logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Pan Bóg działa w każdym

Wtorek, 16 lutego 2016 (20:18)

Z ks. Bogusławem Jaworowskim, misjonarzem Świętej Rodziny, rozmawia Karolina Goździewska

 

W jakiej kondycji duchowej są Polacy?

– Doświadczenie duszpasterskie pokazuje, że wiele osób deklarujących się jako wierzący katolicy pogubiło się w rozumieniu, co to jest chrześcijaństwo. Uznają, że Bóg jest, ale nie idzie za tym jakaś głębsza refleksja. Wiarę sprowadzają do rytuałów i obrzędów. Wielu odeszło od życia sakramentalnego, co wynika z braku jego zrozumienia i lekceważenia. Zatracili to, co stanowi fenomen chrześcijaństwa. Zatracili to, co zachwycało pierwszych chrześcijan – „Bóg jest i ma dla mnie cudowny plan życia wiecznego”, a moje życie ziemskie jest tylko po to, bym mógł osiągnąć udział w Jego wiecznym życiu na zawsze. Świadomość, że Bóg stworzył rodzaj ludzki, a więc i mnie, tylko po to, by mi dać udział w swoim Boskim życiu, sprawiała, że pierwsi chrześcijanie temu pragnieniu podporządkowywali całe swoje życie. Chrześcijaństwo było stylem ich życia i je wypełniało.

Co zatraciliśmy?

– To, co stanowi fenomen chrześcijaństwa – wizję świata objawioną przez Boga. Chrześcijanie zrozumieli, że do Boga Stwórcy można dojść przez rozum, natomiast samym rozumem nie dojdzie się do celowości, a więc w jakim celu Bóg stworzył świat i rodzaj ludzki. Ponadto samym rozumem nie dojdzie się do ojcowskiego serca. Te prawdy otrzymaliśmy z objawienia. To Bóg objawia się jako kochający Ojciec i nadaje sens całej egzystencji zarówno świata, jak i człowieka. Świat, w którym żyjemy, niestety to zatracił. Cywilizacja zdominowana przez „materialistów” lansuje styl życia konsumpcyjno-hedonistyczny, żyje tak, jakby Bóg nie istniał. Powszechne jest przekonanie, że to jest dla mnie dobre, co jest przyjemne. Bóg jednak istnieje i co pewien czas ludziom o tym przypomina, lecz nie wszyscy chcą Go usłyszeć.

Jak wrócić do istoty wiary?

– Budując fundament życia na Bogu, mieć czas na wspólną rodzinną modlitwę. W USA i Kanadzie są domy, w których powstały kaplice, gdzie rodzina wspólnie się modli. Poznałem takie rodziny, w których 17-letnia córka patrzy z zachwytem na tatę i mówi, że chce mieć takiego męża jak on, a 24-letni syn przygarnia ramionami ojca i mówi: „Tato, dziękuję ci za takie wychowanie”. Trzeba chrześcijaństwem żyć, rozumieć i kochać po chrześcijańsku. Żyć tak, by druga osoba była ze mną szczęśliwa, a nie z ciągłymi roszczeniami, rób wszystko, by mi było z tobą miło i fajnie. „Fajnie” to może być w kinie i na dyskotece, w życiu trzeba kochać. Wydaje się, że większość ludzi odczuwa w sercu ideał miłości, ale zamiast wrócić do Źródła, chce zmienić drugą osobę, swojego współmałżonka. Tymczasem to siebie trzeba zmienić, swój sposób myślenia. W Nowym Testamencie nazywamy to metanoją, zwróceniem się do Boga i przewartościowaniem świata. Życie tym, co zostało mi dane przez Boga, cieszenie się z realizacji życiowego powołania jako mąż, żona, siostra, brat czy marynarz.

Ale tego człowiek uczy się od najmłodszych lat.

