logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Skazani na restrukturyzację

Sobota, 7 marca 2015 (11:29)

Aktualizacja: Środa, 11 marca 2015 (11:06)

Stary rok zakończył się, a nowy zaczął w sposób, jakiego obecna władza z pewnością sobie nie życzyła – od masowych protestów związkowców z różnych branż. Zaskoczenie rządu tą sytuacją świadczy o politykach koalicji PO - PSL jak najfatalniej. Problemy, które doprowadziły do erupcji społecznego niezadowolenia, nie pojawiły się przecież z dnia na dzień.

Problemy, które doprowadziły do erupcji społecznego niezadowolenia, nie pojawiły się przecież z dnia na dzień. Przez siedem lat uprawiano politykę „ciepłej wody w kranie”, licząc, że sprawy same się rozwiążą. Platforma i ludowcy sami uwierzyli w obraz lansowany przez prorządowe media: Polski mlekiem i miodem płynącej, w której żyje się wszystkim pięknie i dostatnio. Stąd niechęć do dialogu ze związkami w tak wrażliwych branżach, jak służba zdrowia, kolej i górnictwo. 

Liberalni – nienawistni

Opinia publiczna karmiona była prostym przekazem: fachowcy pragnący uratować co się da z polskich kopalń napotykają na opór związkowych baronów, którym zależy na własnych przywilejach i etatach. Nie trzeba być wybitnym specjalistą, by w tej historii dopatrzyć się wielu absurdów.

Propozycja szefów węglowych koncernów była właściwie ultimatum – macie się zgodzić na zwolnienia, zamknięcie zakładów i znaczną redukcję świadczeń socjalnych dla załogi. Uzasadniano to katastrofalną sytuacją w naszym górnictwie. Tymczasem nie tak dawno poprzedni premier zapewniał związkowców, że nie mają się czego obawiać, a o katastrofie wiszącej nad kopalniami nie mówiono. Czyżby przez całe siedem lat było wspaniale, a potrzeba bolesnych reform w górnictwie pojawiła się między expose pani premier Kopacz a Nowym Rokiem? Jeżeli mówimy o szkodzeniu, to raczej nie o szkodliwych działaniach związkowców, walczących o miejsca pracy i godne jej warunku, a o szkodliwym zaniechaniu. Poprzednie lata, w których można było przygotować i negocjować programy ratujące polski sektor węglowy, po prostu zmarnowano. Powstaje pytanie, czy nie czyniono tego z pełną premedytacją, wiedząc, że każdy stracony miesiąc to większe prawdopodobieństwo likwidacji polskich kopalń?

Dla byłego prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej związkowi liderzy to połączenie szefów mafii ze średniowiecznymi rozbójnikami – takie wrażenie można odnieść z jego nader emocjonalnych wystąpień. Jeszcze dalej poszedł prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski, który w artykule opublikowanym w „Rzeczpospolitej” prawił o „związkowym Monachium”. Politycy rzekomo ustępują związkowcom tak, jak europejscy przywódcy kapitulowali przed Hitlerem w 1938 roku… Trwa licytacja na obraźliwe porównania i deklarowanie twardej, antyzwiązkowej postawy.

Polska energetyka wymaga zmian, i tyczy się to nie tylko branży górniczej. Nikt temu nie przeczy. Jednak w tym sektorze mało która firma decyduje się na tak bezsensowne posunięcia, jak węglowe koncerny. Jaki sens ma świadome zaostrzanie relacji na linii władze spółki – pracownicy i stawianie nieakceptowalnych warunków, z których następnie się rezygnuje? Negocjacje w sprawie węglowych spółek przypominały arabski bazar, na którym sprzedawca zaczyna od żądania śmiesznie wysokiej sumy, by w końcu odstąpić towar za jedną dwudziestą ceny. Walono pięścią w stół, twierdząc, że musi nastąpić likwidacja kopalń, po czym  finalnie okazało się, że można reformować bez tej likwidacji. 

Potrzebny bilans zysków i strat

Komentując sytuację w polskim górnictwie, eksperci wskazywali na gazownictwo jako na sektor, w którym udało się wypracować modus vivendi ze związkami zawodowymi. Poseł PiS Dariusz Seliga i bliski PO były wicepremier Janusz Steinhoff zgodnie mówili, że PGNiG mogłoby być wzorem do naśladowania w tym względzie dla wielu spółek. Nie znaczy to, że przyszłość tych relacji w naszym narodowym koncernie będzie niezmiennie sielankowa. Przed spółką stoją trudne zadania, a realizacja części z nich będzie wymagała porozumienia się z załogą.

