logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / Domena publiczna

Rządzi lobby bankowe?

Czwartek, 26 lutego 2015 (09:07)

Z Januszem Szewczakiem, głównym ekonomistą SKOK, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy nie jest tak, jak twierdzi prof. Witold Modzelewski, że rząd PO – PSL angażuje się tylko po stronie banków, zamiast ulżyć frankowiczom, za co zresztą spotkał się z ostrą reakcją wicepremiera Piechocińskiego?

– To niespotykane chyba nawet w skali międzynarodowej, żeby urzędujący wicepremier groził – jak utrzymuje prof. Modzelewski – prawnikowi, który wykonuje swoje zawodowe i publiczne funkcje, a także reprezentuje interesy swoich klientów. Po takim zachowaniu w każdym cywilizowanym kraju i państwie taki urzędnik w ciągu kilku minut przestałby pełnić funkcję wicepremiera.

Czy Polską rządzi lobby bankowe?

– Tak niestety jest. Na domiar złego banki w Polsce są w blisko 70-procentach własnością kapitału zagranicznego, banki, na które tak na dobrą sprawę Polska nie ma już żadnego wpływu. Decyzje dotyczące banków zapadają nie w Warszawie, ale w Lizbonie, Berlinie, Rzymie czy chociażby w Madrycie. W sprawie frankowiczów władza w Polsce nie robi nic, a przynajmniej nic nowego, aby im pomóc. Dzisiaj nie jest to tylko problem miliona czy półtora miliona ludzi, którzy są związani kredytami frankowymi, i ich rodzin, ale jest to już problem braku stabilności systemu bankowego w Polsce. W mojej ocenie, mamy dziś do czynienia z aferą frankową, bo tak to trzeba nazwać. Zabezpieczeniem w wielu bankach nie są miliardy franków, ale depozyty złotowe, innymi słowy – lokaty i depozyty polskich ciułaczy. Warto przypomnieć, że prawo unijne zabrania zabezpieczenia długoterminowych kredytów frankowych na 20, 30 czy nawet 40 lat krótkoterminowymi depozytami na rok czy np. na 3 miesiące.

Coraz częściej mówi się, że nie były to żadne kredyty we franku szwajcarskim...           

– To prawda, przecież kredytobiorcy na oczy nie widzieli franka. Sprawa jest jeszcze ciekawsza, bo tak jak formułuje to prof. Modzelewski, ale nie tylko on, jest wątpliwe, czy mieliśmy w ogóle do czynienia z kredytami. Te transakcje finansowe nawet nie bardzo się mieszczą w zapisach art. 69 polskiego prawa bankowego. Stąd, według mnie, były one nie tyle kredytem, co pewną opcją walutową, opcją spekulacyjną ze względu na zapisy o indeksowaniu kredytu o denominowaniu kredytu, czyli odzwierciedleniu kredytu walutowego, ale w złotych polskich. Czyli ten kredyt był w złotych, a nie w żadnych frankach, mało tego, banki, które udzieliły tak gigantycznych kredytów, dodajmy, sięgających dziś ok. 150 miliardów złotych, te banki – w mojej ocenie – nie miały pełnego pokrycia albo w ogóle nie miały pokrycia frankowego zabezpieczenia dla tych kredytów. W przypadku małych czy średnich banków nawet 30-40 proc. całej puli kredytowej stanowiły kredyty frankowe, a były i takie banki jak Nordea Bank, który miał nawet 90 proc. kredytów we frankach szwajcarskich. Tych franków po prostu nie ma. Nie są one nawet uwidaczniane w bilansach banków. Zatem pytanie o to, czy było pokrycie we franku, jest jak najbardziej zasadne czy może, jak twierdzi Jan Krzysztof Bielecki, że znane mu były przypadki pożyczania franków rano, a wieczorem ich oddawania czy sprzedawania – czyli coś w rodzaju oscylatora frankowego, gdzie jeden bank sprzedawał drugiemu, który mógł już udzielać kredytu, z kolei wieczorem znowu sprzedawał kolejnemu tę ewentualną część franków. W mojej ocenie, wszystko to zakrawa na potężną aferę. Mówi się nawet, że banki zarobiły na tych transakcjach ok. 50 miliardów złotych.

