logo
logo
zdjęcie

Dr Zbigniew Kuźmiuk

Banki straszą Dudę

Wtorek, 23 czerwca 2015 (11:10)

Wczoraj podczas Europejskiego Kongresu Finansowego odbywającego się w Sopocie prezes Związku Banków Polskich (tak naprawdę powinien się on nazywać Związek Banków w Polsce) Krzysztof Pietraszkiewicz, odpowiadając na pytanie TV Onet o skutki przewalutowania tzw. kredytów frankowych dla systemu bankowego, stwierdził, że kosztowałoby to od 20 do 65 mld zł i w konsekwencji oznaczałoby głęboką recesję w polskiej gospodarce.

Już podanie strat systemu bankowego w przedziale 20 do 65 mld zł pokazuje, że banki, które na tzw. kredytach frankowych zarobiły krocie (i dalej zarabiają), główne swoje siły skierowały na straszenie rządzących skutkami przewalutowania, a nie przygotowaniem ofert dla kredytobiorców, które choć trochę poprawiłyby ich sytuację i zapobiegłyby niewypłacalności.

Banki, które w swoich portfelach mają najwięcej tzw. kredytów frankowych, już od blisko 6 miesięcy siedzą cicho i nie reagują ani na wezwania Krajowego Nadzoru Finansowego, ani prezesa Narodowego Banku Polskiego, żeby wyjść naprzeciw oczekiwaniom, choćby tylko tym kredytobiorcom, którzy znaleźli się w najtrudniejszej sytuacji po głębokiej dewaluacji złotego wobec szwajcarskiego franka.

Przypomnijmy tylko, że przedstawiciele środowiska tzw. frankowiczów spotkali się pomiędzy I i II turą wyborów prezydenckich z kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą.

Uzyskali od niego wtedy deklarację, że jeżeli zostanie wybrany, już w pierwszych miesiącach swego urzędowania złoży projekt ustawy, który uzna tzw. kredyty walutowe za instrumenty spekulacyjne wysokiego ryzyka i tym samym pozwoli wszystkim zainteresowanym na ich przewalutowanie na złote po kursie z dnia uzyskania kredytu.

Po wyborze zresztą prezydent elekt Andrzej Duda tę deklarację bardzo zdecydowanie potwierdził.

Kredyty te więc zostałyby najprawdopodobniej potraktowane jako kredyty złotowe od momentu ich udzielenia i w związku z tym tak jak tamte oprocentowane, jednocześnie jednak kredytobiorca uzyskałby możliwość odzyskania od banków poniesionych kosztów tzw. spreadów (na tym właśnie banki udzielające tzw. kredytów frankowych głównie zarabiały).

Stąd właśnie – jak sądzę – reakcja prezesa ZBP Krzysztofa Pietraszkiewcza, który domaga się spotkania z prezydentem elektem i chce go – jak wynika z jego wywiadu dla TV Onet – przestraszyć idącymi w dziesiątki miliardów złotych stratami, jakie w wyniku takich decyzji mają ponieść banki w Polsce.

Tak się jednak złożyło, że prezes Pietraszkiewicz „wystartował” z tym straszeniem skutkami przewalutowania tzw. kredytów frankowych w momencie, kiedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) opublikował raport o stanie węgierskiej gospodarki i finansów publicznych i wystawił rządowi tego kraju swoistą laurkę (rząd tego kraju ustawowo z dniem 1 stycznia 2015 roku zdecydował się na przewalutowanie hipotecznych kredytów walutowych po kursie z listopada 2014 roku, a więc jeszcze przed „tąpnięciem” franka).

Podkreślił wysoki wzrost gospodarczy wynoszący w roku 2014 3,6 proc. PKB z zaznaczeniem, że podstawowym jego czynnikiem był silny wzrost popytu wewnętrznego, wyraźny spadek bezrobocia i wyjście z unijnej procedury nadmiernego deficytu.

Pozytywnie ocenił także ustawowe przewalutowanie kredytów hipotecznych we frankach, euro i jenach i stwierdził, że spadek wysokości rat tych kredytów o około 20 proc. powoduje nie tylko poprawę sytuacji materialnej rodzin, które takie kredyty zaciągnęły, odsunięcie od nich widma utraty mieszkań, na które te kredyty zostały zaciągnięte, ale także jest to korzystne z makroekonomicznego punktu widzenia, ponieważ poważnie stymuluje to popyt wewnętrzny.

Straty na przewalutowaniu prawie w całości poniosły na Węgrzech banki, w Polsce zapewne też tak będzie, ale tak się składa, że od 25 lat są to instytucje najbardziej dochodowe, a w ostatnich latach mimo kryzysu ich zysk netto nie spada poniżej granicy 17 mld zł rocznie.

Dr Zbigniew Kuźmiuk

Autor jest finansistą, posłem do Parlamentu Europejskiego.

NaszDziennik.pl