyzna w potrzebie? Tęsknić będziemy za Tobą,
Żyjąc nadzieją,
Że kiedyś spotkamy się wszyscy,
W alejach ogrodu niebieskiego. Niech ten żywy płomień
Rozjaśnia Ci drogę do lepszego świata,
Pamięć o Tobie w sercach zachowamy. Na pożegnanie
Śp. prof. Józefa Szaniawskiego
Wspaniałego człowieka
Jerzy Stanisław Fic, Gdynia