logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: flickr/Images_of_Money/CC.2.0/ -

Alarm dla „frankowiczów”

Środa, 14 sierpnia 2013 (02:05)

Prawo i Sprawiedliwość apeluje do rządu Donalda Tuska o rozwiązanie problemu kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich.

Opozycja deklaruje współpracę w tym zakresie. Jednak kilka dni temu Dariusz Rosati (PO), szef sejmowej Komisji Finansów Publicznych, oświadczył, że kredyty walutowe nie są sprawą rządu, lecz tych, którzy je zaciągnęli.

– Platforma weszła w buty SLD z 1997 r., kiedy to premier Cimoszewicz powiedział poszkodowanym powodzianom, że… mogli się ubezpieczyć – ocenia poseł Ryszard Czarnecki (PiS). Jak przypomniał, inne kraje UE pomagają swoim obywatelom wyjść z matni zadłużenia.

– Jeśli zadłużenie kraju wzrośnie, nieunikniona jest dewaluacja złotego – ostrzega ekspert ds. finansów Jerzy Bielewicz. Według niego, „frankowicze” mają poważne powody do niepokoju w związku z nowelizacją przez rząd budżetu, zwiększeniem deficytu o 16 mld zł, zniesieniem progów ostrożnościowych, bo te działania prowadzą do wzrostu długu publicznego. Spłata zadłużenia pochłania w Polsce już 13 proc. dochodów podatkowych, podczas gdy w USA zaledwie 3 procent.

– Finanse państwa mogą nie wytrzymać – twierdzi ekspert.

Kredyty walutowe na mieszkania zaciągano w Polsce masowo w okresie gospodarczej prosperity, gdy złoty się umacniał. Zachętą było niższe oprocentowanie i niewysoki wymiar rat. Klienci podpisywali umowy kredytowe przy kursie ok. 2 zł za franka, a dziś muszą spłacać kredyt, kupując franki po 3,60 złotych.

Oznacza to nie tylko zwiększenie bieżącego obciążenia klienta wyższym wymiarem rat, ale także wzrost kwoty kredytu w złotówkach, która po kilku latach spłacania jest często wyższa niż w chwili zaciągania.

Towarzyszy temu spadek wartości nieruchomości hipotecznej, tj. mieszkania, co pociąga za sobą żądanie przez banki dodatkowych zabezpieczeń.

Przedstawiciele banków, co istotne, z reguły nie informowali klientów, że zaciągając kredyt w walucie obcej, biorą na siebie ryzyko walutowe. W Polsce takie kredyty zaciągnęło ok. 700 tys. osób, głównie młodych rodzin, na zakup pierwszego mieszkania.

Według polityków PiS, rola państwa nie może się ograniczać do roli „nocnego stróża”, który stoi z boku i nie wtrąca się w stosunki gospodarcze. Na Węgrzech rząd Viktora Orbána wziął na siebie rolę mediatora pomiędzy sektorem bankowym a grupą 1,2 mln klientów, którzy zaciągnęli walutowe kredyty hipoteczne.

Zmusił mianowicie banki do podzielenia się ryzykiem, tj. przyjmowania od klientów jednorazowej spłaty kredytu po kursie urzędowym, niższym o blisko 30 proc. od rynkowego. Ostatnio premier Orbán zapowiedział dalszą interwencję państwa na rzecz rozwiązania problemu walutowych kredytów hipotecznych, które określił jako pułapkę, w którą banki zwabiły swoich klientów.

Z kolei w Chorwacji i Hiszpanii problemem tym zajął się wymiar sprawiedliwości. Na początku sierpnia sąd w Zagrzebiu orzekł, że klienci banków mogą spłacać kredyty we frankach po kursie z dnia zawarcia umowy, a więc o blisko 30 proc. niższym niż obecnie.

Orzeczenie dotyczy 100 tys. osób. Wyrok jest na razie nieprawomocny, banki złożyły apelację. Kilka miesięcy wcześniej sąd w Barcelonie wydał wyrok, w którym unieważnił umowy kredytowe zawarte w japońskich jenach, uznając, że banki nie wypełniły obowiązków informacyjnych wobec klientów odnośnie do ryzyka inwestycyjnego.

– W Polsce rozwiązanie problemu kredytów hipotecznych w drodze pozwów sądowych wobec banków jest prawie niemożliwe, ponieważ bankom przysługuje bankowy tytuł egzekucyjny (BTE), którym szantażują klientów. BTE pogarsza sytuację „frankowiczów” – zwraca uwagę Jerzy Bielewicz. W Sejmie trwają prace nad projektem PiS nowelizacji prawa bankowego, który zakłada zniesienie BTE.

Małgorzata Goss

Nasz Dziennik