Już za chwilę rozpocznie się kolejny protest rolników z Konina.
– Tak. Będzie to już nasz trzeci protest w tym roku. Jesteśmy przed Delegaturą Urzędu Wojewódzkiego. Protest będzie polegał na przejeździe traktorami i przemarszu rolników ulicami miasta. Będą też wystąpienia zaproszonych gości.
Alarmujecie o „dramatycznej sytuacji w rolnictwie”, a rząd przekonuje, że rolnikom nigdy nie było tak dobrze jak obecnie. To jak to jest?
– Opowiadanie, że rolnicy są „beneficjentami”, to zwykłe mydlenie oczu ludziom niezorientowanym. Ludzie nie wiedzą, że dofinansowanie rolników środkami z UE wiązało się z koniecznością zaciągnięcia kredytów, a tych rolnicy nie są w stanie dzisiaj spłacić z powodu niskiej opłacalności, a nawet deficytowości produkcji rolnej, zwłaszcza produkcji mleka czy hodowli trzody chlewnej. Ceny skupu są najniższe od lat. W Wielkopolsce cena żywca spadła do 3,50 zł za kilogram, co nie gwarantuje nawet zwrotu kosztów produkcji. O opłacalności i rozwoju można mówić dopiero przy cenie ok. 5-6 zł.
Na spadek cen wieprzowiny wpłynęła blokada eksportu do Rosji?
– Z pewnością tak, ale główną przyczyną jest nadmierny import wieprzowiny byle jakiej wartości z Zachodu. Polski rolnik nigdy nie będzie konkurencyjny wobec zachodnich rolników, ponieważ tamci otrzymują wyższe dopłaty do hektara i dodatkowo – dopłaty do hodowli, więc mogą sobie pozwolić na niższe ceny. Konsumpcja wieprzowiny w Polsce jest większa niż produkcja, więc można by z łatwością uplasować całą krajową produkcję na rynku wewnętrznym. Tymczasem zdrowsze i smaczniejsze polskie mięso trafia na eksport, a polscy konsumenci są zmuszeni jeść zachodnie mięso fermowe, nafaszerowane chemią. Podobnie na rynku mleka. Od czasu zniesienia kwot mlecznych sytuacja dramatycznie się pogarsza. Ostrzegaliśmy przed tym zagrożeniem, teraz stało się ono faktem. Na wschodzie kraju ceny mleka spadły poniżej 1 zł za litr, a w Wielkopolsce zbliżają się do złotówki. Rolnicy będą lada chwila jeden po drugim plajtować. Wielu producentów mleka nie jest w stanie spłacać kredytów. Na dodatek zamykane są małe zlewnie mleka, więc małe gospodarstwa nie mają gdzie odstawiać surowca.
Po wejściu do Unii Europejskiej rolnicy chętnie inwestowali, korzystając z kredytów. Liczyliście na przyszłe zyski?
– Wielu rolników za dotacje z UE wsparte kredytem zakupiło zachodnie ciągniki i sprzęt rolniczy, bo polski nowy Ursus jest za drogi, co też w jakimś stopniu wynika z polityki państwa. Teraz okazuje się, że te zachodnie traktory są sprawne tylko do upływu gwarancji, potem co rusz coś się psuje. Naprawa wymaga przyjazdu serwisanta i oczekiwania kilku dni, bo tak są naszpikowane elektroniką, że byle drobiazg wysiądzie i cały traktor stoi. Na dodatek koszty napraw i wymiany części są tak potężne, że rolników praktycznie nie stać na utrzymanie tych ciągników... Ten sprzęt jest o wiele gorszy od naszego z końca lat 80.! Rolnicy chętnie by się przesiedli na te nasze stare 25-letnie ursusy, ale dofinansowanie z Unii można dostać tylko na nowy sprzęt.
Rolnicy mogą prowadzić sprzedaż bezpośrednią, aby poprawić dochodowość gospodarstw?
– Niestety nie, i to jest jeden z naszych postulatów. Gdyby rolnik mógł sprzedawać swoje wyroby na rynku, to ominąłby pośredników, którzy przechwytują zyski, a polski konsument miałby lepszą żywność za niższą cenę. Niestety, stworzono nam bariery biurokratyczne. Normy są niezwykle wyśrubowane, trzeba stosować unijny system HACAP, jak w wielkim zakładzie produkcyjnym. Dlatego rolnicy nie produkują wiejskich kiełbas, domowych serów i twarogów. Na Zachodzie jest inaczej. Niby jesteśmy w tej samej Unii, wiążą nas te same przepisy, a tam rolnicy indywidualni mogą produkować sery i wędliny w małych gospodarstwach.
Może przyczyna leży po stronie rolników, może nie potrafią zorganizować bezpiecznej mikroprodukcji?
– Wiem z doświadczenia, że jest to niemożliwe. Norm sanitarnych, budowlanych i innych jest tak niesłychanie wiele i są tak wygórowane, że przy niskiej opłacalności rolnik nie jest w stanie rozpocząć produkcji. Żeby np. przystosować budynek do produkcji mięsnej w systemie HACAP, musiałby ponieść nakłady rzędu wieluset tysięcy złotych. Rolnicy tymczasem nie mają środków własnych ani dostępu do kredytu, który byliby w stanie spłacić. Ludzie z miast nawet nie zdają sobie sprawy, jak tragiczna jest sytuacja na wsi. Nie wyobrażają sobie, że można pracować okrągły rok za darmo i jeszcze dopłacać do tego interesu z kredytu. Produkcja rolnicza w Polsce jest nieprzewidywalna, rolnik, zakładając hodowlę czy zasiewając pola, nie jest w stanie przewidzieć, ile zarobi i czy będzie w stanie spłacać raty.
Powiedział Pan o sprzedaży bezpośredniej. Jakie są Wasze dalsze postulaty?
– Głównym postulatem, który dotyczy wszystkich Polaków, jest żądanie zablokowania sprzedaży polskiej ziemi cudzoziemcom. Ziemia łączy nas wszystkich niezależnie od tego, w którym kto pracuje sektorze. To nasz skarb narodowy. Domagamy się też ustawowego zakazu obrotu i upraw GMO, doprowadzenia do opłacalności produkcji rolnej, opracowania długoletniej kompleksowej polityki rolnej, odzyskania kontroli nad przetwórstwem rolno-spożywczym i rynkiem wewnętrznym, rekompensat za szkody łowieckie oraz powołania komisji dialogu społecznego ds. rolnictwa z udziałem strony rządowej, rolników i przedsiębiorców. Sprawę utrzymania ziemi w polskich rękach rząd mógłby załatwić niemal od ręki, uchwalając stosowne przepisy, podobnie jak kwestie zalewu mięsa z importu mógłby rozwiązać, stosując odpowiednie normy jakościowe i zdrowotne. Niestety, podczas ostatniej rozmowy rolników z panią premier Kopacz żadne konkretne propozycje nie padły. Są tylko obietnice.