Polska musi zrealizować nader surowe wymogi unijnego Pakietu Klimatycznego. Dość już napisano na temat postawy rządu wobec fatalnych dla Polski propozycji, teraz przyszedł czas na wdrażanie ich w sposób możliwie najmniej bolesny dla naszej gospodarki. Realizacja tych wymogów nie będzie możliwa bez szerokich inwestycji w kogenerację (jednoczesne wytwarzanie ciepła i energii), która ma do 2030 r. stanowić 20 proc. całkowitej wytwarzanej mocy w energetyce. Kogeneracja gazowa – jako najbardziej rozsądna i opłacalna w polskich realiach – będzie wymagać potężnych nakładów inwestycyjnych również ze strony grupy PGNiG. Do tego trzeba dodać inwestowanie przez koncern w poszukiwanie i eksploatację złóż gazu z łupków oraz mniej nagłaśniane medialnie, ale bardzo ważne dla naszego bezpieczeństwa energetycznego prace przy złożach gazu ziemnego. Jeśli wymienić również inwestycje zagraniczne, m.in. na norweskim szelfie kontynentalnym, będziemy mieli niemal pełne spektrum największych inwestycji PGNiG. A wszystko to w realiach, gdy sprzedaż importowanego z Rosji gazu odbywa się niemal stale na marży ujemnej, czyli mówiąc wprost, spółka do tego po prostu dopłaca.

Realia, w jakich narodowy koncern prowadzi swoją działalność, wymagają ostrożnego bilansowania zysków i strat. Restrukturyzacja w ramach grupy jest nieunikniona i zdają sobie z tego sprawę pewnie również sami związkowcy. Pytanie: czy obecne kierownictwo spółki będzie potrafiło poprowadzić negocjacje w sposób umiejętny, czy też weźmie sobie do serca pouczenia lobbystów? Prezes Mariusz Zawisza ma doświadczenia z udanej restrukturyzacji w Polskiej Grupie Energetycznej, gdzie po trudach osiągnięto porozumienie ze związkami zawodowymi, co daje nadzieję na ominięcie największych raf. 

Bez niepotrzebnych błędów

Eksperci przedstawiający się jako zwolennicy „liberalnego” kursu w gospodarce żądają de facto, by pracownicy restrukturyzowanych przedsiębiorstw radośnie godzili się na wyrzucanie ich na bruk. Wprowadzają w błąd opinię publiczną, sugerując, że sytuacja jest czarno-biała: albo zero zmian, albo zmuszenie załogi do przyjęcia najbardziej niekorzystnych dla nich rozwiązań. To bzdura – dziś duże, odpowiedzialne firmy nie wyrzucają ludzi na bruk, lecz stosują programy dobrowolnych odejść. Nierzadko aplikuje do nich więcej chętnych, niż zaplanowano. Można zatem wypracować akceptowalny dla obydwu stron model współpracy nawet w tak drażliwej sprawie, jak redukcja zatrudnienia? Okazuje się, że można.

Druga strona, czyli związki zawodowe reprezentujące pracowników, nie powinna dawać do ręki argumentów tym, którzy z zapałem ich oczerniają. Dużym błędem było wystosowanie przez związkowców z PGNiG do Ewy Kopacz listu, w którym zaprotestowali przeciwko zaangażowaniu do negocjacji z Gazpromem w sprawie zmiany warunków dostaw gazu zewnętrznej kancelarii prawnej. Autorzy listu są zdania, że spółka powinna prowadzić negocjacje wyłącznie własnymi siłami.

Jak nietrudno się domyśleć w obecnej sytuacji geopolitycznej rozmowy z rosyjskim koncernem gazowym są i będą niezwykle trudne. Przypomnijmy, że kilka lat temu sprawa trafiła do arbitrażu, a Rosjanie ustąpili dopiero w perspektywie przegranej przed trybunałem w Sztokholmie. Niewykluczone, że i tym razem skończy się na arbitrażu – sprawa jest otwarta, bowiem negocjacje jeszcze się toczą. Chodzi tu przecież nie o jakąś inwestycję jakiejś prywatnej spółki, ale o kwestię o olbrzymim znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego Polski i dla całej polskiej gospodarki. Na pokład powinny trafić wszystkie ręce, a spółka nie powinna oszczędzać na prawnikach i ekspertach. Za to, by wynegocjować korzystne dla Polski warunki, kciuki trzymamy chyba wszyscy, niezależnie od poglądów.

Samych związkowców oskarża się niemal zawsze, że ich działania mają polityczny charakter. Tymczasem to sami politycy starają się nadać taki charakter sporom ze związkami. Związkowcy nie mogą przyjmować postawy defensywnej, bowiem wyjaśnienia, o co faktycznie chodzi, z reguły giną w propagandowym jazgocie. Muszą stosować taktykę lwa i lisa, i w żadnym wypadku nie dostarczać argumentów na rzecz ich dyskredytowania. Przeciwnik bowiem dysponuje karną armią mediów i komentatorów, gotowych z aplauzem przyjąć nawet najbardziej niedorzeczne stwierdzenie. Tam, gdzie ustąpić nie można, trzeba przyczyny twardego stanowiska możliwie jasno tłumaczyć opinii publicznej – ale także nie wystawiać się na niepotrzebne ciosy. Celem bowiem nie jest tylko ocalenie tego czy innego zakładu, lecz walka o różne sektory polskiej gospodarki. A przede wszystkim o to, by pozostały one polskie.

Jakub M. Opara

Autor jest historykiem, ekonomistą, byłym bliskim współpracownikiem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

NaszDziennik.pl