logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Rolnicy nie chcą jałmużny

Środa, 8 października 2014 (20:14)

Producenci owoców i warzyw masowo rezygnują z ubiegania się o unijne rekompensaty za wycofywanie z rynku swoich produktów z powodu rosyjskiego embarga. Stawki dopłat są bowiem tak niskie, że nie pokrywają nawet kosztów produkcji.

 

Stało się to, przed czym już kilka tygodni temu ostrzegały organizacje rolnicze: akcja wsparcia rolników, którzy ponieśli straty z powodu rosyjskiego embarga, prowadzona przez Komisję Europejską będzie miała niewielkie znaczenie dla rynku. A to dlatego, że kwota unijnej pomocy dla wszystkich państw członkowskich (najpierw 125 mln euro, a potem kolejne 165 mln euro) jest zbyt niska, bo Bruksela ni zgodziła się przeznaczyć na ten cel 430 mln euro z rezerwy kryzysowej.

Unijne pieniądze mają trafić do rolników, którzy wycofają część swoich produktów z rynku: albo przekażą je za darmo organizacjom charytatywnym, albo zniszczą, przy czym wyższe stawki rekompensat ustalono dla tego pierwszego wariantu. Wycofanie części owoców i warzyw z rynku miało zapobiec dużym spadkom ich cen.

Ponieważ Polska jako pierwszy kraj została dotknięta rosyjskim embargiem, my też prawdopodobnie poniesiemy z tego powodu największe straty ze wszystkich państw UE – w tym roku może to być 400 mln euro – to i liczba wniosków o rekompensaty była najwyższa w Unii – wpłynęło ich do Agencji Rynku Rolnego ponad 18 tys. na kwotę prawie 110 mln euro. Nadziei na unijną pomoc szybko ustąpiło miejsca rozczarowanie, bo stawki pomocy okazały się bardzo niskie – zaledwie od ponad 20 do około 70 groszy za 1 kg owoców lub warzyw wycofywanych z rynku. Przy czym wyższe stawki mieli otrzymywać tylko rolnicy należący do grup producenckich, a takich jest mniejszość. Organizacje rolnicze krytykowały politykę UE, wskazując, że taka pomoc to jałmużna, a nie realne wsparcie.

– Kwota przeznaczona przez Unię na rekompensaty jest śmiesznie niska i nie pokrywa strat z tytułu rosyjskiego embarga – ocenia Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, zapowiadał już kilka tygodni temu, że rolnicy będą masowo wycofywać swoje wnioski z ARR, bo z ekonomicznego punktu widzenia lepszym wyjściem będzie sprzedanie produktów na rynku, nawet jeśli z powodu wyższej podaży spadną ceny na giełdach rolnych i targowiskach, bo będą one i tak o wiele wyższe niż stawki rekompensat – nic więc dziwnego, że do tej pory rolnicy przekazali organizacjom charytatywnym tylko 5 tys. ton warzyw i owoców.

I rzeczywiście niewielu jest chętnych na te pieniądze. Minister rolnictwa Marek Sawicki poinformował, że ARR zweryfikowała około 80 proc. wniosków o wypłatę rekompensat, ale gospodarze masowo wycofują swoje podania. – Ze względu na niskie stawki, które zaproponowała Komisja Europejska, większość rolników z tego instrumentu wycofania rezygnuje. Byli przekonani, że stawki za wycofanie będą przynamniej stawkami pokrywającymi koszty produkcji, a te stawki są zdecydowanie poniżej – powiedział minister w przerwie obrad unijnej organizacji rolniczej COPA-COGECA.

Eksperci wyliczyli, że nawet przy najwyższej stawce rekompensaty rolnik ponosi straty. KE zdecydowała bowiem, że wypłaci pieniądze np. za 30 ton jabłek z każdego hektara. Przy najwyższej stawce rekompensaty daje to około 21 tys. zł, podczas gdy koszty produkcji są nawet o 10 tys. zł wyższe. Ale trzeba pamiętać o tym, że wielu sadowników osiąga znacznie wyższe plony, rzędu 50-60 ton z hektara, więc ich straty są jeszcze wyższe, bo za „nadliczbowe” 20-30 ton wyprodukowanych jabłek nie dostaną ani grosza.

Polscy sadownicy mają szczególne powody do niezadowolenia z decyzji Brukseli, bo to my byliśmy do tej pory największym dostawcą jabłek do Rosji. W 2013 roku wysłaliśmy tam 700 tys. ton tych owoców, podczas gdy wszystkie pozostałe państwa unijne sprzedały razem tylko 100 tys. ton.

Krzysztof Losz

NaszDziennik.pl