logo
logo

Zdjęcie: / Reuters

Mówimy własnym głosem

Poniedziałek, 25 stycznia 2016 (02:14)

Będziemy wciąż nękani absurdalnymi uwagami i zarzutami polityków europejskich

Używając języka sportowego, można powiedzieć, że ostatnia debata w Parlamencie Europejskim to mecz wygrany zdecydowanie 3:0. Po stronie polskiej punkty zdobyła spokojna i rzeczowa argumentacja pani premier, kreśląca zarazem wizję Europy suwerennych państw, przypominająca o szacunku dla demokracji i naszej historii. Dodatkowym atutem była postawa zdecydowanej większości mówców, którzy poparli polskie argumenty. I na koniec samobójczy gol w wykonaniu oponentów naszego kraju, którzy prócz ideologicznych ogólników i inwektyw nie mieli żadnych konkretów na poparcie tezy o rzekomym „zamachu” na demokrację.

Najlepiej skalę poparcia dla naszego państwa w czasie debaty parlamentarnej wyraził czeski poseł Petr Mach, mówiąc na sali: wszyscy jesteśmy Polakami. Dużym błędem komunikacyjnym byłoby jednak popadanie w euforię po tym wygranym zdecydowanie starciu z biurokratyczno-polityczną machiną. Do całkowitego zwycięstwa jest jeszcze bardzo daleko.

Od samego początku widać bowiem konsekwentny plan i koordynację działań instytucji europejskich w tym spektaklu insynuacji i pomówień. Najpierw donosy medialne i polityczne. Potem wypowiedzi polityków. Sygnał do medialnego ataku dał przewodniczący Martin Schulz. Potem Komisja Europejska. Sprzeczne wypowiedzi komisarzy, niby prywatne. Czy komisarz, zastępca przewodniczącego Komisji Europejskiej, jest prywatną osobą, udzielając wywiadu na tematy polityczne? Oczywiście nie. Jednego dnia były więc zapewnienia, że nikt nic nie ma przeciwko Polsce, tylko sprawę trzeba zbadać itd. Następnego dnia znowu wypowiedź o braku demokracji. Te sprzeczne sygnały – ataki i zarazem uspakajanie – okazały się przemyślaną strategią komunikacyjną.

 

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Dariusz Sobków

Nasz Dziennik