logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

W ochronie zdrowia jest wystarczająco dużo zła

Sobota, 24 września 2016 (10:18)

Aktualizacja: 21 października 2016 (10:39)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W sobotę w Warszawie odbędzie się manifestacja pracowników ochrony zdrowia. Kto weźmie w niej udział i jaki jest cel tego protestu…?

– Trudno mi powiedzieć, jak wielu ludzi przyjedzie do Warszawy, bo policzenie się będzie możliwe dopiero na miejscu. Natomiast z uwagi na to, że organizatorem manifestacji jest Porozumienie Zawodów Medycznych, pewne jest to, że będą tam przedstawiciele wszystkich środowisk medycznych. A zatem m.in. lekarze – specjaliści i rezydenci, a także lekarze stażyści, ponadto pielęgniarki, diagności laboratoryjni, fizjoterapeuci, chemioterapeuci, technicy elektroradiologii, ale również dietetycy, a więc przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych niezadowoleni z warunków pracy i płacy.   

Dawno nie było takiego pospolitego ruszenia – proszę powiedzieć, co zjednoczyło wszystkie środowiska medyczne?

– Zjednoczyło nas rozczarowanie tym, co się dzieje w ochronie zdrowia. W swoim exsposé premier Beata Szydło a jeszcze wcześniej prezes PiS Jarosław Kaczyński mówili, że po objęciu rządów w Polsce coś się wreszcie zmieni w tej materii, że skończy się PRL i siermiężna, gomułkowska codzienność. Tymczasem po roku widać, że rzeczywistość rozmija się z zapowiedziami i deklaracjami. Przypomnę tylko wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z września 2013 r. „Ja chcę mocno podkreślić, lekarze powinni zarabiać bardzo dobrze, dobrze jeżeli chodzi o młodych, a bardzo dobrze jeżeli chodzi o tych doświadczonych, którzy już są lekarzami w całym tego słowa znaczeniu. Ja to wiem, bo to jest bardzo trudny, bardzo odpowiedzialny zawód, do którego się trzeba bardzo długo przygotowywać, i my to szanujemy”. Podobne deklaracje padały również wobec pielęgniarek. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy i ciągle mamy pustkę. Przypomnę tylko, co zrobił w grudniu 2015 r. minister Konstanty Radziwiłł w tzw. budżetowych jednostkach ochrony zdrowia, wydając rozporządzenie z załącznikiem zawierającym tabelę zaszeregowań, gdzie lekarz specjalista może zarabiać od 1800 do 4200 złotych.

I to przelało czarę goryczy?

– To zakrawało na kpinę – bardzo niesmaczny żart. Stąd teraz chcemy niejako skłonić ministra do opracowania projektu ustawy o wynagrodzeniach minimalnych, bo kiedy słyszymy, że za pięć lat wynagrodzenie lekarza specjalisty ma wzrosnąć do 4800 zł, to jest to kpina. Ponieważ inne zawody medyczne także są – mówiąc bez ogródek –wkurzone, bo wszyscy zarabiamy mało, również wszyscy ponosimy odpowiedzialność za ludzkie zdrowie i życie, stąd doszliśmy do wniosku, że trzeba działać razem, żeby to zmienić. Kiedy protestowali sami lekarze czy pielęgniarki, to było nas za mało, aby ten głos się przebił i żeby traktowano nas poważnie. Teraz idziemy większą masą. Jednym z wykrętów władzy był zarzut, że nie bardzo wiemy, o co nam chodzi, że nie potrafimy się nawet między sobą dogadać i że najpierw powinniśmy uzgodnić stanowiska, a dopiero potem je artykułować. Dlatego to również było przyczynkiem do tego, żeby się zjednoczyć i wspólnie walczyć o poważne traktowanie i słuszne prawa.            