Może warto byłoby to wszystko sprawdzić…?

– Tak, tyle tylko, że nikt się specjalnie do tego nie kwapi. Myślę, że dobrą ilustracją tego, jak fikcyjne są procedury tego nadzoru, może być 49. posiedzenie Senatu RP z ubiegłego roku, zwołane na wniosek senatorów opozycji, kiedy tłumaczył się szef KNF Andrzej Jakubiak. Zapytany przez senatora Bogdana Pęka, na jakiej podstawie wyliczono, że banki mogłyby stracić 44 miliardy złotych na przewalutowaniu kredytów frankowych, odpowiedział, że tak wynika z ankiety wysłanej do banków. To coś niesamowitego. Jeśli na tym ma polegać kontrola i nadzór nad bankami, to tylko należy współczuć.

Kontrole SKOK-ów nie są już jednak tak pobieżne.

– KNF od dwóch lat analizuje nawet najdrobniejsze przepisy, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu kontrolerów ogląda każdy dokument, a tu ta sama komisja zdaje się na prawdomówność bankierów, co do których istnieją tak poważne zastrzeżenia.

W czyim interesie jest odebranie SKOK-om dobrego imienia?

– Zdecydowanie jest to w interesie lobby bankowego i banków. Przecież w SKOK-ach jest kilkanaście miliardów złotych realnych pieniędzy. Lobby bankowemu zależy, żeby przestraszyć Polaków i skłonić ich, aby wybrali swoje pieniądze ze SKOK-ów i zanieśli je do ich banków, którym przydałoby się uzupełnienie w bilansach m.in. za sprawą kredytów frankowych i braku zabezpieczeń z tego tytułu. Ponadto mamy akcję samych osób poszkodowanych przez banki kredytami frankowymi, które apelują do swoich kolegów, aby przenosić swoje konta, resztki swoich pieniędzy do innych instytucji finansowych, np. banków spółdzielczych, SKOK-ów czy innych banków, które nie udzielały kredytów frankowych. Podobna akcja w Stanach Zjednoczonych określana mianem „Bank Transfer Day” przyniosła jednemu z banków bardzo poważne straty. Ludzie uznali, że nieuczciwe praktyki muszą być ukarane.

Wspomniał Pan o tym, że frankowicze jednoczą siły i wspólnie chcą walczyć z instytucjami finansowymi. Jaką szansę mają w starciu z urzędniczą machiną banków?

– Powstaje pytanie, czy w sprawie kredytów frankowych nie byłaby potrzebna komisja śledcza. Skoro bowiem widać, że nawet najważniejsze osoby w państwie umywają ręce, jak chociażby minister finansów Mateusz Szczurek, który przez wiele lat był pracownikiem zagranicznego banku w Polsce i który mówi, że w sprawie kredytów frankowych resort sporządzi ranking banków, które postępują prokonsumencko, to w mojej ocenie zakrawa na kabaret, a nie działanie instytucji państwowej. Również wicepremier Piechociński ze swoimi propozycjami nie różni się od tego, co zaoferował Związek Banków Polskich, choć nawiasem mówiąc, nazwa ta powinna brzmieć Związek Banków w Polsce, bo banków polskich jest już niestety bardzo mało. To wszystko pokazuje, że obecna władza próbuje albo umyć ręce, uznając, że to nie ich problem, że jest to tylko relacja między kredytobiorcą a kredytodawcą, co nie jest prawdą, albo wręcz nawet sprzyja lobby bankowemu, postępując tak, aby rozwiązania były korzystne właśnie dla banków. To, co proponuje dzisiaj KNF, żeby przewalutować kredyt, ale po obecnym kursie NBP, a nie z dnia zawarcia umowy (co, nawiasem mówiąc, miałoby jeszcze jakiś sens), i do tego podzielić kredyt na dwie części, żeby kredytobiorca miał jeszcze dopłacić wyrównanie, to jest chory pomysł. Przede wszystkim jest to rozwiązanie niekorzystne dla polskich obywateli. Zapomina się, że obowiązkiem każdego państwa jest dbanie o bezpieczeństwo ekonomiczne własnych obywateli, a nie o komfort i interes banków, w tym głównie banków zagranicznych działających w Polsce. W tej sytuacji mamy do czynienia albo z pomyleniem ról, albo – co wcale nie jest twierdzeniem nieupoważnionym – z tym, że w Polsce rządzi lobby bankowe, a politycy są tylko marionetkami. Tym bardziej trzeba tę sprawę dogłębnie wyjaśnić. Niewykluczone, że uda się to zrobić tylko w oparciu o komisję śledczą. Myślę, że sygnałem do tego mogą być słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który zapewnił, że jeżeli PiS dojdzie do władzy, to problem frankowiczów zostanie rozwiązany. Warto oprzeć się chociażby o 5 podstawowych punktów, które swego czasu proponował senator Grzegorz Bierecki. Są to m.in. likwidacja bankowego tytułu egzekucyjnego, nawiasem mówiąc, reliktu jeszcze czasów stalinowskich, czy oparte na modelu amerykańskim ograniczenie odpowiedzialności wyłącznie do wartości nieruchomości, no i oczywiście przewalutowanie kredytu po kursie z dnia zawarcia umowy. Władza nie ma co chować głowy w piasek, bo są to niezbędne ruchy, które wcześniej czy później i tak trzeba będzie wykonać. Przecież nie ma żadnej pewności, że kurs franka będzie się stale obniżał. Ponadto są wątpliwości prawne, czy w ogóle można było takich kredytów udzielać.   