– Dlatego będzie to bardzo trudne. Ludzie są bardzo poranieni. Brakuje wzorców. Jest ogromna liczba dzieci, które nie widzą w domu ojca wyznającego miłość matce. A dla dziecka nie ma nic piękniejszego niż widok rodziców wyznających sobie miłość, a właśnie to jest najcenniejsze, co mogą dać swoim dzieciom. Okazuje się, że w takich rodzinach dzieci rozwijają się dobrze, nie ma dziwnych „neurotycznych zespołów”. Jakieś problemy zawsze będą, ale nie takie jak dziś katastroficznie poranione dziecięce serce wołające do świata: „Pomóżcie, błagam, pomóżcie!!!”.

Braki to skutek deficytu miłości?

– Może nie zawsze, ale najczęściej. Dzisiaj ludzie boją się słowa „miłość”. Dzisiaj w świeckich mediach stwierdzenia „miłość rodzicielska”, „macierzyńska” czy „ojcowska” prawie nie istnieją. Jest natomiast nowomowa: więzi, relacje, uczucia itp. Tym zastępuje się miłość rodzicielską.

Czym jest miłość?

– Nieustannym pragnieniem dobra i szczęścia dla tego, kogo kocham, bezinteresownym dawaniem siebie drugiemu. Poświęceniem siebie i czasu dla dobra drugiego człowieka. Forma wyrazu miłości zawsze zależy jednak od relacji. Tę samą miłość w inny sposób okazuje się matce, ojcu, dziecku, mężowi, a w inny koledze męża. Ponieważ nie można w taki sam sposób okazywać miłości żonie i jej koleżance.

 

W miłości nie ma lęku. A dziś wśród Polaków widać wiele obaw. Niebezpodstawnie Jan Paweł II tuż po wyborze prosił, byśmy się nie lękali.

– W przestrzeni publicznej doświadczamy dużo agresji. Do absurdu rozbudzona została strona konsumpcyjna człowieka. Chciwość jako jedna z najbardziej wrednych namiętności zdominowała życie społeczne. Już nie tylko korporacje wyniszczają ludzi, dorabiając się fortun na krzywdzie ludzkiej, na cierpieniu czy niewolniczej pracy. To przekłada się na życie rodzinne. Do granic absurdu rozbudzona jest też pycha – chora miłość własna. To rodzi chorą rywalizację i nieustanną zazdrość. Doświadczamy tego w miejscach pracy, gdzie ludzie potrafią robić sobie bardzo brzydkie rzeczy. Ujawnia się to zwłaszcza w walce o stanowiska. Ludzie skarżą się na dwulicowość.

Jest na to antidotum?

– Promowanie dobrego, uczciwego, chrześcijańskiego wzorca życia od najmłodszych lat. Człowiek wzrasta i uczy się kochać, obserwując wzorzec miłości. Jeżeli dziecko od małego nie ma obowiązków, nie ma świadomości, że musi się dzielić i pomagać drugiemu człowiekowi, jeżeli tylko konsumuje, to na pewnym etapie ta konsumpcja go zdominuje, aż w końcu nie będzie miał nad nią żadnej kontroli.

Zna Ojciec przypadki, kiedy jednak udało się ludziom wyjść z tego błędnego koła?

– Oczywiście, ale to się dokonuje pod wpływem bodźców zewnętrznych. Często są to krzyż, cierpienie. Nieraz jest to spotkanie ciekawych ludzi. Zapala wówczas jakaś fascynacja, pojawia się myśl: „Przecież ja też tak bym mógł”. Mam takich przyjaciół, którzy zostali wyciągnięci z różnego rodzaju dziadostwa, oddając życie na służbę Panu Bogu.

Pan Bóg działa w każdym. On kocha nas bardziej niż nasze matki. Chce naszego zbawienia i dlatego sobie nie odpuszcza człowieka. Każdego, nawet największego grzesznika Bóg kocha i jeżeli będzie mógł, to posłuży się różnymi sytuacjami, by do niego dotrzeć.