W Centrum Dialogu nie doszło w piątek do zapowiadanego wcześniej spotkania ministra zdrowia z przedstawicielami środowisk medycznych. Kolejne spotkanie z przedstawicielami Porozumienia Zawodów Medycznych minister zapowiedział na wtorek, a jeśli i ten termin nie będzie odpowiadał, to wyznaczy kolejny. Może należało usiąść do stołu i podjąć dialog…?

– Panie redaktorze, przecież pan doskonale wie, że taka taktyka, gdzie dzień przed manifestacją proponuje się rozmowy, jest godna czasów słusznie minionych. Przerabialiśmy to już wielokrotnie i uważam, iż była to duża niezręczność ze strony ministra, że w ten sposób nas potraktował. Jeżeli bowiem chciał z nami rozmawiać, to nie dzień przed zapowiedzianą manifestacją, ale można było usiąść do stołu tydzień czy dwa tygodnie wcześniej. Ponadto nic nam nie wiadomo, żeby zmieniło się cokolwiek w ogólnych warunkach, co upoważniałoby ministra Radziwiłła do złożenia obietnic. W naszej ocenie, miało to być tylko taktyczne spotkanie, które pewnie byłoby okazją do tego, żeby poprzez mgliste obietnice stępić, osłabić naszą determinację i chęć zorganizowania manifestacji. Wydaje mi się, że było to nietrafione i chyba dobrze się stało, że minister otrzymał taką odpowiedź, na jaką sobie zasłużył.

Czy mimo wszystko w ten sposób nie dajecie argumentu drugiej stronie, że nie chcecie rozmawiać?

– To nie jest tak, że my nie chcemy rozmawiać. Przeciwnie chcemy i jesteśmy gotowi, natomiast nie chcemy być jak pionki na szachownicy, które ktoś dowolnie przestawia. Nic też nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy się spotkali z ministrem Radziwiłłem w sobotę po manifestacji, ale minister tej propozycji nie przyjął.

Minister Radziwiłł uważa, że ulica nie jest odpowiednim miejscem do debaty…

– Zgadzam się w całej rozciągłości z tym stwierdzeniem pana ministra. Zresztą od dawna stoimy na stanowisku i mówimy, że tak ważne sprawy powinny być omawiane i rozwiązywane w zaciszu gabinetów. Problem tylko w tym, że w tych gabinetach, za każdym razem słyszymy starą zdartą płytę, która ma już pewnie z 50 lat, a mianowicie, że nic nie można zrobić i że nic się nie zmieni. Tymczasem w Polsce biorąc pod uwagę procent PKB przeznaczany na opiekę zdrowotną, to wydajemy najmniej na ochronę zdrowia spośród wszystkich państw Unii Europejskiej. Jednocześnie mamy bodajże jeden z największych koszyków świadczeń gwarantowanych, tylko pytanie: czy mamy to robić za półdarmo? Przecież to jest chore. I to jest najpilniejsza sprawa – sfinansować nakłady z zakresem usług gwarantowanych w koszyku. Jeżeli tego się nie zrobi, to cały czas będziemy stali w miejscu, udając, że idziemy naprzód. Dzisiaj potrzebne jest 6,8-7 proc. PKB na ochronę zdrowia i jeżeli minister Radziwiłł mówi, że za 10 lat dojdziemy do 6 proc. PKB, co było aktualne może 10 lat temu, to jest to jakiś nonsens i kpina. I właśnie o tym powinniśmy rozmawiać merytorycznie nie na ulicy, ale w zaciszu gabinetów. Tyle że nikt z nami o tym nie rozmawia. I to zaproszenie nas przez ministra do Centrum Dialogu Społecznego było tylko dlatego, że w sobotę jest manifestacja. Tymczasem tak naprawdę minister Radziwiłł nie ma nam nic do zaoferowania.

Minister Radziwiłł nie może czy nie chce nic zrobić?