Czy za rządów PO – PSL jest szansa na zmianę prawa bankowego, które byłoby bardziej korzystne, a przede wszystkim bezpieczniejsze dla kredytobiorców?

– Gdyby koalicja rządząca traktowała poważnie swoje obowiązki wobec państwa i jego obywateli, to ten problem z kredytami we franku szybko i skutecznie by rozwiązała. Jednak widać wyraźnie, że uwikłania obecnej władzy są wyjątkowo silne i jest ona gotowa nawet porzucić miliony swoich wyborców, bo wśród frankowiczów są także ludzie, którzy głosowali na PO, i poświęcić ich dla interesów banków. Nie sądzę zatem, aby za obecnej władzy jakieś korzystne rozwiązanie miało miejsce. Oczywiście będzie to nas więcej kosztowało. Alternatywa jest prosta: albo polscy podatnicy wymuszą na politykach, żeby rozwiązali problem frankowiczów, albo będziemy dopłacać do banków, które w sposób wątpliwy od strony prawnej i jeszcze bardziej ryzykowny w sensie ekonomicznym udzieliły takiej masy kredytów, nie mając w pełni zabezpieczenia we frankach.

W Pańskiej ocenie, rząd PO – PSL nie ma pomysłu, jak rozwiązać ten problem czy, mówiąc wprost, nie chce?           

– Sądzę, że ta ekipa nie bardzo wie, jak to rozwiązać, a jeszcze bardziej brakuje woli. Zobaczymy, co banki zaproponują do 11 marca, ale nie sądzę, żeby przedstawiły realny pomysł, jak ulżyć ludziom.

W kompromitację tej ekipy wpisuje się notatka, jaka wyciekła ze spotkania przedstawicieli Ministerstwa Finansów i izb skarbowych, w której czytamy, że urzędy skarbowe, które będą miały najwyższy procent kontroli negatywnych w skali kraju, zostaną pozbawione pracowników kontroli…

 – Jest to kolejny przejaw absurdu, jaki rozgrywa się w Polsce. To, z czym mamy do czynienia, nie ma nic wspólnego z państwem prawa, zasadami Konstytucji, które mówią o równości obywateli wobec prawa, o równości w sposobie traktowania podmiotów gospodarczych. Wygląda na to, że liczą się jedynie dochody do budżetu. Każdy powinien się zastanowić, co przy takim zarządzaniu państwem czeka go w przyszłości. Niewykluczone, że wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat to za mało i trzeba go podnieść np. do 70 lat. Forsuje się konwencję tzw. antyprzemocową, podczas gdy ta sama władza największą przemoc ekonomiczną wprowadziła, podnosząc wiek emerytalny kobiet o 7 lat. To rekord świata w stosowaniu przemocy ekonomicznej. To przemoc na lata ze złamaniem właściwie wszystkich zasad zaufania do państwa jako instytucji. 

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 26 lutego 2015 (09:08)

NaszDziennik.pl