Bóg daje nam jednak wolną wolę…

– Tak, ale szanując wolną wolę, podsuwa takie sytuacje, że człowiek zaczyna widzieć więcej. Niekiedy czuje bezsens wszystkiego, co robił, jakąś studnię, przepaść i wówczas rozpoczyna się intensywna walka duchowa. W pewnym momencie chce coś zmienić na lepsze. Niekiedy pojawia się także inny głos, który może prowadzić do całkowitej autodestrukcji, aż do śmierci włącznie. Niektórzy zatracają wtedy elementarne poczucie pragnienia życia, unicestwiają siebie, prowadząc do samobójstwa w różny sposób, a inni walcząc, próbują coś z tym zrobić, pokonują to i zwyciężają.

Walka duchowa to realna walka tu i teraz?

– Jesteśmy na froncie. Ta walka dokonuje się każdego dnia w naszym sercu. Żyjemy na przecięciu czterech światów – świata ducha i materii i świata dobra i zła. One się krzyżują w naszym sercu jak krzyż. Na mocy stworzenia żyje w nas zwierzę – ożywiona materia, i żyje w nas „anioł”, duch, którego otrzymaliśmy przez tchnienie Boga. Drugi podział do serca człowieka wprowadził grzech, są to świat dobra i świat zła, i to przecięło się jak krzyż. Żyjemy na przecięciu tego krzyża, w środku tej cienkiej granicy. To my naszą wolną wolą decydujemy, czy bardziej żyjemy w ciele, czy idziemy w stronę ducha, czy bardziej spełniamy uczynki ciemności, czy uczynki światła.

Walka często wiąże się z krzyżem, ale Jezus mówi: „Brzemię moje jest lekkie”. Z Bogiem można cierpieć z radością?

– Spotkałem ludzi cierpiących, ale szczęśliwych. Wszystko zależy, co nadaje sens naszemu życiu. Jeżeli Słowo Boże staje się treścią życia, to wtedy wszystko wygląda inaczej, nawet krzyż dźwigany razem z Chrystusem. Ponad 20 lat temu matka opowiedziała mi o śmierci swojego 9-letniego synka. Umarł na białaczkę. Informacja o chorobie początkowo wywołała w niej bunt przeciwko Panu Bogu. „Proszę ojca, był taki moment, że przytulona do krzyża zrozumiałam, że Matka Boża też patrzyła na śmierć swego Syna. Przecież Ona mnie przyjęła do swojego Serca, kiedy umierał Jej Syn. On prosił Ją, by była moją Matką. Wówczas powiedziałam: ’Matuchno, przecież Ty najlepiej rozumiesz moje serce. Pomóż mi, bym mogła przez to przejść i przygotować moje dziecko na spotkanie z Twoim Synem’” – opowiadała. Dzieliła się, że od tego momentu jakiś dziwny pokój wstąpił w jej serce. Zaczęła przygotowywać syna na śmierć, czytając Pismo Święte, żywoty świętych. Od tego czasu mały zaczął bardzo szybko dojrzewać. Zadawał bardzo głębokie pytania, jak np. „A dlaczego ja, mamusiu?”. Bardzo bolały.

Wśród czytanych treści znalazła się informacja, że jeżeli człowiek kochający Pana Boga odda Panu Jezusowi moment swojej śmierci w intencji zbawienia innych ludzi, to po taką duszę wychodzi cały orszak niebieski – Pan Jezus, Matka Najświętsza i Aniołowie. Chłopczyk oddał Panu Jezusowi swoją śmierć. Gdy umierał, obudził czuwającą przy łóżku matkę. Jego twarz i oczy jaśniały nieziemskim blaskiem. „Mamuniu, Oni idą. Tak jak czytałaś: Pan Jezus, Matka Najświętsza, Aniołowie. Mamuniu, ty Ich nie widzisz, Oni tu są. Mamusiu, jaką Ona ma cudowną suknię, idę do Nich. Wyciągnął rączki i zmarł”.