– Prawdę mówiąc, nie wiem. Nie wiem też, która z opcji wymienionych przez pana jest gorsza. Jeśli bowiem nie może, to powinien zrezygnować z pełnionej funkcji, a jeżeli nie chce, to znaczy, że jest to niewłaściwa osoba na tym stanowisku. I tak źle, i tak niedobrze. Przez całe lata byliśmy w zasadzie oswojeni z myślą, że Ministerstwo Zdrowia jest czymś w rodzaju kwiatka do kożucha – czyli tworem dekoracyjnym, który nie bardzo wie, co się dzieje, bo wszystkie decyzje, jakie miały wpływ na funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia, zapadały bądź to w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, bądź w Ministerstwie Finansów, a resort zdrowia tylko te decyzje firmował. Niezależnie od tego, jak bardzo złe były to akty prawne, bo przypomnę, że pakiet ustaw zdrowotnych made in Platforma Obywatelska bardzo zaszkodził całemu systemowi począwszy od pracowników, którzy mają koszmarne warunki pracy, a skończywszy na pacjentach, którym kolejki do lekarzy i świadczeń jeszcze bardziej się wydłużyły. Tak nas zbiurokratyzowano, że teraz żeby zbadać pacjenta, to najpierw trzeba ok. 15 minut siedzieć w papierach i wypełniać wszystkie rubryczki, numerki i procedury. Jest pilna potrzeba, żeby to zmienić, natomiast to, co proponuje minister Radziwiłł, jest odsunięciem o kolejne lata prawdziwych i koniecznych zmian. Ile mamy czekać…? Jest niepoważne, żeby dawać 9 lat na dojście do progu wydatków w ochronie zdrowia, które tak naprawdę już dzisiaj są nieaktualne. Za trzy lata, a może i wcześniej minister Radziwiłł najprawdopodobniej nie będzie już szefem resortu zdrowia. Stąd składana dziś obietnica „długoterminowa” jest w naszym odczuciu nieszczera. Tak czy inaczej ten rząd w ochronie zdrowia niestety nie realizuje tego, co zapowiadano w kampanii wyborczej.

Panie Doktorze proszę powiedzieć, z jakimi konkretnie postulatami wyjdziecie dzisiaj na ulice Warszawy?

– Postulatem numer jeden jest zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia. Dalej jest likwidacja kolejek pacjentów do świadczeń zdrowotnych, lepsze warunki pracy i płacy pracowników medycznych, zmniejszenie biurokracji, co pochłania strasznie dużo czasu i energii, które powinny być poświęcone pacjentom. Z kolei dla lekarzy rezydentów domagamy się właściwych warunków szkolenia nie tylko na papierze, ale w rzeczywistości. I to są nasze główne postulaty, postulaty, które tak na dobrą sprawę są aktualne od 20 lat.

Jeszcze nie tak dawno o te same postulaty środowiska medyczne walczyły razem z obecnym ministrem zdrowia Konstantym Radziwiłłem. Co się zmieniło, skoro dzisiaj przeciwko niemu występujecie? 

– To jest tym bardziej bolesne. Przecież ówczesny prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł podpisywał się pod uchwałami Krajowego Zjazdu Lekarzy, bo o ile dobrze pamiętam, uchwały tej treści zapadły bodajże jeszcze w 2006 r. I teraz, nagle, zmienia nutę na zupełnie inną. Niestety, nie jest dziś sojusznikiem pracowników medycznych, zapomniał o tym, czego kiedyś sam się domagał jako przewodniczący Naczelnej Rady Lekarskiej, kiedy mówił m.in. o zarobkach dla lekarzy w trakcie specjalizacji w wysokości dwóch średnich, a po specjalizacji – trzech średnich krajowych. Dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe. Miałem nadzieję, że będzie to pierwszy minister, który zna potrzeby w ochronie zdrowia, który czuje temat. O poprzednich ministrach szkoda nawet mówić, bo byli to: histeryczka i pajac, ale minister Radziwiłł to człowiek, który wie, co trzeba zrobić, tym bardziej boli, że robi zupełnie co innego. Ja w takiej sytuacji, kiedy nie mógłbym robić tego, co do słuszności czego jestem głęboko przekonany, złożyłbym rezygnację. Nie szargałbym swego nazwiska i dotychczasowej drogi zawodowej działaniami połowicznymi, pół czy ćwierć prawdami bądź też nawet kłamstwami, bo nie warto. To nigdy nie przynosi człowiekowi chwały i zawsze się źle kończy.

