logo
logo
 

Marek Czachorowski

Świat sierot?

Wtorek, 4 czerwca 2013 (02:00)

Protesty wobec niedawnych zapowiedzi władz państwa zorganizowania naszym dzieciom tzw. edukacji seksualnej winny zwracać uwagę na wszystkie elementy tego podcinania skrzydeł następnemu pokoleniu, a wśród nich na buntowanie dzieci przeciwko rodzicom.

Rozważane przez ministrów „Standardy edukacji seksualnej w Europie” zawierają bowiem w swojej treści przekaz o konsumpcyjnym sensie sfery seksualnej.

W dokumencie potraktowano tę sferę jak zabawkę dla dziecka, którą należy się posługiwać z rozwagą, podobnie jak np. rowerkiem otrzymanym na Dzień Dziecka.

Jeździć nim należy tylko w określonych miejscach i niezbyt szybko, aby nie uszkodzić mebli, telewizora czy pięknego trawnika. To jedyne normatywne wymogi „edukacji seksualnej”, sprowadzające się do postulatu unikania kosztownych kłopotów.

Brakuje natomiast wymagań moralnych, a pierwszym z nich jest trzymanie dzieci – osób skrajnie bezbronnych – z daleka od łap molestatorów seksualnych.

Utrudnia rozumienie ich aktywności szyld „edukacji” i „nauki”, przy finansowym wsparciu rozmaitych „sponsorów”. Widoczne jest to do dzisiaj odnośnie do głośnych „raportów” Alfreda Kinseya zajmującego się niby naukowym badaniem „seksualności dzieci”, nieróżniącym się od uprawiania pedofilii.

Zwrócili na to uwagę już agenci FBI, monitorujący – jak czytamy w ich sprawozdaniu – „zuchwałą bandę” Kinseya i podkreślający finansowy udział w ich działaniach Fundacji Rockefellera (zob. J.A. Reisman, E.W. Eichel, „Kinsey – seks i oszustwo”, s. 174-175).

Do dzisiaj owi mecenasi są aktywni na polu „sex ed”, jak to widać chociażby w przywołanych „Standardach”, nad którymi zawiesiła ochronny parasol także Polska Akademia Nauk. W bibliografii tego dokumentu powołano się na jakoby cenne ustalenia publikacji Population Council, dzieło Rockefellerów.

Nawet zoologii (w czym specjalistą był Kinsey) nie da się uprawiać poza dobrem i złem moralnym. Wymagania moralne stoją bowiem na straży realnej rzeczywistości, a przecież najpierw należy je odnosić do ludzi.

Czyn moralnie dobry to taki, który uszanowuje nasze realne człowieczeństwo, a czyn moralnie zły – tego człowieczeństwa nie uszanowuje. Brakuje tego rozróżnienia, podstawowego dla ludzkiego świata, w „Standardach edukacji seksualnej”. Życiodajna sfera seksualna została ustawiona tutaj poza dobrem i złem, czyli poza ramami naszego człowieczeństwa, a potraktowana jako mająca konsumpcyjny, a zatem poniżejludzki sens.

Na gruncie tego założenia ten sam sens musi mieć bycie rodzicem. Udzielenie życia swojemu dziecku to zatem potraktowanie go jako ubocznego produktu własnych konsumpcyjnych, rozrywkowych, czyli egoistycznych postaw. „Edukacja seksualna” poza dobrem i złem to więc edukacja – czy raczej szkodliwa dezinfomacja – na temat naszych rodziców, którzy jakoby nie z miłości, ale poniżejludzkich powodów mogą obdarzać nas życiem.

Ministerialne wysiłki na rzecz wprowadzenia naszym dzieciom „edukacji seksualnej” to zamach nie tylko na VI, ale najpierw na IV przykazanie Dekalogu, czyli obowiązek czci i szacunek wobec własnych rodziców, określany przez starożytnych Rzymian jako „pietas”. Trzeba tę głębię dostrzec.

Postulował to Karol Wojtyła w „Miłości i odpowiedzialności”. Zwraca się tu uwagę, iż w formacji cnoty czystości – czyli sprawności moralnej, będącej owocem właściwego wychowania seksualnego – nie chodzi tylko o znalezienie się na ludzkim poziomie, czyli poziomie istoty cielesnej, rozumnej i wolnej.

Oprócz tego chodzi w cnocie czystości o uszanowanie innych osób. Bez tej cnoty nie sposób zachować szacunku najpierw wobec własnych rodziców. Oto zatem stawka sporu o tzw. edukację seksualną: rozumienie naszych rodziców jako naszych pierwszych dobroczyńców, którzy z miłości powołują nas do życia. Bez tego przekonania czujemy się sierotami, pozbawieni miłości na swoim życiowym starcie.

Marek Czachorowski

Aktualizacja: Wtorek, 4 czerwca 2013 (08:53)

Nasz Dziennik