Kobieta kilka tygodni po śmierci syna pomimo cierpienia była szczęśliwa, bo wiedziała, w czyich rękach jest jej dziecko. Podkreślała, że dla niej była to wielka łaska, że mogła widzieć taką śmierć dziecka. Jako matka widziała śmierć dziecka w świetle wiary. Poznała sens krzyża, a jak poznamy sens czegoś, to wszystko inaczej smakuje.

Gdy cierpimy, trudno nam jednak dostrzec sens bólu.

– Pan Bóg czasem przemawia przez krzyż i cierpienie, ratując człowieka. Cierpienie niekoniecznie dotyka wielkich grzeszników. My się dopiero kiedyś dowiemy, jakie miało ono znaczenie. Czasem inni potrzebują naszego cierpienia, by zmienić swoje życie, by szukać odpowiedzi na najgłębsze, egzystencjalne pytania. Świat może się odmienić tylko przez działanie Ducha Świętego. Wiara chrześcijańska jest rozumna, kiedy człowiek rozumie, zaczyna funkcjonować inaczej. Nie idziemy za uczuciami, bo te prowadzą do błędów, które mogą być katastrofalne.

Dzisiaj media lansują model życia oparty na uczuciach i emocjach, ale w życiu nie chodzi o miło i fajnie, ale o głębsze zrozumienie siebie i swojego ostatecznego celu.

Ojciec jako młody człowiek też miał światowe priorytety. Co pomogło Ojcu wrócić na Boże drogi?

– Pan Bóg i modlitwa bliskich, zrozumienie czegoś więcej przyszło nagle. Jako ludzie jesteśmy niewolnikami niektórych swoich pragnień, które są w sercu jak pasożyty. W pewnym momencie spotkałem siostrę zakonną, która prosiła: „Módl się, by Pan Bóg zabrał z twojego serca wszystkie pragnienia, które nie pochodzą od Niego. Realizując te, które zostaną, będziesz wypełniał wolę Bożą – Boże pragnienia”. Staram się to robić do dzisiaj.

Młodym dziś nie zawsze jest po drodze z Panem Bogiem. Jak to zmienić?

– Problem jest zawsze w wychowaniu. Człowiek musi sam wybrać Boga, przewartościować swoje życie. Jeśli w domu była wiara, to jest bardzo duża szansa, że po młodzieńczych emocjach wybierze jako dobro wiarę, którą rodzice mu przekazali. Zdarza się jednak, że młodzi ludzie zawierają małżeństwo, postanawiają ze sobą spędzić życie, ale nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem. Są ochrzczeni, ale wartości chrześcijańskie pozostają dla nich martwe. W pewnym momencie jednak jedno z nich doznaje nawrócenia i zaczyna wprowadzać nowe normy do umowy małżeńskiej. Drugi człowiek, który nie ma nic wspólnego z Kościołem, nagle ma zburzony cały porządek życia. A osoba nawrócona chce go wziąć pod sztancę wiary, a on jest na całkowicie innym poziomie. Tego nie da się przeskoczyć, jeśli on nie przejdzie procesu dojrzewania jak ta osoba, która się nawróciła. Dlatego nieraz trzeba wyhamować. Ten człowiek potrzebuje czasu, trzeba go omodlić. I tak samo jest z dziećmi, gdy od początku nie są prowadzone, tak jak powinny być.

I co tym nawróconym matkom czy ojcom radzić?

– Jeżeli staną w prawdzie, wtedy Pan Bóg może bardzo wiele zrobić. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć dorosłym już dzieciom: „Ja ci, dziecko, nie przekazałam wiary, to moja wina, ale ja tego nie rozumiałam. Teraz to rozumiem”. Czasem taka uczciwość pomaga. Trzeba błogosławić dzieci, modlić się za nie. Oczywiście od młodszych rodzice mają prawo wymagać modlitwy i uczestnictwa w Eucharystii.

 

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Karolina Goździewska

Aktualizacja 16 lutego 2016 (20:18)

Nasz Dziennik