Wspomniał Pan, że jeden z postulatów dotyczy poprawy warunków szkolenia lekarzy rezydentów. Bodajże w czerwcu w Warszawie odbył się protest tej grupy. Co od tego czasu się zmieniło?

– Nic się nie zmieniło. W ochronie zdrowia jest bardzo dużo zła. Z jednej strony jest rozporządzenie ministra zdrowia, które zobowiązuje nas lekarzy do kształcenia ustawicznego, nie jest zatem tak, że lekarz kończy studia i na tym poprzestaje, ale zawód lekarza wymaga stałego pogłębiania swej wiedzy, by móc skutecznie leczyć chorych. Trzeba stale aktualizować swoje wykształcenie, trzeba wręcz zbierać punkty edukacyjne. Tymczasem szkolimy się za własne pieniądze. Jeżeli jest ustawa, która nakłada na nas obowiązki, to ta ustawa powinna też zagwarantować pieniądze na tego typu szkolenia, ale niestety nie gwarantuje. Dajmy na to, jeżeli ktoś ma gabinet prywatny, to może sobie fakturę np. za kurs USG zaliczyć do wydatków jako koszty gabinetu. Natomiast lekarze rezydenci, którzy dopiero wchodzą do zawodu, zdobywają doświadczenie najczęściej nie mają prywatnych gabinetów i za kursy i szkolenia podnoszące ich kwalifikacje muszą płacić z własnych pieniędzy. Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, gdzie takie rzeczy mają miejsce i gdzie lekarz ponosi koszty kształcenia, które są nałożone przepisami prawnymi, ale niestety nie może ich odliczyć od kosztów wykonywania zawodu. Artyści, pisarze czy aktorzy mają ustawowo zagwarantowane, że płacą podatek tylko od połowy osiągniętych dochodów i to przy odrobinie dobrej woli można było zrobić, natomiast w przypadku lekarza nie można. To wygląda tak, jakby zawód lekarza i kursy kształcenia były czymś w rodzaju hobby, które musi sobie sfinansować sam. To jest głęboka niesprawiedliwość. Weźmy chociażby przynależność do samorządu lekarskiego, która jest dla lekarza obowiązkowa, nałożona prawem, bez czego nie może on wykonywać zawodu, kiedyś – przez jakiś czas można było sobie odliczyć składki z tego tytułu, ale dzisiaj nie można. Co więcej, z tych składek finansujemy samorząd, który de facto świadczy usługi dla państwa np. prowadzi rejestr lekarzy i sądownictwo lekarskie. I to jest coś niebywale niesprawiedliwego, niegodziwego i minister Radziwiłł doskonale o tym wie. Kiedyś razem walczyliśmy przeciwko ustawie refundacyjnej, żeby ją zmienić, tymczasem mija rok jego rządów i nic się w tej materii nie zmieniło. Czujemy ogromne rozczarowanie, ogromny zawód i chcemy to podczas sobotniej manifestacji wręcz wykrzyczeć.

Jeśli ten protest nie przyniesie oczekiwanych skutków, to jaki jest scenariusz przyszłych wydarzeń?

– Oczywiście ta manifestacja nie jest celem samym w sobie. Są różne warianty w zależności od tego, jak potoczy się rozwój wypadków. Nie wykluczamy strajku generalnego w ochronie zdrowia albo masowych zwolnień z pracy. Innych, łagodnych środków czy argumentów zarówno poprzedni, jak i ten rząd niestety nie przyjmują, stąd muszą być bodźce bólowe, żeby nastąpiła refleksja i reakcja w jakimś pożądanym kierunku.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl